Koniec chwil jako nastolatka, niewinna, zbuntowana dziewczyna nosząca za sobą ciemną aurę. Ciemna aura tak właściwie towarzyszy mi ciągle, bez przerwy ze mną jest i podtrzymuje. Podtrzymuje na tym nudnym świecie jeszcze chwilę. Zanim zdążę cokolwiek pomyśleć to i tak wraca, wszystko po pewnym czasie wraca.
Usiadłam przy barze, pełnego nastolatków i studentów, pijących wódkę. Ten klub był bardziej w głębi Seattle, ale najdroższym i najbardziej spacyfikowanym miejscem - pełnych kokainy - bo tylko takie materiały się tu liczyły. Szef jest grubą rybą, jednak wciąga tak samo jak każda osoba w tym miejscu, każda gwiazda, fotograf - każdy. Tutaj spojrzenie na świat zdaje się być... nieco smutniejsze i wyraziste.
Od głośnej, remixowej muzyki bolą mnie uszy, a oczy od ruchomych świateł wciąż drażniąc moje spojówki. Biorę łyk piwa i czekam, bo tu miałam się stawić. Nigdy go nie wystawiam, ale równie lojalnie nienawidzę za to, czemu jestem gdzie jestem, czemu wiem to, czego ci na tej sali nie wiedzą i całe Seattle.
Poczułam dotyk na ramieniu, Drew poklepał mnie i objął na pokaz prowadząc do znanego mi biura Vendigo. Vendigo to nazwa klubu jak i ksywy szefa, który swoją drogą nieźle się stoczył.
Wiem więcej niż mogłoby się wydawać. Ja pomagam rozdawać karty i nie mogę się z tego wycofać. Za dużo mi płacą i jeśli nawet płacą - to będą mnie zmuszać do oddania całej forsy za ostatnie dwa lata.
Weszłam do środka, był tam tylko Vendigo, Drew, ja i Jacob. Jacob rzadko tu bywał, chyba, że miał interes albo zaległą zapłatę u szefa. Zakładam, że ma dwa razy więcej kasy do oddania niż ma w banku na koncie.
-Zawsze, ale to zawsze, Drew, będę ci jej zazdrościć. - parsknął Jacob wpatrując się we mnie z lekkim uśmiechem.
On nigdy się nie uśmiechał. Chyba, że kogoś szarpał, bił, próbował ''wybić'' pieniądze z tkanek, mięśni i z duszy klienta, jeśli zalega ze spłatą. Wtedy się uśmiechał. Nigdy do kobiet. Nie lubił kobiet. Z wyjątkiem mnie, bo do mnie ma wielkie, ogromne zaufanie.
-Siadajcie, co tak stoicie. - kiwnął głową na kanapy naprzeciwko siebie.
Zajęliśmy miejsca, naprzeciw nas stały butelki z najdroższą whisky jaką można dostać na rynku, popielniczka, dość ubrudzona od kiepów jak i stół, choć był pewnie droższy od mojego telefonu.
-Nie mam, na litość boską, Jacob. Ja dostanę... w środę, mam ugadane, sto procent!
-Nie interesuje mnie - zaczął z powagą i spokojem, obierając pomarańczę - czy masz forsę czy nie, ty masz ją po prostu mieć.
-Nie mogę, teraz nie mam jak, Kubuś, nigdy ci nie kitowałem.
-Lubię cię, ale lubię pieniądze. I nie lubię, gdy ktoś zapożycza się na 90 tysięcy długu i zwleka, oddając, bo zakładam, że oddasz część kasy albo ćwierć.
-Swoje interesy możecie załatwiać między sobą. - dogryzłam, znudzona tematem długów Vendigo.
Szef miał około czterdziestki piątki i był otyłym, łysiejącym typem z obrzydliwymi na twarzy bliznami. Nie raz ktoś go bił, zmasakrował czy poturbował do nieprzytomności za jego ''długi''. Jednak co jak co - jeśli Jacob go lubi to ma szansę na ulgę.
Jacob sam załatwia takie rzeczy.
-A no tak - ocknął się - najpierw interesy.
Wyciągnęłam przeliczenia za ostatni miesiąc, imiona, nazwiska i adresy. Stąd znam wszystkich w szkole i w La Push. Prawie, przynajmniej tych, co biorą to od Drew.
-Spora suma - dodał Szef.
-Sporą sumę to ty masz do oddania. - warknął mój kolega z budy.
-A kto ci takie limo zrobił? - roześmiał się, jak stara ropucha.
Spojrzał na mnie znacząco, jednak udawałam, że nic nie wiem.
-Z nią nie ma żartów. Jest nietykalna - powiedział nagle Jacob przeglądając sumy i imiona. - Zaraz... brakuje mi tu tysiaka. - spojrzał na mnie znacząco.
-Tak, zgadza się. Dziewczyna z imprezy.
-Imię i nazwisko.
-Sama to ogarnę.
-Dała kasę... - wtrącił Drew.
-Nie wcinaj się nie pytany. - uciszył go Jacob. - Mów.
-Załatwię to, kant to nic takiego.
-Dla mnie kant załatwia się w pół godziny z trasą. To kokaina, Kate, nie szminka za tysiaka.
-Za kogo mnie masz? - warknęłam. - Reachel, taka laska ode mnie z budy. Sama bierze ale z innego źródła.
-Innego?
-Ktoś z La Push. Nie znam.
Drew dziwnie zareagował, jakby chciał się ulotnić. Wygląda, jakby źle się poczuł albo coś w tym stylu. Skrzywiłam się i kontynuowałam.
-Co to za problem,Reachel to dobra dziewczyna, ja to załatwię.
-Zobaczymy. Ile masz materiału?
-Jeszcze z dziesięć wyrobię i czystka. - odparł Drew.
Czemu tu jestem, pytacie? Bo ja to towarzysz ich biznesów, wciągnięta gdy jeszcze sypiałam z Drew, gdy jeszcze coś nas łączyło. Coś... tym czymś była żądza wejścia w dorosłe życie w jakimś stopniu i to z nim zrobiłam to pierwszy raz, i się sobą brzydzę. Jednak to właśnie on wciągnął mnie w trawę, całe babranie się z narkotykami.Przechowywał u mnie, ja nie miałam z tym problemów, po prostu wydawało mi się, że tak trzeba, bo to ''mój facet i wie co robi''. Potem były problemy, to Jacob mówił,że mam go mieć na oku bo kręci, zawsze kręcił. I dlatego ja mam nad wszystkim kontrolę bo nie mają nikogo kto to zrobi a jeśli bym odeszła to pewnie by mnie odstrzelili albo dali nauczkę bym wróciła jak dosłownie zbity pies. Poza tym kto rozpozna niewinną, wystrzałową laskę wyglądającą jak milion dolców o robienie miliona na takim czymś? Nikt. I o to im chodzi.
-Wyjdźcie. Kate zostaje.
Wszyscy wyszli i zostałam ja i Jacob. Nie bałam się go, byliśmy jako jedyni jak bracia, jak przyjaciele, którzy umieli siebie nawzajem znieść. Rozmawialiśmy bez przywitań, tanich buziaków na przywitanie. Czegokolwiek, co robią zwykli przyjaciele. My byliśmy... naturalni w swoim toarzystwie, bez uczuć. Obojętni.
-Myślisz, że on nie kręci? - zaczął.
-Byłby aż tak głupi? - pytam, biorąc łyk whisky.
-Ty go masz na oku.
-Chciałabym mieć kogoś na oku 24 na dobę, Jacob.
Uśmiechnął się.
On nawet nie pomoże mi z tego wyjść. Nie może. Ma związane ręce, choć sam jest szefem swojego biznesu od ośmiu lat i bez złapania przez policję.
Nagle zadzwonił jego telefon, który dzwoni ciągle, bez przerwy. Zwykle to klienci, ale tym razem miał inny, spokojniejszy głos.
-Ciociu, biznesy robię. - odparł. - Nie, nic nie wiem. Z Liamem nie mam kontaktu odkąd wyjechałem. Jestem blisko, mogę do was wpaść jak będę wolny. Na razie. - rozłączył się i odłożył telefon na stolik. - Cholera, jakbym miał dziesięć minut żeby wpaść do ciotki na herbatę.
-Liam, znam jakiegoś Liama.
-Na pewno nie z klientów, to mój kuzyn. O dwa lata młodszy, ale jego matka kiedyś mnie wychowywała, zanim nie uciekłem z domu. Liam od tamtej pory średnio chce mnie pamiętać.
-Fakt, bo gdy z nim rozmawiałam nic nie wspominał, chyba, że nie tego Liama masz na myśli.
-Wpadnę jutro, pogadamy.
-Nikt nas nie może razem widzieć. Nie znamy się, pamiętasz?
-Spokojnie, zdzwonimy się gdy nikogo przy tobie nie będzie. Odwieźć cię?
-Piłeś...
-Dwa łyki, ze mną się nie musisz obawiać. - wstał i zrobił miejsce.
Jacob ma tyle dobrego, że jako handel traktuje pracę, a sam nie bierze tego gówna. Znam go odkąd Drew mnie wpakował w to świństwo, a on sam jest człowiekiem zabieganym. W godzinę może zarobić dwa razy tyle, ile zarabia miesięcznie nauczyciel. Nie robi przerw, ma tylko czas na spanie, jedzenie i trasy. Ściganie tych, którzy mają długi. Ale nie sądziłam, że zna Liama, jeśli to o niego chodzi, bo innego w La Push nie znam... jednak nikt nie może wiedzieć, że znam się z Jacobem, po prostu nikt. Od dość długiego czasu mamy to w tajemnicy, czy tego chcę czy nie muszę robić to wszystko. Jacob nie tylko handluje, raz zabił, może dwa... i tu zaczyna się cienka linia, która oznacza, że po prostu on mnie w jakimś sensie przeraża. Jednak po prostu go lubię, albo muszę go lubić bo czuje się bezpieczna. On to zapewnia, że zapominam o cholernej chorobie matki.
Odwiózł mnie a ja sama wróciłam do domu. Potem jechał odwieźć Drew, co pewnie dobrze się nie skończy. A potem... zobaczymy co dalej.
piątek, 21 grudnia 2018
wtorek, 11 grudnia 2018
Od Kate
Sallie siedziała z nawalonym Lee na kanapie w salonie, gdy podeszłam widziałam niezadowolenie dziewczyny jednak nie interesowało mnie to za bardzo. Przyjaciel był o krok od zgonu, więc wzięłam go z drugiej strony pod ramię.
-Na co czekasz? - warknęłam, a Fisherman pomogła mi dotransportować go do pokoju. Walnęłam go na łóżko i spojrzałam na nią.
-Przynieś herbatę, gorzką. Ma być ciepła.
-Jasne... - kiwnęła zestresowana głową. Biedaczynka, nie była chyba przyzwyczajona do widoku rzygów.
Lee odcięło gdy tylko się położył. Ja wpatrywałam się w niego lekko zaniepokojona... nie może tu zostać.
Co jak co, ale nie należałam do miłych osób ani do tych, które lubią pomagać czy zawierać przyjaźnie. Ale Lee to jedna z najważniejszych osób w moim życiu i w takich sytuacjach wiem, że powinien wrócić do domu i powinnam się teraz nim zająć. Gdy Noah obecny na tej imprezie nie odbierał telefonów postanowiłam go poszukać jak tylko wróci do pokoju organizatorka imprezy. Wróciła z herbatą, z wielkim kubkiem i jaśkiem, prawdopodobnie żeby było mu wygodnie ale wątpiłam, by poczuł poduszkę pod głową w takim stanie.
-Zostań z nim, ja poszukam jego brata. - podeszłam do drzwi i otworzyłam je, gdy zatrzymała mnie Sallie.
-On jest na balkonie...
-Jasne. - wzruszyłam ramionami i poszłam w stronę brata Lee.
Gdy go znalazłam obściskiwał się z jakąś laską z metalem na twarzy, milion kolczyków aż mnie odrzuciło na kilometr od tej paskudy.
-Sorry, ale...
-Nie teraz, Kate. - wymamrotał, połykając dziewczynę.
Szarpnęłam Noah, co poruszyło nieznajomą.
-Odwal się! - krzyknęła, na co ja bez wzruszenia zignorowałam ją.
-Zabierz Lee do domu, źle wygląda. Nie wiem, czy czegoś mu ktoś nie dorzucił do drinka.
-Co? - zdenerwowany odszedł od laski. Nie wyglądał na dobrego brata, jednak był starszy... i troszczył się o niego. - Gdzie jest?
-Z Sallie w pokoju, pilnuje żeby nikt mu nie wparował nagle do pokoju ani...
-Który pokój?
Gdy pokazałam mu gdzie leży jego brat uznałam, że jest bezpieczny i trafi do domu z dobrą eskortą. Ja natomiast gdy przechodziłam obok jednego z pokoi usłyszałam rozmowę Drew z jego kolegami. Warto było podsłuchać.
-Nie skapnie się, że został trafiony. - zaśmiał się jeden.
-Kate się zorientuje... - westchnął Drew.
-I tak masz dobrze. Dziewczyna płaci w naturze... - zaśmiał się trzeci.
Zacisnęłam pięści i cofnęłam się do Noah który rozmawiał z Sallie. Nie spodobało mi się to, bo znając jego będzie próbował ją wyrwać a Lee tego nie zniesie... jednak nie to było teraz ważne.
-Noah... chodź na chwilę...
-Co jest?
-To Drew trafił Lee. Wiem, bo słyszałam ich rozmowę. No i mówili o mnie, że się puszczam i tak dalej...
Nie zdążyłam dokończyć, Noah ruszył prosto do pokoju wskazanego przeze mnie i każdego z osobna poustawiał tak, że od razu... hm... ''zasnęli''...
-Odwiozę cię.
-Ty nie piłeś?
-Ktoś musi was pilnować.
-Dla mnie i Lee nie piłeś? - spytałam zaskoczona.
-Już się nie rozczulaj, chodźmy.
-Ja jeszcze zostanę. Weź go do domu...
-Wszystko okej?
-Jasne. - uśmiechnęłam się.
Nagle dziwnie się zbliżył, w pokoju byliśmy tylko ja, on i nieprzytomny Lee... ale pocałował mnie. Noah, który zawsze mi dokuczał i nienawidził. Odepchnęłam go.
-Stary, to jak całowanie się z bratem. - odparłam i pokręciłam głową. - Nic do ciebie nie czuję, a o tym zapomnimy. - wyszłam i poszłam jeszcze po całej sytuacji po parę drinków.
Przy barze znalazłam Liama, co prawda nie znam go zbyt dobrze ale chyba był wcięty. Takie miałam wrażenie, może przez to, że sama byłam lekko pijana? Lekko... to mało powiedziane.
Barman, którego wynajęła Sallie specjalnie na tą imprezę czekał, aż złożę zamówienie.
-Pięć razy wściekłego psa. - zachwiałam się i usiadłam na taborecie.
-Chyba już masz fazę, co?
Spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem.
-Mam mocną głowę, na to ile dziś wypiłam nie ma co się dziwić. Czemu ciągle widzę cię samego?
-Kumple się bawią, każdy znalazł partnerki na tą imprezę. - zaśmiał się i wziął łyk piwa.
-Widocznie obydwoje nikogo nie znaleźliśmy. - odparłam i właśnie barman podał mi drinki.
-Dzięki. - mrugnęłam do niego i wszystko wypiłam, po czym zamówiłam piwo.
-Nie przesadzasz trochę?
-Trzeba umieć się dobrze bawić.
-Wydaje mi się, że zapijasz smutki i zmartwienia.
-Psycholog się znalazł. - parsknęłam.
-Masz limo pod okiem...
-Ta, dostałam przypadkiem od koleżanki z łokcia. - wzruszyłam ramionami, mając nadzieję, że chociaż kilka osób tego nie widziało.
-A przypadkiem...
-Jesteś uroczy. Ale ja nie jestem fajną dziewczyną. - wtrąciłam, by ominąć temat.
-Inaczej mi się wydaje.
Przegryzłam wargę i na chwilę pomyślałam o tym, jak bardzo mi się kręci w głowie. Aż nagle usłyszałam za plecami krzyk Reachel.
-Chodź! To moja piosenka a nikt nie chce już tańczyć!
-Nie... - pokręciłam głową.
-To poproszę tego przystojniaka...
-Dobra, dobra... chodź. - nie wiem, czemu jej nie pozwoliłam zaprosić Liama... to był odruch. Pijacki odruch.
Tańczyłam z nią w tłumie ludzi, gdy Reachel podała mi rękę i właściwie to tańczyłyśmy na stole. Nie poznawałam siebie, coś tu nie grało. Nagle powinęła mi się noga i upadłam, przygotowana na to, że moja twarz zaraz mocno przytuli podłogę ale złapał mnie Liam.
-To może ja cię odwiozę. - zaśmiał się.
Wyswobodziłam się z jego ramion i stanęłam chwiejnie na nogi. Patrzyliśmy chwilę sobie w oczy i pomyślałam, że w sumie to impreza i oboje jesteśmy pijani, nic z tego nie zapamiętamy...
A raz się żyje.
Pocałowałam go, ale... to trwało dłużej, niż sądziłam. Ani ja nie mogłam się oderwać ani on, gdy już od siebie się odsunęliśmy przeczesałam nerwowo włosy.
-Przepraszam... muszę iść... - wybiegłam i wsiadłam do samochodu.
Tak, prowadziłam kompletnie pijana, ale to nie zmienia faktu, że nie dojadę. Nie w takich sytuacjach prowadziłam.
Dojechałam do domu i weszłam do środka. Walnęłam się na łóżko...
-Niech ten dzień się już skończy...
Rano miałam okropnego kaca jednak pomyślałam, że warto by odwiedzić Lee. Podejrzewałam, że nawet nie pójdzie do szkoły. Była sobota, jednak mieliśmy przygotowania wraz z ostatnimi klasami do egzaminów końcowych.
Noah mi otworzył, usiadłam czekając aż przyjaciel zejdzie. Noah pisał z kimś na telefonie, a ja powoli się niecierpliwiłam.
-Nie piszesz z Fisherman, mam nadzieję.
-Co? Ach... nie, z kumplem o meczu.
-Jasne.
-No mam ci pokazać?
-Nie wierzę po prostu, że najlepszą laskę w szkole olewasz. Zawsze miałeś wszystkie.
-Byłem z nią, jest okej.
Uniosłam brwi i z zaniemówienia aż wstałam.
-Idę do niego...
-Usiądź.
Nagle usłyszałąm z góry krzyki... na pewno nie Lee... na górze w jego pokoju. Spojrzałam na sufit i na Noah.
-To może ja pójdę...
-Zostań. - odparł, prawie wybuchnął śmiechem.
-Czy on...
-Ta, zalicza właśnie Sallie. Dlatego do niej nie podbijam. W końcu mu się układa. - wzruszył ramionami i nagle roześmiał się. - Wyluzuj. Nie robiłaś tego nigdy czy jak?
-Trochę mi niedobrze słyszeć, jak rucha się z Fisherman.
-Ja mam to gdzieś.
W końcu Lee zszedł na dół i wyszliśmy na ogród nad basen. Mierzyłam przyjaciela z niepokojem.
-Co? - parsknął.
-Sallie poszła?
-Nie, czeka w pokoju.
Uniosłam brwi.
-Serio. - parsknęłam.
-Daj spokój, ty wczoraj z tego co słyszałem sama się z kimś całowałaś.
-Cholera... ale całowanie to nie seks.
-Kate...
-Potem wpadnij do mnie. Dziś nie idę na egzaminy, mam dość budy.
-Budy, czy głupio ci patrzeć w oczy temu przystojniakowi, Kapitan drużyny, hm? - zaśmiał się.
-Oboje byliśmy pijani.
-Ta, fakt.
-Do potem. - wzięłam torbę i wyszłam.
Dobrze, że nie wie że Noah mnie pocałował... byłby wściekły... to jedna z naszych zasad od dziecka... oby nie wszystko wyszło na jaw ze wczoraj... I oby Drew mnie nie dopadł.
-Na co czekasz? - warknęłam, a Fisherman pomogła mi dotransportować go do pokoju. Walnęłam go na łóżko i spojrzałam na nią.
-Przynieś herbatę, gorzką. Ma być ciepła.
-Jasne... - kiwnęła zestresowana głową. Biedaczynka, nie była chyba przyzwyczajona do widoku rzygów.
Lee odcięło gdy tylko się położył. Ja wpatrywałam się w niego lekko zaniepokojona... nie może tu zostać.
Co jak co, ale nie należałam do miłych osób ani do tych, które lubią pomagać czy zawierać przyjaźnie. Ale Lee to jedna z najważniejszych osób w moim życiu i w takich sytuacjach wiem, że powinien wrócić do domu i powinnam się teraz nim zająć. Gdy Noah obecny na tej imprezie nie odbierał telefonów postanowiłam go poszukać jak tylko wróci do pokoju organizatorka imprezy. Wróciła z herbatą, z wielkim kubkiem i jaśkiem, prawdopodobnie żeby było mu wygodnie ale wątpiłam, by poczuł poduszkę pod głową w takim stanie.
-Zostań z nim, ja poszukam jego brata. - podeszłam do drzwi i otworzyłam je, gdy zatrzymała mnie Sallie.
-On jest na balkonie...
-Jasne. - wzruszyłam ramionami i poszłam w stronę brata Lee.
Gdy go znalazłam obściskiwał się z jakąś laską z metalem na twarzy, milion kolczyków aż mnie odrzuciło na kilometr od tej paskudy.
-Sorry, ale...
-Nie teraz, Kate. - wymamrotał, połykając dziewczynę.
Szarpnęłam Noah, co poruszyło nieznajomą.
-Odwal się! - krzyknęła, na co ja bez wzruszenia zignorowałam ją.
-Zabierz Lee do domu, źle wygląda. Nie wiem, czy czegoś mu ktoś nie dorzucił do drinka.
-Co? - zdenerwowany odszedł od laski. Nie wyglądał na dobrego brata, jednak był starszy... i troszczył się o niego. - Gdzie jest?
-Z Sallie w pokoju, pilnuje żeby nikt mu nie wparował nagle do pokoju ani...
-Który pokój?
Gdy pokazałam mu gdzie leży jego brat uznałam, że jest bezpieczny i trafi do domu z dobrą eskortą. Ja natomiast gdy przechodziłam obok jednego z pokoi usłyszałam rozmowę Drew z jego kolegami. Warto było podsłuchać.
-Nie skapnie się, że został trafiony. - zaśmiał się jeden.
-Kate się zorientuje... - westchnął Drew.
-I tak masz dobrze. Dziewczyna płaci w naturze... - zaśmiał się trzeci.
Zacisnęłam pięści i cofnęłam się do Noah który rozmawiał z Sallie. Nie spodobało mi się to, bo znając jego będzie próbował ją wyrwać a Lee tego nie zniesie... jednak nie to było teraz ważne.
-Noah... chodź na chwilę...
-Co jest?
-To Drew trafił Lee. Wiem, bo słyszałam ich rozmowę. No i mówili o mnie, że się puszczam i tak dalej...
Nie zdążyłam dokończyć, Noah ruszył prosto do pokoju wskazanego przeze mnie i każdego z osobna poustawiał tak, że od razu... hm... ''zasnęli''...
-Odwiozę cię.
-Ty nie piłeś?
-Ktoś musi was pilnować.
-Dla mnie i Lee nie piłeś? - spytałam zaskoczona.
-Już się nie rozczulaj, chodźmy.
-Ja jeszcze zostanę. Weź go do domu...
-Wszystko okej?
-Jasne. - uśmiechnęłam się.
Nagle dziwnie się zbliżył, w pokoju byliśmy tylko ja, on i nieprzytomny Lee... ale pocałował mnie. Noah, który zawsze mi dokuczał i nienawidził. Odepchnęłam go.
-Stary, to jak całowanie się z bratem. - odparłam i pokręciłam głową. - Nic do ciebie nie czuję, a o tym zapomnimy. - wyszłam i poszłam jeszcze po całej sytuacji po parę drinków.
Przy barze znalazłam Liama, co prawda nie znam go zbyt dobrze ale chyba był wcięty. Takie miałam wrażenie, może przez to, że sama byłam lekko pijana? Lekko... to mało powiedziane.
Barman, którego wynajęła Sallie specjalnie na tą imprezę czekał, aż złożę zamówienie.
-Pięć razy wściekłego psa. - zachwiałam się i usiadłam na taborecie.
-Chyba już masz fazę, co?
Spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem.
-Mam mocną głowę, na to ile dziś wypiłam nie ma co się dziwić. Czemu ciągle widzę cię samego?
-Kumple się bawią, każdy znalazł partnerki na tą imprezę. - zaśmiał się i wziął łyk piwa.
-Widocznie obydwoje nikogo nie znaleźliśmy. - odparłam i właśnie barman podał mi drinki.
-Dzięki. - mrugnęłam do niego i wszystko wypiłam, po czym zamówiłam piwo.
-Nie przesadzasz trochę?
-Trzeba umieć się dobrze bawić.
-Wydaje mi się, że zapijasz smutki i zmartwienia.
-Psycholog się znalazł. - parsknęłam.
-Masz limo pod okiem...
-Ta, dostałam przypadkiem od koleżanki z łokcia. - wzruszyłam ramionami, mając nadzieję, że chociaż kilka osób tego nie widziało.
-A przypadkiem...
-Jesteś uroczy. Ale ja nie jestem fajną dziewczyną. - wtrąciłam, by ominąć temat.
-Inaczej mi się wydaje.
Przegryzłam wargę i na chwilę pomyślałam o tym, jak bardzo mi się kręci w głowie. Aż nagle usłyszałam za plecami krzyk Reachel.
-Chodź! To moja piosenka a nikt nie chce już tańczyć!
-Nie... - pokręciłam głową.
-To poproszę tego przystojniaka...
-Dobra, dobra... chodź. - nie wiem, czemu jej nie pozwoliłam zaprosić Liama... to był odruch. Pijacki odruch.
Tańczyłam z nią w tłumie ludzi, gdy Reachel podała mi rękę i właściwie to tańczyłyśmy na stole. Nie poznawałam siebie, coś tu nie grało. Nagle powinęła mi się noga i upadłam, przygotowana na to, że moja twarz zaraz mocno przytuli podłogę ale złapał mnie Liam.
-To może ja cię odwiozę. - zaśmiał się.
Wyswobodziłam się z jego ramion i stanęłam chwiejnie na nogi. Patrzyliśmy chwilę sobie w oczy i pomyślałam, że w sumie to impreza i oboje jesteśmy pijani, nic z tego nie zapamiętamy...
A raz się żyje.
Pocałowałam go, ale... to trwało dłużej, niż sądziłam. Ani ja nie mogłam się oderwać ani on, gdy już od siebie się odsunęliśmy przeczesałam nerwowo włosy.
-Przepraszam... muszę iść... - wybiegłam i wsiadłam do samochodu.
Tak, prowadziłam kompletnie pijana, ale to nie zmienia faktu, że nie dojadę. Nie w takich sytuacjach prowadziłam.
Dojechałam do domu i weszłam do środka. Walnęłam się na łóżko...
-Niech ten dzień się już skończy...
Rano miałam okropnego kaca jednak pomyślałam, że warto by odwiedzić Lee. Podejrzewałam, że nawet nie pójdzie do szkoły. Była sobota, jednak mieliśmy przygotowania wraz z ostatnimi klasami do egzaminów końcowych.
Noah mi otworzył, usiadłam czekając aż przyjaciel zejdzie. Noah pisał z kimś na telefonie, a ja powoli się niecierpliwiłam.
-Nie piszesz z Fisherman, mam nadzieję.
-Co? Ach... nie, z kumplem o meczu.
-Jasne.
-No mam ci pokazać?
-Nie wierzę po prostu, że najlepszą laskę w szkole olewasz. Zawsze miałeś wszystkie.
-Byłem z nią, jest okej.
Uniosłam brwi i z zaniemówienia aż wstałam.
-Idę do niego...
-Usiądź.
Nagle usłyszałąm z góry krzyki... na pewno nie Lee... na górze w jego pokoju. Spojrzałam na sufit i na Noah.
-To może ja pójdę...
-Zostań. - odparł, prawie wybuchnął śmiechem.
-Czy on...
-Ta, zalicza właśnie Sallie. Dlatego do niej nie podbijam. W końcu mu się układa. - wzruszył ramionami i nagle roześmiał się. - Wyluzuj. Nie robiłaś tego nigdy czy jak?
-Trochę mi niedobrze słyszeć, jak rucha się z Fisherman.
-Ja mam to gdzieś.
W końcu Lee zszedł na dół i wyszliśmy na ogród nad basen. Mierzyłam przyjaciela z niepokojem.
-Co? - parsknął.
-Sallie poszła?
-Nie, czeka w pokoju.
Uniosłam brwi.
-Serio. - parsknęłam.
-Daj spokój, ty wczoraj z tego co słyszałem sama się z kimś całowałaś.
-Cholera... ale całowanie to nie seks.
-Kate...
-Potem wpadnij do mnie. Dziś nie idę na egzaminy, mam dość budy.
-Budy, czy głupio ci patrzeć w oczy temu przystojniakowi, Kapitan drużyny, hm? - zaśmiał się.
-Oboje byliśmy pijani.
-Ta, fakt.
-Do potem. - wzięłam torbę i wyszłam.
Dobrze, że nie wie że Noah mnie pocałował... byłby wściekły... to jedna z naszych zasad od dziecka... oby nie wszystko wyszło na jaw ze wczoraj... I oby Drew mnie nie dopadł.
piątek, 7 grudnia 2018
Od Kate
Obserwowałam z obawą Reachel... nie podobało mi się to, że tyle wciągnęła... co prawda nie wiem czemu zależy mi na niej i na jej bezpieczeństwu. To jest to słynne ''poczucie winy''? Ciekawe..
-Ty jeszcze tu siedzisz? - spojrzałam na nieznajomego.
-Jak widać.
-Jest tu tyle dziewczyn napompowanych narkotykami chętne na imprezowanie, nie jesteś chętny?
-Nie. - pokiwał głową z udawaną miną rezygnacji.
-Ale na szarą laskę z budy już owszem?
-Nie powiedziałem tego...
Zaśmiałam się i wyzerowałam piwo, odkładając pustą butelkę na barek.
Nagle całe krzyki ucichły, zrobił się tłum na środku wielkiego salonu, słychać było tylko muzykę, jakbym zamknęła się w pustym pomieszczeniu i sama głośno się w nią wsłuchiwała, czując jak bębenki powoli nie wytrzymują ciśnienia. Pobiegłam w zbiorowisko uczniów i na środku Reachel kłóciła się z jakimś kolesiem. Tym kolesiem był kumpel Drew, jednak nie jest od nas ze szkoły. A to wróży sam wielki kłopot.
-Ten koleś mnie obmacywał! - krzyknęła wściekła... ale i oczy jak talary świadczyły o jednym... i tłum uważał od razu, że jest naćpana. Jednak po napalonym typie też mogłabym sporo powiedzieć.
-Sama pchałaś mi ręce do spodni mała!
Zacisnęłam pięści i przecisnęłam się przez tłum. Ktoś ściszył muzykę minimalnie, albo sama się ściszyła. Stałam w okręgu zbiegowiska, w samym centrum i czułam ten gorąc, nie do wytrzymania dobijającą się presję i żądną sensacji emocji tłumu. Wyrwałam wszystkim na przodzie telefony w rękach i rzuciłam na podłogę, stając obok Reachel.
-Wypad stąd. - widziałam przerażenie w oczach Sallie, co nie za bardzo mną ruszyło ale chciałam wywołać aferę, no i mam.
-Ty szaraczku, będziesz mi mówić co mam robić?
-Ta, bo to nie twoja impreza. Wypad.
-Zawsze miałaś cięty język, a taki sam będziesz mieć na psiarni, jak wyjdę stąd i po nich zadzwonie?
-Nie obchodzi mnie to, wypierdalaj! - popchnęłam go, lekko nawalona przez wyzerowane piwo. Jednak trzymałam się świetnie.
Reachel obrała taką postawę jak ja, choć wiedziałam że w duszy odetchnęła, że ktokolwiek się za nią wstawił.
-Szmato, zawsze musisz mi wchodzić w drogę a ja mam taką ochotę komuś zajebać...
Uderzył mnie, to fakt, ale nic nie poczułam i Reachel rzuciła się na niego w furii, a ja szczerze mówiąc byłam tak wściekła, że wyrwałam się komuś gdy podawał mi rękę i poszłam za dwójką bijących się i szarpiących kolegów, no i Reachel zamknęła go w jednej ze schowków piwnicznych i po sprawie. Muzyka grała dalej, ludzie zapomnieli o sprawie i dalej brali dragi i tak dalej. Jakiś czas siedziałam i piłam, i piłam, i tak dalej... po czym tak jak słyszałam krzyki i dobijanie się do drzwi pijanego Cole'a w schowku. Dopiłam kolejne piwo i poszłam zobaczyć, o co chodzi, jednak drzwi były zamknięte.
-Szukasz kogoś? - spytał nagle Lee.
-Gdzieś ty był?!
-Czemu masz limo pod okiem, jezus... Kate...
-Trzeba było być a nie ruchać za ścianą! - krzyknęłam wychodząc z salonu na taras.
-Co się stało?!
-Spadaj! Wal się. - machnęłam ręką i usiadłam na krześle. Z drugiej strony domu wszyscy bawili się nad basenem.
Obok mnie usiadł znów ten nieznajomy... Liam, chyba. Zapaliłam papierosa i wpatrywałam się w ulice bogatych domów.
-Kłótnia z chłopakiem? - uniósł brwi pijąc piwo.
-To przyjaciel od piaskownicy.
-Wierzę. A czemu taka ładna dziewczyna i pali?
-Bo nie jestem damą, tylko dziewczyną. - wzruszyłam ramionami. - Zaraz i tak spadam, mam dość.
-Jak wrócisz? Mieszkasz blisko tak?
-Daleko, ale jestem autem.
-Masz prawko i chcesz jechać po pijaku?
-Nie czuje się pijana i nie mam prawka.
-I jesteś autem? - roześmiał się.
-Zgadza się. Spadam jeszcze czegoś się napić i zjeżdżam.
Gdy zobaczyłam wchodząc do środka jak Lee leży zezgonowany na kanapie nie mogłam tego znieść.
-Ta, to pobędę tu jeszcze do końca imprezy żeby go ogarnąć do jakiegoś wolnego łóżka. - westchnęłam i mozolnie ruszyłam na ''pomoc'' temu pajacowi.
-Ty jeszcze tu siedzisz? - spojrzałam na nieznajomego.
-Jak widać.
-Jest tu tyle dziewczyn napompowanych narkotykami chętne na imprezowanie, nie jesteś chętny?
-Nie. - pokiwał głową z udawaną miną rezygnacji.
-Ale na szarą laskę z budy już owszem?
-Nie powiedziałem tego...
Zaśmiałam się i wyzerowałam piwo, odkładając pustą butelkę na barek.
Nagle całe krzyki ucichły, zrobił się tłum na środku wielkiego salonu, słychać było tylko muzykę, jakbym zamknęła się w pustym pomieszczeniu i sama głośno się w nią wsłuchiwała, czując jak bębenki powoli nie wytrzymują ciśnienia. Pobiegłam w zbiorowisko uczniów i na środku Reachel kłóciła się z jakimś kolesiem. Tym kolesiem był kumpel Drew, jednak nie jest od nas ze szkoły. A to wróży sam wielki kłopot.
-Ten koleś mnie obmacywał! - krzyknęła wściekła... ale i oczy jak talary świadczyły o jednym... i tłum uważał od razu, że jest naćpana. Jednak po napalonym typie też mogłabym sporo powiedzieć.
-Sama pchałaś mi ręce do spodni mała!
Zacisnęłam pięści i przecisnęłam się przez tłum. Ktoś ściszył muzykę minimalnie, albo sama się ściszyła. Stałam w okręgu zbiegowiska, w samym centrum i czułam ten gorąc, nie do wytrzymania dobijającą się presję i żądną sensacji emocji tłumu. Wyrwałam wszystkim na przodzie telefony w rękach i rzuciłam na podłogę, stając obok Reachel.
-Wypad stąd. - widziałam przerażenie w oczach Sallie, co nie za bardzo mną ruszyło ale chciałam wywołać aferę, no i mam.
-Ty szaraczku, będziesz mi mówić co mam robić?
-Ta, bo to nie twoja impreza. Wypad.
-Zawsze miałaś cięty język, a taki sam będziesz mieć na psiarni, jak wyjdę stąd i po nich zadzwonie?
-Nie obchodzi mnie to, wypierdalaj! - popchnęłam go, lekko nawalona przez wyzerowane piwo. Jednak trzymałam się świetnie.
Reachel obrała taką postawę jak ja, choć wiedziałam że w duszy odetchnęła, że ktokolwiek się za nią wstawił.
-Szmato, zawsze musisz mi wchodzić w drogę a ja mam taką ochotę komuś zajebać...
Uderzył mnie, to fakt, ale nic nie poczułam i Reachel rzuciła się na niego w furii, a ja szczerze mówiąc byłam tak wściekła, że wyrwałam się komuś gdy podawał mi rękę i poszłam za dwójką bijących się i szarpiących kolegów, no i Reachel zamknęła go w jednej ze schowków piwnicznych i po sprawie. Muzyka grała dalej, ludzie zapomnieli o sprawie i dalej brali dragi i tak dalej. Jakiś czas siedziałam i piłam, i piłam, i tak dalej... po czym tak jak słyszałam krzyki i dobijanie się do drzwi pijanego Cole'a w schowku. Dopiłam kolejne piwo i poszłam zobaczyć, o co chodzi, jednak drzwi były zamknięte.
-Szukasz kogoś? - spytał nagle Lee.
-Gdzieś ty był?!
-Czemu masz limo pod okiem, jezus... Kate...
-Trzeba było być a nie ruchać za ścianą! - krzyknęłam wychodząc z salonu na taras.
-Co się stało?!
-Spadaj! Wal się. - machnęłam ręką i usiadłam na krześle. Z drugiej strony domu wszyscy bawili się nad basenem.
Obok mnie usiadł znów ten nieznajomy... Liam, chyba. Zapaliłam papierosa i wpatrywałam się w ulice bogatych domów.
-Kłótnia z chłopakiem? - uniósł brwi pijąc piwo.
-To przyjaciel od piaskownicy.
-Wierzę. A czemu taka ładna dziewczyna i pali?
-Bo nie jestem damą, tylko dziewczyną. - wzruszyłam ramionami. - Zaraz i tak spadam, mam dość.
-Jak wrócisz? Mieszkasz blisko tak?
-Daleko, ale jestem autem.
-Masz prawko i chcesz jechać po pijaku?
-Nie czuje się pijana i nie mam prawka.
-I jesteś autem? - roześmiał się.
-Zgadza się. Spadam jeszcze czegoś się napić i zjeżdżam.
Gdy zobaczyłam wchodząc do środka jak Lee leży zezgonowany na kanapie nie mogłam tego znieść.
-Ta, to pobędę tu jeszcze do końca imprezy żeby go ogarnąć do jakiegoś wolnego łóżka. - westchnęłam i mozolnie ruszyłam na ''pomoc'' temu pajacowi.
czwartek, 6 grudnia 2018
Od Liama
Rano byłem jak trup. Zostałem w domu i przespałem cały dzień jednak wieczorem obudził mnie Eryk.
-Zamieszasz zostać w łóżku do śmierci?
-A jak tak to co?-powiedziałem twarzą w poduszce.
-Stary! Jest impreza! Wstawaj masz 15 minut na wykąpanie się i ogarnięcie i jedziemy.
-Nie wiem czy mi się chce..
-Nie chce Ci się iść na imprezę? Kim jesteś i co zrobiłeś z moim kumplem? Słuchaj! Będzie tam tłum pijanych lasek i chętnych na zabawy!
-I?
-Nie chcę tego słuchać wstawaj!
Zrzucił mnie z łóżka więc chcąc nie chcą musiałem wstać.
Szybki prysznic, przebrałem się i chwilę później byliśmy w drodze.
-Nie wiem czy to dobry pomysł..
-Z twoją tendencją organizmu do szybkiego zdrowienia i w efekcie bez możliwości opicia się masz duże szanse na wyrwanie sporej liczby lasek i zaliczenie.
-Jakoś mnie to nie interesuje.
-Chcesz czy nie ja zamierzam się super bawić
-Ok... nie mieszaj mnie tylko w to.
-Dobra.
Weszliśmy do ogromnego domu pełnego pijanych nastolatków.
Typowa impreza. Pełno alkoholu, narkotyków i reszty tego świństwa. Eryk od razu poleciał do barku i przyniósł nam po piwie.
-Na zdrowie stary!
-Obym tylko nie musiał Cię stąd wynosić.
-Dobra dobra..
Kilka godzin później już tańczył z jakimiś dziewczynami na tarasie. Mogłem się założyć że był teraz w niebie.
JA stałem oparty o ścianę i popijałem piwo które dawało mi poczuć procenty tylko przez parę sekund.
Jako że moje ciało bardzo szybko się regenerowało nie mogłem się opić.
Próbowaliśmy miesiąc po moim pierwszym przemienieniu się. Eryk zezgonował a ja byłem trzeźwy mimo iż wypiłem więcej od niego a on potrafi dużo wypić. Musiałem go wpakować do samochodu a potem jeszcze zawlec do pokoju. Nie było to przyjemne.
Zastanawiałem się czy wycie które słyszałem należało do alfy który mnie przemienił. Miałem tyle pytań a zero odpowiedzi. Najbardziej męczyło mnie to dlaczego mnie porzucił? Beta bez alfy staje się omegą a to nie jest dobre dla wilka. Samotny wilk w naturze to prędzej czy później martwy wilk. Na szczęście i nie szczęście oprócz mnie nie było tu żadnych innych nadprzyrodzonych istot. Chociaż z przyjemnością poznał bym jakąś.
Zobaczyłem jakąś dziewczynę sączącą drinka i z uśmiechem patrzącą na tłum. Czemu siedziała sama? Po chwili ją poznałem.
Podszedłem do niej.
-Hej.. Kate?
-My się znamy?
-Nie, widziałem cię na próbie teatralnej. Jestem Liam.
-Co chcesz?
-Zauważyłem że siedzisz sama wiec postanowiłem zagadać. Mogę się przysiąść?
-A jak powiem nie to sobie pójdziesz?
-Nie koniecznie..
Przewróciła zrezygnowana oczami.
Usiadłem obok niej.
-Chyba nie za dobrze sie bawisz co?-zapytałem.
-Tak jak i ty najwyraźniej.
-To super bo ja sie bawię świetnie.
Znowu przewróciła oczami. Chyba miała to w nawyku.
-Co taka antyspołeczna jesteś?
-Bo lubię.
-A i rozmowna jesteś bardzo.-powiedziałem z uśmiechem i napiłem się łyka piwa.
Spojrzałem na kumpla który bajerował jakąś dziewczynę. Trzymałem za niego kciuki. Należy się chłopakowi znalezienie jakiejś dziewczyny.
-Zamieszasz zostać w łóżku do śmierci?
-A jak tak to co?-powiedziałem twarzą w poduszce.
-Stary! Jest impreza! Wstawaj masz 15 minut na wykąpanie się i ogarnięcie i jedziemy.
-Nie wiem czy mi się chce..
-Nie chce Ci się iść na imprezę? Kim jesteś i co zrobiłeś z moim kumplem? Słuchaj! Będzie tam tłum pijanych lasek i chętnych na zabawy!
-I?
-Nie chcę tego słuchać wstawaj!
Zrzucił mnie z łóżka więc chcąc nie chcą musiałem wstać.
Szybki prysznic, przebrałem się i chwilę później byliśmy w drodze.
-Nie wiem czy to dobry pomysł..
-Z twoją tendencją organizmu do szybkiego zdrowienia i w efekcie bez możliwości opicia się masz duże szanse na wyrwanie sporej liczby lasek i zaliczenie.
-Jakoś mnie to nie interesuje.
-Chcesz czy nie ja zamierzam się super bawić
-Ok... nie mieszaj mnie tylko w to.
-Dobra.
Weszliśmy do ogromnego domu pełnego pijanych nastolatków.
Typowa impreza. Pełno alkoholu, narkotyków i reszty tego świństwa. Eryk od razu poleciał do barku i przyniósł nam po piwie.
-Na zdrowie stary!
-Obym tylko nie musiał Cię stąd wynosić.
-Dobra dobra..
Kilka godzin później już tańczył z jakimiś dziewczynami na tarasie. Mogłem się założyć że był teraz w niebie.
JA stałem oparty o ścianę i popijałem piwo które dawało mi poczuć procenty tylko przez parę sekund.
Jako że moje ciało bardzo szybko się regenerowało nie mogłem się opić.
Próbowaliśmy miesiąc po moim pierwszym przemienieniu się. Eryk zezgonował a ja byłem trzeźwy mimo iż wypiłem więcej od niego a on potrafi dużo wypić. Musiałem go wpakować do samochodu a potem jeszcze zawlec do pokoju. Nie było to przyjemne.
Zastanawiałem się czy wycie które słyszałem należało do alfy który mnie przemienił. Miałem tyle pytań a zero odpowiedzi. Najbardziej męczyło mnie to dlaczego mnie porzucił? Beta bez alfy staje się omegą a to nie jest dobre dla wilka. Samotny wilk w naturze to prędzej czy później martwy wilk. Na szczęście i nie szczęście oprócz mnie nie było tu żadnych innych nadprzyrodzonych istot. Chociaż z przyjemnością poznał bym jakąś.
Zobaczyłem jakąś dziewczynę sączącą drinka i z uśmiechem patrzącą na tłum. Czemu siedziała sama? Po chwili ją poznałem.
Podszedłem do niej.
-Hej.. Kate?
-My się znamy?
-Nie, widziałem cię na próbie teatralnej. Jestem Liam.
-Co chcesz?
-Zauważyłem że siedzisz sama wiec postanowiłem zagadać. Mogę się przysiąść?
-A jak powiem nie to sobie pójdziesz?
-Nie koniecznie..
Przewróciła zrezygnowana oczami.
Usiadłem obok niej.
-Chyba nie za dobrze sie bawisz co?-zapytałem.
-Tak jak i ty najwyraźniej.
-To super bo ja sie bawię świetnie.
Znowu przewróciła oczami. Chyba miała to w nawyku.
-Co taka antyspołeczna jesteś?
-Bo lubię.
-A i rozmowna jesteś bardzo.-powiedziałem z uśmiechem i napiłem się łyka piwa.
Spojrzałem na kumpla który bajerował jakąś dziewczynę. Trzymałem za niego kciuki. Należy się chłopakowi znalezienie jakiejś dziewczyny.
piątek, 30 listopada 2018
Od Kate
Rano w piątkowy dzień już siedziałam po jednych z zajęć chemii i słuchałam kazań nauczycielki, która widocznie chciała mnie oblać. Ja nawet kłócąc się i pyskując nie mogłam dokończyć żadnego zdania, bo baba normalnie mi nie pozwalała.
-Albo się weźmiesz do roboty i w dwa tygodnie poprawisz oceny albo zrobię co w mojej mocy i cię stąd wykopię.
Zrezygnowana odwróciłam wzrok.
-Zajebiście, mogę iść?
-Kate! Co to za język, do cholery!?
-Pani też nie grzeszy kulturą językową. - uśmiechnęłam się złośliwie i wstałam biorąc torbę, po czym wyszłam. Jędza.
-Hej, co ty taka... - usłyszałam głos Reachel. Odwróciłam się w jej stronę zaskoczona, że w ogóle do mnie mówi.
-A co cię to interesuje?
-Nic, ale jestem ciekawska i wpycham się gdzie nie trzeba. To jak, powiesz?
-Rany, co ci do tego?
-Ładnie pojechałaś tej wiedźmie, stara kwoka. Masz gadane, lubię takie osoby. - usiadła na murku przy szkole.
-Zaraz, ty czegoś chcesz. Nie rozmawiasz do takich jak ja tak po prostu.
-No, chcę. I wiem, że od ciebie to dostanę i nikomu nie piśniesz słowa. - uśmiechnęła się do mnie.
-Zależy czego chcesz, mów konkrety albo mam to gdzieś.
-Załatwisz mi coś od Drew na dzisiejszą imprezę.
-Czemu tego sama nie zrobisz?
-Bo on wykorzystuje takich jak ja, lepszych i zdolniejszych i straszy, że jeśli czegoś ktoś nie zrobi to sprzeda. A ja nie chcę problemów. To jak?
-A ja mam ryzykować?
-Masz kasę, pieniądze to nie problem. - podała mi do ręki.
-Eh, dobra, w sumie jeden pies. - wzruszyłam ramionami. - A skąd wiesz, że ja... i Drew...?
-Stare dzieje, co? Spoko, pamiętaj, że masz we mnie oparcie gdyby był problemem. Dobrze, że się dogadałyśmy. - uśmiechnęła się i odeszła.
Ma dar przekonywania i wkurzania ludzi do potęgi... ale coraz bardziej ją lubię. Trochę jest jak ja, ale bardziej stanowcza.
Kombinowałam jak załatwić sprawę z Drew, by nauczyciele nie przyuważyli. Jednak nie trudno go złapać, nabijał się z małolatów, gdy się zjawiłam i wypuściłam jednego z młodszych z szafki Drew westchnął.
-Eh, słonko, musisz wchodzić w paradę?
-A ty dręczyć tych gówniarzy? Daj sobie siana.
-Siano to ty mi wisisz, i to sporo.
-Trzymaj. - podałam mu sporo gotówki. - To na oddanie kilku długów plus czegoś jeszcze.
-Czego?
-Coś mocnego i co mi nie zaszkodzi.
Zaśmiał się i podał mi folię z białym proszkiem i różowym.
-Co to?
-Coś mocnego. Tylko małe kreski, jasne?
-Spoko... - zmarszczyłam brwi. - I nikomu ani słowa bo cię rozjadę.
-Oczywiście moja gwiazdeczko. - złapał moją twarz w jego dłonie i odszedł.
Ta, Reachel... stare ''dzieje''...
-Wiedziałam, że przyjdziesz. - uśmiechnęłam się widząc przyjaciela przed drzwiami swojego domu. - Chodź. Ubierzesz coś spoko... masz to o co cie prosiłam?
-Tak... wziąłem pół szafy Noah... będzie wściekły.
-To kretyn, ale fajny ma styl. Ubierzesz się imprezowo, ale z klasą. No już, masz tą koszulę i... te czarne jeansy ze ściągaczami... o! Ta kurtka jest super.
-Skórzana? Serio?
-Będziesz wyglądał bosko.
-A ty jak się ubierasz?
-Na pewno nie sukienka,bo to tylko impreza więc... po swojemu, żeby się wyróżnić. Idź, no!
-Dobra dobra...
Gdy oboje się przebraliśmy patrzyliśmy na siebie rozbawieni i z niedowierzaniem pokręciliśmy głową.
-Tak idziesz na imprezę?
-No, a co?
-Ładnie wyglądasz. Tylko musisz się pomalować, bo odstraszysz ludzi.
-A tobie już nic nie pomoże, paskudzie. - zaśmialiśmy się.
-To będzie wieczór, co...?
-Najlepszy w twoim życiu, pamiętaj że to ja robię łaskę, że tam idziemy bo pewnie beze mnie byś nie poszedł.
-Ta. Chłopaki tam będą.
-I Reachel...
-Kate...
-No żartuję, na litość boską! - roześmiałam się. - Nie mówmy o niej i się zwijamy. Masz alkohol i resztę?
-Ta, 5 litrów wódki.
-Trzy sześciopaki i trochę trawy wyłącznie dla mnie. No i dla ciebie, na dodatkowe wrażenia z Sallie. - spojrzałam znacząco na przyjaciela.
Na miejscu podziwiałam wielki dom Sallie. Był podobny do Lee, tylko bardziej... oszklony. Basen i tak dalej... to to co widziałam u przyjaciela co dzień, jednak tu wszystko wydawało się inne. Gdy wyjęliśmy alkohol wszyscy byli pod wrażeniem i uściskali nas lekko wstawieni.
-To jeszcze nie wszyscy - zaczęła Fisherman. - To dopiero połowa szkoły a wy jesteście półtorej godziny przed czasem. - uśmiechnęła się.
-Ehm... Reachel mówiła, że impreza jest na 18...
-Ale ona kręci... - zaśmiała się. - To nic, już połowa jest nad basenem więc idźcie i się bawcie.
-To ja pójdę. Ty Lee pomóż jej w rozpakowaniu wszystkiego.
Odeszłam zostawiając ich samych, może do czegoś dojdzie... Nagle Reachel stanęła przede mną w salonie podając alkohol.
-Masz to co chciałam?
Odwróciłam wzrok. Naprawdę nie chciałam, by brała to świństwo. Przecież to taka porządna dziewczyna...
-No hej, co jest?
-Nie musisz tego brać... - pokręciłam głową. - Nie wiesz co tam nawet jest...
-Masz czy nie? - spytała ostrzej.
-No mam...
-To bierz drinka i chodź.
Zabrała mnie na górę do jednego z kilku pokoi w domu, do biura ojca Sallie. Podałam jej folię i usiadłam na blacie obserwując co robi. Wysypała amfetaminę i zrobiła dwie spore kreski. Wciągnęła do obu, powinna tylko do lewej bo prawa idzie do serca...
Napiła się od razu drinka zerując go i spojrzała na mnie. Wyglądała... zwyczajnie... Na razie. Znałam objawy wszystkich narkotyków, chociaż nie wszystkie próbowałam. Tak naprawdę tylko dwa, reszta była dla mnie nieznana, po prostu widziałam co robią ludzie po nich... albo giną, bo serce im wysiada.
-Reachel, to nie musi być konieczne. Odstaw to gówno.
-Sama jarasz trawkę i to od kolesia, który...
-Skąd ty to wszystko wiesz?! - krzyknęłam wściekła i upadłam na kanapę.
-Przepraszam, po prostu nie lubię jak ktoś mi mówi co powinnam a co nie. W domu już rodzice prawnicy mówią, co mam robić...
-Skąd wiesz o mnie?
-No wiesz... przyjaźniłam się z Drew gdy...
-Aha, i wtedy co ci pojechałam, że jesteś szmatą? Sorry za tamto.
-Rozumiem. Po prostu zapomnijmy o tym co złe, dobra? - podała mi rękę.
Westchnęłam i kiwnęłam głową oddając jej uścisk.
-Zgoda.
-Chodź na dół, są tam już pewnie sami przystojniacy...Jakbym robiła coś głupiego.... zamknij mnie gdzieś!
Zeszłyśmy na dół. To dopiero początek, a znów wszystko wydaje się... niepokojące. Raz widziałam jak koleś przekręcił się od prochów jak te, które ma aktualnie Reachel... oby nie skończyło się źle, bo wszyscy będą mieli przechlapane...
Zabrałam prochy z biurka, których zapomniała dziewczyna i schowałam do kieszeni spodni. Oby tego nie widziała więcej na oczy...
Sallie siedziała smutna na kanapie w wielkim salonie pośród bawiących się ludzi i co chwila przybywały tłumy, nie tylko ze szkoły ale chyba znajomi znajomych... i tak dalej. Usiadłam obok organizatorki imprezy.
-Co jest?
-Bo ty i Lee...
-Co? - zdziwiłam się.
-No głupio mi tobie to mówić...
-Mówże, nie gryzę, może czasem.
-Bo on mnie podrywa... pocałowaliśmy się i uciekłam bo...
-Czekaj, ty myślisz, że my jesteśmy razem? - roześmiałam się. -Nas nic nie łączy, tylko braterskie więzi.
-Serio? - zdziwiła się i wytrzeszczyła oczy.
-No tak, dziewczyno, ja w życiu bym się z nim nie związała nawet na godzinę.
-Czemu?
-Bo kazirodztwo jest nielegalne. - parsknęłam. - Idź i go znajdź, pogadaj z nim, że zaszła pomyłka. Zrozumie, to dobra dusza, w przeciwieństwie do mnie.
-Dzięki!
Wstała i pobiegła przeciskając się przez tłum. Rany... czy ja właśnie byłam miła?
-Muszę się napić.. - mruknęłam pod nosem z niedowierzaniem. Zawsze po alkoholu jestem gorsza niż zwykle, więc powinno pomóc w lepszym samopoczuciu. Dopiero 18sta godzina a impreza staje się coraz ciekawsza... większość to ludzie na dropsach albo pigułach, albo czymś jeszcze gorszym, jedni się prawie bzykają na kanapach a ja mam z czego się pośmiać. Ludzi przybywa... zobaczymy, co się jeszcze wydarzy.
-Albo się weźmiesz do roboty i w dwa tygodnie poprawisz oceny albo zrobię co w mojej mocy i cię stąd wykopię.
Zrezygnowana odwróciłam wzrok.
-Zajebiście, mogę iść?
-Kate! Co to za język, do cholery!?
-Pani też nie grzeszy kulturą językową. - uśmiechnęłam się złośliwie i wstałam biorąc torbę, po czym wyszłam. Jędza.
-Hej, co ty taka... - usłyszałam głos Reachel. Odwróciłam się w jej stronę zaskoczona, że w ogóle do mnie mówi.
-A co cię to interesuje?
-Nic, ale jestem ciekawska i wpycham się gdzie nie trzeba. To jak, powiesz?
-Rany, co ci do tego?
-Ładnie pojechałaś tej wiedźmie, stara kwoka. Masz gadane, lubię takie osoby. - usiadła na murku przy szkole.
-Zaraz, ty czegoś chcesz. Nie rozmawiasz do takich jak ja tak po prostu.
-No, chcę. I wiem, że od ciebie to dostanę i nikomu nie piśniesz słowa. - uśmiechnęła się do mnie.
-Zależy czego chcesz, mów konkrety albo mam to gdzieś.
-Załatwisz mi coś od Drew na dzisiejszą imprezę.
-Czemu tego sama nie zrobisz?
-Bo on wykorzystuje takich jak ja, lepszych i zdolniejszych i straszy, że jeśli czegoś ktoś nie zrobi to sprzeda. A ja nie chcę problemów. To jak?
-A ja mam ryzykować?
-Masz kasę, pieniądze to nie problem. - podała mi do ręki.
-Eh, dobra, w sumie jeden pies. - wzruszyłam ramionami. - A skąd wiesz, że ja... i Drew...?
-Stare dzieje, co? Spoko, pamiętaj, że masz we mnie oparcie gdyby był problemem. Dobrze, że się dogadałyśmy. - uśmiechnęła się i odeszła.
Ma dar przekonywania i wkurzania ludzi do potęgi... ale coraz bardziej ją lubię. Trochę jest jak ja, ale bardziej stanowcza.
Kombinowałam jak załatwić sprawę z Drew, by nauczyciele nie przyuważyli. Jednak nie trudno go złapać, nabijał się z małolatów, gdy się zjawiłam i wypuściłam jednego z młodszych z szafki Drew westchnął.
-Eh, słonko, musisz wchodzić w paradę?
-A ty dręczyć tych gówniarzy? Daj sobie siana.
-Siano to ty mi wisisz, i to sporo.
-Trzymaj. - podałam mu sporo gotówki. - To na oddanie kilku długów plus czegoś jeszcze.
-Czego?
-Coś mocnego i co mi nie zaszkodzi.
Zaśmiał się i podał mi folię z białym proszkiem i różowym.
-Co to?
-Coś mocnego. Tylko małe kreski, jasne?
-Spoko... - zmarszczyłam brwi. - I nikomu ani słowa bo cię rozjadę.
-Oczywiście moja gwiazdeczko. - złapał moją twarz w jego dłonie i odszedł.
Ta, Reachel... stare ''dzieje''...
-Wiedziałam, że przyjdziesz. - uśmiechnęłam się widząc przyjaciela przed drzwiami swojego domu. - Chodź. Ubierzesz coś spoko... masz to o co cie prosiłam?
-Tak... wziąłem pół szafy Noah... będzie wściekły.
-To kretyn, ale fajny ma styl. Ubierzesz się imprezowo, ale z klasą. No już, masz tą koszulę i... te czarne jeansy ze ściągaczami... o! Ta kurtka jest super.
-Skórzana? Serio?
-Będziesz wyglądał bosko.
-A ty jak się ubierasz?
-Na pewno nie sukienka,bo to tylko impreza więc... po swojemu, żeby się wyróżnić. Idź, no!
-Dobra dobra...
Gdy oboje się przebraliśmy patrzyliśmy na siebie rozbawieni i z niedowierzaniem pokręciliśmy głową.
-Tak idziesz na imprezę?
-No, a co?
-Ładnie wyglądasz. Tylko musisz się pomalować, bo odstraszysz ludzi.
-A tobie już nic nie pomoże, paskudzie. - zaśmialiśmy się.
-To będzie wieczór, co...?
-Najlepszy w twoim życiu, pamiętaj że to ja robię łaskę, że tam idziemy bo pewnie beze mnie byś nie poszedł.
-Ta. Chłopaki tam będą.
-I Reachel...
-Kate...
-No żartuję, na litość boską! - roześmiałam się. - Nie mówmy o niej i się zwijamy. Masz alkohol i resztę?
-Ta, 5 litrów wódki.
-Trzy sześciopaki i trochę trawy wyłącznie dla mnie. No i dla ciebie, na dodatkowe wrażenia z Sallie. - spojrzałam znacząco na przyjaciela.
Na miejscu podziwiałam wielki dom Sallie. Był podobny do Lee, tylko bardziej... oszklony. Basen i tak dalej... to to co widziałam u przyjaciela co dzień, jednak tu wszystko wydawało się inne. Gdy wyjęliśmy alkohol wszyscy byli pod wrażeniem i uściskali nas lekko wstawieni.
-To jeszcze nie wszyscy - zaczęła Fisherman. - To dopiero połowa szkoły a wy jesteście półtorej godziny przed czasem. - uśmiechnęła się.
-Ehm... Reachel mówiła, że impreza jest na 18...
-Ale ona kręci... - zaśmiała się. - To nic, już połowa jest nad basenem więc idźcie i się bawcie.
-To ja pójdę. Ty Lee pomóż jej w rozpakowaniu wszystkiego.
Odeszłam zostawiając ich samych, może do czegoś dojdzie... Nagle Reachel stanęła przede mną w salonie podając alkohol.
-Masz to co chciałam?
Odwróciłam wzrok. Naprawdę nie chciałam, by brała to świństwo. Przecież to taka porządna dziewczyna...
-No hej, co jest?
-Nie musisz tego brać... - pokręciłam głową. - Nie wiesz co tam nawet jest...
-Masz czy nie? - spytała ostrzej.
-No mam...
-To bierz drinka i chodź.
Zabrała mnie na górę do jednego z kilku pokoi w domu, do biura ojca Sallie. Podałam jej folię i usiadłam na blacie obserwując co robi. Wysypała amfetaminę i zrobiła dwie spore kreski. Wciągnęła do obu, powinna tylko do lewej bo prawa idzie do serca...
Napiła się od razu drinka zerując go i spojrzała na mnie. Wyglądała... zwyczajnie... Na razie. Znałam objawy wszystkich narkotyków, chociaż nie wszystkie próbowałam. Tak naprawdę tylko dwa, reszta była dla mnie nieznana, po prostu widziałam co robią ludzie po nich... albo giną, bo serce im wysiada.
-Reachel, to nie musi być konieczne. Odstaw to gówno.
-Sama jarasz trawkę i to od kolesia, który...
-Skąd ty to wszystko wiesz?! - krzyknęłam wściekła i upadłam na kanapę.
-Przepraszam, po prostu nie lubię jak ktoś mi mówi co powinnam a co nie. W domu już rodzice prawnicy mówią, co mam robić...
-Skąd wiesz o mnie?
-No wiesz... przyjaźniłam się z Drew gdy...
-Aha, i wtedy co ci pojechałam, że jesteś szmatą? Sorry za tamto.
-Rozumiem. Po prostu zapomnijmy o tym co złe, dobra? - podała mi rękę.
Westchnęłam i kiwnęłam głową oddając jej uścisk.
-Zgoda.
-Chodź na dół, są tam już pewnie sami przystojniacy...Jakbym robiła coś głupiego.... zamknij mnie gdzieś!
Zeszłyśmy na dół. To dopiero początek, a znów wszystko wydaje się... niepokojące. Raz widziałam jak koleś przekręcił się od prochów jak te, które ma aktualnie Reachel... oby nie skończyło się źle, bo wszyscy będą mieli przechlapane...
Zabrałam prochy z biurka, których zapomniała dziewczyna i schowałam do kieszeni spodni. Oby tego nie widziała więcej na oczy...
Sallie siedziała smutna na kanapie w wielkim salonie pośród bawiących się ludzi i co chwila przybywały tłumy, nie tylko ze szkoły ale chyba znajomi znajomych... i tak dalej. Usiadłam obok organizatorki imprezy.
-Co jest?
-Bo ty i Lee...
-Co? - zdziwiłam się.
-No głupio mi tobie to mówić...
-Mówże, nie gryzę, może czasem.
-Bo on mnie podrywa... pocałowaliśmy się i uciekłam bo...
-Czekaj, ty myślisz, że my jesteśmy razem? - roześmiałam się. -Nas nic nie łączy, tylko braterskie więzi.
-Serio? - zdziwiła się i wytrzeszczyła oczy.
-No tak, dziewczyno, ja w życiu bym się z nim nie związała nawet na godzinę.
-Czemu?
-Bo kazirodztwo jest nielegalne. - parsknęłam. - Idź i go znajdź, pogadaj z nim, że zaszła pomyłka. Zrozumie, to dobra dusza, w przeciwieństwie do mnie.
-Dzięki!
Wstała i pobiegła przeciskając się przez tłum. Rany... czy ja właśnie byłam miła?
-Muszę się napić.. - mruknęłam pod nosem z niedowierzaniem. Zawsze po alkoholu jestem gorsza niż zwykle, więc powinno pomóc w lepszym samopoczuciu. Dopiero 18sta godzina a impreza staje się coraz ciekawsza... większość to ludzie na dropsach albo pigułach, albo czymś jeszcze gorszym, jedni się prawie bzykają na kanapach a ja mam z czego się pośmiać. Ludzi przybywa... zobaczymy, co się jeszcze wydarzy.
czwartek, 29 listopada 2018
Od Kate
Weszłam do domu. Znów zdawało mi się, jakby wróciło to życie i dobra energie jak i miłość, którą mama nam przekazywała codziennie. Jednak wciąż wydawało mi się, że to dziwne, że mama nagle świetnie się czuje i Bilie wypuścił ją ot tak, bez trudności ze szpitala. Co to za przyjaciel, który w takiej chwili robi coś takiego?
-Gdzie byłaś tak długo, czekaliśmy z obiadem. - z salonu wyszedł tata. Mama siedziała na podłodze i bawiła się klockami Lego z Louisem.
Spojrzałam na ojca bez wyrazu i emocji po czym pokręciłam głową.
-Nie udawaj, że wszystko wróciło do normy.
-Twoja matka chce żyć normalnie, a nie do reszty swoich dni siedzieć i umierać przy chemii.
-Chodź. - otworzyłam drzwi z ogrodu prowadzące na piaszczystą plażę.
Ojciec dogonił mnie jeszcze ubierając kurtkę na siebie. Milczeliśmy chwilę, wpatrując się w wodę podtapiającą piasek. Dziś było wyjątkowo zimno jak na klimat La Push.
-Co się stało w szpitalu, że mama wróciła?
-Chce tobie i twojemu bratu dać najwięcej w tej chwili, a nie byście widzieli jak umiera.
Spojrzałam na niego z politowaniem.
-Ja mam uwierzyć, że to główny powód? Odkąd mama wylądowała w szpitalu nie odwiedzałeś jej wcale, a teraz dobry mąż?
-Jezu Chryste, Kate! - krzyknął nagle. - Możesz przestać narzekać i zacząć spędzać z nami czas? Potem będziesz miała do siebie pretensje, że nie dałaś mamie tego czego oczekiwała!
-Myślisz, że jestem na tyle ślepa, że nie widzę, że z dnia na dzień jej się pogarsza a ona tylko nie chce nas zawieźć. Całe życie myślała o nas, nie o sobie. Może czas najwyższy, żeby wydłużyła sobie życie chociażby o rok!
-Leżąc w szpitalu i umierając?
-Billie jest tak samo winny, że pozwolił jej wyjść.
-Nie mieszaj go w to. - ostrzegawczo pokiwał palcem.
-Zawsze byłeś o niego zazdrosny. - parsknęłam i odwróciłam wzrok na taflę wody.
-Jezu Kate, czemu ty taka jesteś? Co się z tobą stało ostatniego czasu?
-Nie chce mi się gadać, dążyć do ślepego punktu. Ty wiesz co jest na rzeczy i mama zresztą też. Dowiem się co się tutaj dzieje. - poszłam w stronę domu. Gdy weszłam mama robiła już jakąś dobrą kolację, poznając po zapachu to pewnie będzie jakaś wykwintna kaczka czy coś w tym guście.
-Jednak nie czekaliście z obiadem? - spytałam starając się być spokojna.
-Nie kochanie, bo kolacja będzie spora. Dziś Wood'owie przyjeżdżają. Lee, Noah i ich rodzice, jak co miesiąc.
-Super, to ja idę do sieb... eh... - przeczesałam włosy i zacisnęłam zęby. - Pomóc ci...?
-Jasne, słońce. - uśmiechnęła się i wytarła dłonie w ręcznik papierowy - Popilnuj kaczki i dodaj...
-Pamiętam - przerwałam jej zbyt nerwowo. - Żurawiny. - wysiliłam się jeszcze na uśmiech. Może to z boku wydaje się dziwne, ale to naprawdę trudne wiedząc, że twoja mama odejdzie w każdej chwili, gdy się tego nie spodziewasz. A ja wolałam odciąć widok matki od siebie bo wtedy cierpię jeszcze bardziej niż miałabym widzieć ją w szpitalu. Ale może ojciec ma rację, powinnam być milsza i docenić, że chce tu być. Jednak wciąż coś mi nie pasowało. Billie nawet się nie odzywa do nas jak kiedyś.
Mama uśmiechnęła się i robiła zapiekane ziemniaki z ziołami. Niby jak za dawnych czasów, ale jednak tak bardzo bolał mnie ten widok... że niedługo mama będzie tylko wspomnieniem i na zdjęciach.
Po rozłożeniu wszystkiego na stół, jak zawsze punktualnie przyjechali Beneth, czyli mama Lee i Noah, jak i ich tata Scott. Pani Wood rzuciła się delikatnie na mamę, radośnie głaszcząc po policzku, ze łzami w oczach śmiejąc się do niej. Tak, one przyjaźnią się od kołyski, razem dorastały w domu dziecka. Pan Scott, też równy gość zawsze lubił grać ze mną i Lee w kosza u nich na ich prywatnym mini ''orliku''. Ta... byli bogaci jak cholera.
Gdy wszyscy się uściskali a ja to jakoś przetrwałam, usiedliśmy do kolacji. Mieszałam w resztkach słuchając jak wszyscy się śmieją, żartują i rozmawiają o wszystkich głupotach świata. Nasi rodzice w jednym pomieszczeniu to istne wariatkowo. Nawet Lee świetnie się bawił, a Noah tylko słuchał.
-Właśnie, Noah pochwal się! - zachwycona Pani Beneth klasnęła w dłonie.
Chłopak wyprostował się i był wyższy od swojego taty siedząc, komicznie to wyglądało. Noah zakłopotany wpatrywał się we mnie sama nie wiem dlaczego... przecież się nienawidziliśmy. Pierwszy raz tak wyglądał, w szkole to chodząca elita, odważny, dobry uczeń i bożyszcze wszystkich lasek.
-No dobrze, to ja powiem... - uśmiechnął się jego tata. - Noah wyrusza wkrótce na Harvard.
-Wow, gratuluje! - uśmiechnęła się mama.
-Ta, idę zapalić. - wstałam z miejsca i poszłam powolnie do drzwi zakładając bluzę.
-Wróć kochanie, zaraz będzie wino i deser. - powiedział tata.
-Spoko. - rzuciłam na odchodne i usiadłam przed domem na schodach mając przed sobą sąsiednie domy. Zdecydowanie wolę widok po drugiej stronie domu - na dziką plażę i zachodzące słońce.
-Coś cię zdenerwowało, co nie? - usłyszałam głos przyjaciela zajmującego miejsce obok mnie.
-Nie, czemu?
-To co powiedział tata... o Noah... czy ty...
-Ocipiałeś chyba. - parsknęłam śmiechem. - Nie dobijaj mnie. Noah dla mnie to przygłup.
-Ale on chyba coś do ciebie...
-Lee, to kolejny koleś co chce zaliczyć, a ja nie dam mu tyłka jak wszystkie laski. - zaciągnęłam się i wypuściłam dym.
-Może i masz racje. - wzruszył ramionami.
-Ja zawsze mam racje, krytyczną i bezlitosną. Ale mam.
-Pamiętasz, że jutro jest impreza u Fisherman?
-Tak, i co?
-Widziałaś post, który dodała Reachel?
-No, i co?
-Idziemy?
-No jak mała owieczka chce lepiej poznać swoją wybrankę to czemu nie. - zaśmiałam się. - Będzie się z kogo nabijać... no i będę mogła w końcu się porządnie napić.
-Tym razem nie będę cię na plecach dźwigał.
-Nie będzie takiej potrzeby, jadę samochodem.
-I samochodem sama wrócisz pijana? Ty naprawdę oszalałaś.
-Mam mocną głowę.
-Pamiętaj, że tam będzie cała szkoła. Drew i jego pajace też.
-Wiem, nic nowego. A jak ci idzie z Sallie?
-Sporo rozmawiamy.
-Widziałam. - zaśmiałam się. - I jest taka słodka idiotka, na jaką wygląda?
-Za każdym razem gdy ją widzę wyobrażam sobie nas w jednym łóżku.
Skrzywiłam się i z niesmakiem odparłam.
-Jezu, ale z ciebie prawdziwy nerd.
-No co? Ty nigdy nikogo nie wyobrażałaś sobie w ten sposób?
-Johnnego Deepa miliard razy po dziś dzień. - zaśmiałam się.
-To wiem, ale kogoś realnego, kogoś na wyciągnięcie ręki.
-Reachel Dann z teatralnej.
-Jesteś lesbijką? - wybuchnął.
-Nie, po prostu jakbym była lesbijką to bym ją puknęła. Poważnie, no co tak patrzysz?
-Bo nie wyobrażam sobie ciebie jako lesbijki ani jako hetero z żadnym chłopakiem u boku z wyjątkiem mnie.
-To było urocze. Przyjaźnimy się od dziecka do końca świata pamiętaj o tym zawsze. - oparłam głowę o jego ramie. To był mój jedyny i prawdziwy przyjaciel na całym globie.
-A co gdyby Sallie miała kogoś a dla mnie jest po prostu miła?
-Jest miła bo jest elitą. Czyli musi być miła. Przewodnicząca samorządu szkolnego musi być miła.
-A możesz choć raz nie czepiać się ludzi tylko być szczera?
-No właśnie byłam szczera, przed sekundą. - uśmiechnęłam się i podałam Lee jointa. - Rozpal a będę szczera według ciebie.
Bez pytania rozpalił i zaciągnął się.
-Rodzice nie wyczują?
-Nie wiem, nie musimy do nich wracać.
-Dziewczyny są miłe albo żeby nikogo nie skrzywdzić, co potem się na nich odbija... albo miłe bo są zwyczajnie głupie albo miłe, bo coś chcą... no i ostatnie - miłe, bo ktoś się im podoba. Taka kolej rzeczy, żadna filozofia. A mi się wydaje, że naprawdę się jej podobasz, to nie jest skomplikowane.
-Gdzie byłaś tak długo, czekaliśmy z obiadem. - z salonu wyszedł tata. Mama siedziała na podłodze i bawiła się klockami Lego z Louisem.
Spojrzałam na ojca bez wyrazu i emocji po czym pokręciłam głową.
-Nie udawaj, że wszystko wróciło do normy.
-Twoja matka chce żyć normalnie, a nie do reszty swoich dni siedzieć i umierać przy chemii.
-Chodź. - otworzyłam drzwi z ogrodu prowadzące na piaszczystą plażę.
Ojciec dogonił mnie jeszcze ubierając kurtkę na siebie. Milczeliśmy chwilę, wpatrując się w wodę podtapiającą piasek. Dziś było wyjątkowo zimno jak na klimat La Push.
-Co się stało w szpitalu, że mama wróciła?
-Chce tobie i twojemu bratu dać najwięcej w tej chwili, a nie byście widzieli jak umiera.
Spojrzałam na niego z politowaniem.
-Ja mam uwierzyć, że to główny powód? Odkąd mama wylądowała w szpitalu nie odwiedzałeś jej wcale, a teraz dobry mąż?
-Jezu Chryste, Kate! - krzyknął nagle. - Możesz przestać narzekać i zacząć spędzać z nami czas? Potem będziesz miała do siebie pretensje, że nie dałaś mamie tego czego oczekiwała!
-Myślisz, że jestem na tyle ślepa, że nie widzę, że z dnia na dzień jej się pogarsza a ona tylko nie chce nas zawieźć. Całe życie myślała o nas, nie o sobie. Może czas najwyższy, żeby wydłużyła sobie życie chociażby o rok!
-Leżąc w szpitalu i umierając?
-Billie jest tak samo winny, że pozwolił jej wyjść.
-Nie mieszaj go w to. - ostrzegawczo pokiwał palcem.
-Zawsze byłeś o niego zazdrosny. - parsknęłam i odwróciłam wzrok na taflę wody.
-Jezu Kate, czemu ty taka jesteś? Co się z tobą stało ostatniego czasu?
-Nie chce mi się gadać, dążyć do ślepego punktu. Ty wiesz co jest na rzeczy i mama zresztą też. Dowiem się co się tutaj dzieje. - poszłam w stronę domu. Gdy weszłam mama robiła już jakąś dobrą kolację, poznając po zapachu to pewnie będzie jakaś wykwintna kaczka czy coś w tym guście.
-Jednak nie czekaliście z obiadem? - spytałam starając się być spokojna.
-Nie kochanie, bo kolacja będzie spora. Dziś Wood'owie przyjeżdżają. Lee, Noah i ich rodzice, jak co miesiąc.
-Super, to ja idę do sieb... eh... - przeczesałam włosy i zacisnęłam zęby. - Pomóc ci...?
-Jasne, słońce. - uśmiechnęła się i wytarła dłonie w ręcznik papierowy - Popilnuj kaczki i dodaj...
-Pamiętam - przerwałam jej zbyt nerwowo. - Żurawiny. - wysiliłam się jeszcze na uśmiech. Może to z boku wydaje się dziwne, ale to naprawdę trudne wiedząc, że twoja mama odejdzie w każdej chwili, gdy się tego nie spodziewasz. A ja wolałam odciąć widok matki od siebie bo wtedy cierpię jeszcze bardziej niż miałabym widzieć ją w szpitalu. Ale może ojciec ma rację, powinnam być milsza i docenić, że chce tu być. Jednak wciąż coś mi nie pasowało. Billie nawet się nie odzywa do nas jak kiedyś.
Mama uśmiechnęła się i robiła zapiekane ziemniaki z ziołami. Niby jak za dawnych czasów, ale jednak tak bardzo bolał mnie ten widok... że niedługo mama będzie tylko wspomnieniem i na zdjęciach.
Po rozłożeniu wszystkiego na stół, jak zawsze punktualnie przyjechali Beneth, czyli mama Lee i Noah, jak i ich tata Scott. Pani Wood rzuciła się delikatnie na mamę, radośnie głaszcząc po policzku, ze łzami w oczach śmiejąc się do niej. Tak, one przyjaźnią się od kołyski, razem dorastały w domu dziecka. Pan Scott, też równy gość zawsze lubił grać ze mną i Lee w kosza u nich na ich prywatnym mini ''orliku''. Ta... byli bogaci jak cholera.
Gdy wszyscy się uściskali a ja to jakoś przetrwałam, usiedliśmy do kolacji. Mieszałam w resztkach słuchając jak wszyscy się śmieją, żartują i rozmawiają o wszystkich głupotach świata. Nasi rodzice w jednym pomieszczeniu to istne wariatkowo. Nawet Lee świetnie się bawił, a Noah tylko słuchał.
-Właśnie, Noah pochwal się! - zachwycona Pani Beneth klasnęła w dłonie.
Chłopak wyprostował się i był wyższy od swojego taty siedząc, komicznie to wyglądało. Noah zakłopotany wpatrywał się we mnie sama nie wiem dlaczego... przecież się nienawidziliśmy. Pierwszy raz tak wyglądał, w szkole to chodząca elita, odważny, dobry uczeń i bożyszcze wszystkich lasek.
-No dobrze, to ja powiem... - uśmiechnął się jego tata. - Noah wyrusza wkrótce na Harvard.
-Wow, gratuluje! - uśmiechnęła się mama.
-Ta, idę zapalić. - wstałam z miejsca i poszłam powolnie do drzwi zakładając bluzę.
-Wróć kochanie, zaraz będzie wino i deser. - powiedział tata.
-Spoko. - rzuciłam na odchodne i usiadłam przed domem na schodach mając przed sobą sąsiednie domy. Zdecydowanie wolę widok po drugiej stronie domu - na dziką plażę i zachodzące słońce.
-Coś cię zdenerwowało, co nie? - usłyszałam głos przyjaciela zajmującego miejsce obok mnie.
-Nie, czemu?
-To co powiedział tata... o Noah... czy ty...
-Ocipiałeś chyba. - parsknęłam śmiechem. - Nie dobijaj mnie. Noah dla mnie to przygłup.
-Ale on chyba coś do ciebie...
-Lee, to kolejny koleś co chce zaliczyć, a ja nie dam mu tyłka jak wszystkie laski. - zaciągnęłam się i wypuściłam dym.
-Może i masz racje. - wzruszył ramionami.
-Ja zawsze mam racje, krytyczną i bezlitosną. Ale mam.
-Pamiętasz, że jutro jest impreza u Fisherman?
-Tak, i co?
-Widziałaś post, który dodała Reachel?
-No, i co?
-Idziemy?
-No jak mała owieczka chce lepiej poznać swoją wybrankę to czemu nie. - zaśmiałam się. - Będzie się z kogo nabijać... no i będę mogła w końcu się porządnie napić.
-Tym razem nie będę cię na plecach dźwigał.
-Nie będzie takiej potrzeby, jadę samochodem.
-I samochodem sama wrócisz pijana? Ty naprawdę oszalałaś.
-Mam mocną głowę.
-Pamiętaj, że tam będzie cała szkoła. Drew i jego pajace też.
-Wiem, nic nowego. A jak ci idzie z Sallie?
-Sporo rozmawiamy.
-Widziałam. - zaśmiałam się. - I jest taka słodka idiotka, na jaką wygląda?
-Za każdym razem gdy ją widzę wyobrażam sobie nas w jednym łóżku.
Skrzywiłam się i z niesmakiem odparłam.
-Jezu, ale z ciebie prawdziwy nerd.
-No co? Ty nigdy nikogo nie wyobrażałaś sobie w ten sposób?
-Johnnego Deepa miliard razy po dziś dzień. - zaśmiałam się.
-To wiem, ale kogoś realnego, kogoś na wyciągnięcie ręki.
-Reachel Dann z teatralnej.
-Jesteś lesbijką? - wybuchnął.
-Nie, po prostu jakbym była lesbijką to bym ją puknęła. Poważnie, no co tak patrzysz?
-Bo nie wyobrażam sobie ciebie jako lesbijki ani jako hetero z żadnym chłopakiem u boku z wyjątkiem mnie.
-To było urocze. Przyjaźnimy się od dziecka do końca świata pamiętaj o tym zawsze. - oparłam głowę o jego ramie. To był mój jedyny i prawdziwy przyjaciel na całym globie.
-A co gdyby Sallie miała kogoś a dla mnie jest po prostu miła?
-Jest miła bo jest elitą. Czyli musi być miła. Przewodnicząca samorządu szkolnego musi być miła.
-A możesz choć raz nie czepiać się ludzi tylko być szczera?
-No właśnie byłam szczera, przed sekundą. - uśmiechnęłam się i podałam Lee jointa. - Rozpal a będę szczera według ciebie.
Bez pytania rozpalił i zaciągnął się.
-Rodzice nie wyczują?
-Nie wiem, nie musimy do nich wracać.
-Dziewczyny są miłe albo żeby nikogo nie skrzywdzić, co potem się na nich odbija... albo miłe bo są zwyczajnie głupie albo miłe, bo coś chcą... no i ostatnie - miłe, bo ktoś się im podoba. Taka kolej rzeczy, żadna filozofia. A mi się wydaje, że naprawdę się jej podobasz, to nie jest skomplikowane.
-Wy jesteście skomplikowane.
-Ale nasze zasady nie, jesteśmy zbyt inteligentne na wasz mały ptasi móżdżek.
-Już sobie nie schlebiaj.
-Słuchaj, żyjesz w cieniu Noah przez całe życie, jak ktoś cię dręczył i bił to on zawsze stawał po twojej stronie, laski leciały tylko na niego a nie na biednego Lee.
-Nie pozwalałem mu na to ale zawsze był tam gdzie miałem kłopoty...
-To zacznij być ''badassem'', takim playboyem z magazynu.
-Żartujesz sobie, powiedz, że tak...
-No oczywiście, że tak... nie zniosłabym drugiego Noah na pokładzie. - dałam mu kuksańca w ramię. - Bądź sobą, prędzej czy później znajdziesz kogoś a najładniejsza laska ze szkoły to same problemy.
-Czemu?
-Bo tak zwykle to się kończy.
-Lee, Kate! Deser! - usłyszałam głos mamy i oboje spalając szybko jointa zeszliśmy na dół.
Oj jutro poszalejemy oboje... za wszystkie czasy.
środa, 28 listopada 2018
Od Liama
Po szkole czekałem na Eryka pod szkołą. Chodził na te całe zajęcia teatralne więc musiałem na niego czekać godzinę. W zasadzie nie musiałem, do domu miałem parę kilometrów które przebiegłbym nawet w ludzkiej postaci w kilka minut nawet nie męcząc się przy tym. Jednak nie śpieszyło mi się. Od miesięcy nigdzie mi się nie śpieszyło. Bo gdzie? Nie miałem stada z którym mógłbym się spotkać po szkole, moje życie było normalne nie licząc faktu że byłem wilkołakiem.
Zobaczyłem jak jakaś dziewczyna wychodzi ze szkoły. Nie musiałem używać wilkołaczych mocy aby wiedzieć że jest zła? Pokazywała to sposobem poruszania się. Chyba chodziła do młodszej klasy... jakoś specjalnie jej nie kojarzyłem.
Jeszcze trochę poczekałem aż wreszcie wyszedł Eryk.
-Ile można czekać..
-Daj spokój.. trochę afera. Blond królowa robi aferę a nauczyciel jak zwykle nic nie ogarnia. W dodatku dołączyła do nas jakaś dziewczyna z młodszej klasy. Po zachowaniu nie trudno wywnioskować że jakby nie była zmuszona to by nawet nie przychodziła.
-Taka chodząca negatywna energia?
-Znasz ja?
-Nie, widziałem jak wymaszerowała ze szkoły.
-Noo... to ona.
-Dobra jedziemy? Miałem mamie pomóc przy naprawie dachu.
-Pomóc? Koleś.. sam wszystko być zrobił w chwilkę.
-Wiesz że staram się żyć w miarę normalnie.
-Jestem uparty i niewdzięczny.. masz super słuch, zwinność i prędkość a w dodatku twoje rany się leczą i nigdy nie zachorujesz! To dar!
-Nie ty przemieniasz się w potwora.
-Oj, marudzisz... to tylko efekt uboczny.
Odjechaliśmy.
-Dawno byłeś u mechanika?
-Nie zaczynaj...
-Wiesz że mógłbym ci pomóc naprawić to i tamto..?
-Może kiedyś. Na razie jeszcze jeździ.
Uśmiechnąłem się.
I kto tu jest uparty?
***
Wieczorem wyszedłem przez okno do lasu. Przemieniłem się w wilka.
Biegłem prosto przed siebie. Co noc zwiedzałem coraz to nowsze części lasu. Zaglądałem w każde miejsce. Szukałem alfy który mnie przemienił.
Cały czas zastanawiałem się dlaczego się ukrywa? A może byłem jego małą wpadką i nie planował mnie przemieniać wiec nie obchodzę go?
Samotny wilk to omega... jest słabsza nawet od bety. Beta to wilk ze stada alfy. Tylko alfa potrafi przemieniać. Wątpiłem że ktoś przypadkiem mnie przemienił. I cały czas zastanawiałem się czy tą dziewczynę, której zwłoki były wtedy w lesie, nie zabił alfa. Może mnie też chciał ale ktoś mu przeszkodził? To był czarny scenariusz. Jednak najgorsze nadal było to że nie znalazłem jeszcze nikogo kto byłby taki jak ja, kto byłby wilkołakiem.
Po północy kiedy miałem już wracać do domu, usłyszałem wycie wilka. Zatrzymałem się i nasłuchiwałem. Było mi jednocześnie obce i znajome. Zawyłem ale odpowiedzi nie usłyszałem.
Czekałem jeszcze trochę i wróciłem do domu.
Wszedłem przez okno i wtedy zdałem sobie sprawę że ktoś był w moim pokoju.
-Eryk?
-Liam?-powiedział budząc się.
Spał na fotelu.
-A kto inny? Co ty tu robisz?
-Byłem niedaleko, słyszałem dwa wycia. Znalazłeś?
-Ktoś zawył.. nie był to zwykły wilk ale niestety nie odpowiedział. Był daleko to wiem na pewno.
-To super wiadomość! Po prawie roku wreszcie mamy jakiś ślad!!!
-Chłopcy?-zapaliło się światło.
Oboje się przestraszyliśmy widoku mojej mamy w drzwiach.
-Emm.. obudziliśmy Cię?
-Tak, ale to nie ważne. Co tu się dzieje?
-Nic... Eryk miał sprawę ale już idzie i idę spać. Przepraszam.
-Tak.. już wszystko obgadaliśmy..
-Super.. ale jest 3 w nocy.. macie przechlapane.. ale zanim wymyślę jak was ukarać muszę się wyspać. Eryk do siebie do domu a Liam spać. Jesteście dorośli a zachowujecie się jak dzieci.
Wyszła a Eryk zaraz za nią. Z emocji nie mogłem usnąć do końca nocy.
Słyszałem wycie! Nie jestem sam!
Zobaczyłem jak jakaś dziewczyna wychodzi ze szkoły. Nie musiałem używać wilkołaczych mocy aby wiedzieć że jest zła? Pokazywała to sposobem poruszania się. Chyba chodziła do młodszej klasy... jakoś specjalnie jej nie kojarzyłem.
Jeszcze trochę poczekałem aż wreszcie wyszedł Eryk.
-Ile można czekać..
-Daj spokój.. trochę afera. Blond królowa robi aferę a nauczyciel jak zwykle nic nie ogarnia. W dodatku dołączyła do nas jakaś dziewczyna z młodszej klasy. Po zachowaniu nie trudno wywnioskować że jakby nie była zmuszona to by nawet nie przychodziła.
-Taka chodząca negatywna energia?
-Znasz ja?
-Nie, widziałem jak wymaszerowała ze szkoły.
-Noo... to ona.
-Dobra jedziemy? Miałem mamie pomóc przy naprawie dachu.
-Pomóc? Koleś.. sam wszystko być zrobił w chwilkę.
-Wiesz że staram się żyć w miarę normalnie.
-Jestem uparty i niewdzięczny.. masz super słuch, zwinność i prędkość a w dodatku twoje rany się leczą i nigdy nie zachorujesz! To dar!
-Nie ty przemieniasz się w potwora.
-Oj, marudzisz... to tylko efekt uboczny.
Odjechaliśmy.
-Dawno byłeś u mechanika?
-Nie zaczynaj...
-Wiesz że mógłbym ci pomóc naprawić to i tamto..?
-Może kiedyś. Na razie jeszcze jeździ.
Uśmiechnąłem się.
I kto tu jest uparty?
***
Wieczorem wyszedłem przez okno do lasu. Przemieniłem się w wilka.
Biegłem prosto przed siebie. Co noc zwiedzałem coraz to nowsze części lasu. Zaglądałem w każde miejsce. Szukałem alfy który mnie przemienił.
Cały czas zastanawiałem się dlaczego się ukrywa? A może byłem jego małą wpadką i nie planował mnie przemieniać wiec nie obchodzę go?
Samotny wilk to omega... jest słabsza nawet od bety. Beta to wilk ze stada alfy. Tylko alfa potrafi przemieniać. Wątpiłem że ktoś przypadkiem mnie przemienił. I cały czas zastanawiałem się czy tą dziewczynę, której zwłoki były wtedy w lesie, nie zabił alfa. Może mnie też chciał ale ktoś mu przeszkodził? To był czarny scenariusz. Jednak najgorsze nadal było to że nie znalazłem jeszcze nikogo kto byłby taki jak ja, kto byłby wilkołakiem.
Po północy kiedy miałem już wracać do domu, usłyszałem wycie wilka. Zatrzymałem się i nasłuchiwałem. Było mi jednocześnie obce i znajome. Zawyłem ale odpowiedzi nie usłyszałem.
Czekałem jeszcze trochę i wróciłem do domu.
Wszedłem przez okno i wtedy zdałem sobie sprawę że ktoś był w moim pokoju.
-Eryk?
-Liam?-powiedział budząc się.
Spał na fotelu.
-A kto inny? Co ty tu robisz?
-Byłem niedaleko, słyszałem dwa wycia. Znalazłeś?
-Ktoś zawył.. nie był to zwykły wilk ale niestety nie odpowiedział. Był daleko to wiem na pewno.
-To super wiadomość! Po prawie roku wreszcie mamy jakiś ślad!!!
-Chłopcy?-zapaliło się światło.
Oboje się przestraszyliśmy widoku mojej mamy w drzwiach.
-Emm.. obudziliśmy Cię?
-Tak, ale to nie ważne. Co tu się dzieje?
-Nic... Eryk miał sprawę ale już idzie i idę spać. Przepraszam.
-Tak.. już wszystko obgadaliśmy..
-Super.. ale jest 3 w nocy.. macie przechlapane.. ale zanim wymyślę jak was ukarać muszę się wyspać. Eryk do siebie do domu a Liam spać. Jesteście dorośli a zachowujecie się jak dzieci.
Wyszła a Eryk zaraz za nią. Z emocji nie mogłem usnąć do końca nocy.
Słyszałem wycie! Nie jestem sam!
piątek, 23 listopada 2018
Od Kate
Stanęłam w przejściu na parkingu szkoły i zapaliłam papierosa. Powoli wypuściłam dym z płuc i spojrzałam na obskurny budynek - nudny koloru obdartej, białej farby z wielkimi schodami prowadzącymi do wejścia głównego i bilbordem ''Sportowy Rezerwat'' wywołał u mnie mdłości. Ta szkoła słynęła z licznych osiągnięć sportowych jak kosz, siatkówka i tak dalej i tak dalej. Ja nie lubiłam sportu odkąd mama zachorowała, w ogóle odkąd zachorowała - wiele rzeczy przestałam lubić i tolerować.
Rzuciłam papierosa na chodnik, zdeptałam i poprawiwszy plecak na ramieniu weszłam do szkoły z powrotem. Gdy trwały jeszcze lekcje, korytarze były takie puste i ciche, że przyjemnie by tu zostać.
-Elevance - usłyszałam głos dyrektorki, powoli doprowadzający mnie do choroby na wściekliznę.
Zatrzymałam się więc, powoli odwracając do niej na pięcie bez wyrazu emocji i zaskoczenia. Wołała mnie co dzień, albo rozmawiała o mnie z nauczycielami, z którymi wspólnie nie dowierzała, jak bardzo upadłam z nauką i ocenami jak i frekwencją.
-Słucham?
-Pozwól ze mną.
-Jasne, super. - mruknęłam i podążyłam zaraz za nią, w niewielkim odstępie.
Szłyśmy w stronę jej gabinetu, przewróciłam oczami - bywałam tu więcej niż we własnym pokoju. Usiadłam bez pozwolenia na wygodnym, miękkim krześle i patrzyłam na nią spokojna duchem.
Powiedz mi coś, czego nie wiem. - pomyślałam, kpiąc sobie z jej metod wychowawczych tych lepszych uczniów albo tych, których da się odratować z sytuacji.
-Chciałabym - zaczęła, wyjmując jakiś świstek pomarańczowej kartki, zdaje się była to ulotka ze szkolnego sekretariatu. - żebyś zaczęła o siebie walczyć. Jeśli nie zrobisz tego, o co cię teraz poproszę będę zmusz...
-Do sedna, pani dyrektor. - poprawiłam się na krześle wpatrując zniecierpliwiona w kamienną twarz kobiety. Mogłabym z nią iść na zawody, która dłużej tak wytrzyma. Dostałabym złoty medal.
-To są zapisy do kółka teatralnego pani wicedyrektor. Chcę, żebyś na nie chodziła i podłapała oceny z kolegami którzy tam chodzą.
-Kolegami? - parsknęłam. - To grupka szkolnych elit, co ja mam tam robić?
-Postarać się nie wylecieć ze szkoły, panno Elevance.
-I że... ja mam chodzić na jakieś pseudo kółko? - uniosłam brwi zaskoczona i wzięłam powoli od niej tą cholerną ulotkę.
-Inaczej zostaniesz...
-Ta, zrozumiałam. - weszłam jej w zdanie nie mając kompletnie ochoty słuchać wywodów i rad, które i tak nic mi nie dadzą.
-To jak będzie? Mam szykować papiery do zabrania?
Zmrużyłam oczy wkurzona i zaciskając zęby doszłam do wniosku, że na razie nie ma co robić więcej problemów rodzinie niż mają...
-Dobra, niech pani będzie. Niech stracę 45 minut z życia. - uśmiechnęłam się usilnie.
-Dobrze, że się zrozumieliśmy. Na wszelki wypadek ugadałam z nauczycielem aktorstwa, że zajmiesz się scenariuszami.
-Jest pani pewna, że jestem idealną osobą do korekt scenariuszy pisanych przez ''idealne, dobre dzieciaki''?
-Ty też taka jesteś, Kate.
-Oczywiście. Mogę iść?
-To wszystko.
Na korytarzu zrobiło się tłoczno, a w tłumie szukałam przyjaciela. Gdy przeszłam obok jednej z męskich toalet na parterze wpadłam na Noah.
-Nie wiedziałem, że i ty na mnie lecisz. - parsknął.
-Goń się. Widziałeś Lee?
-Nie?
Odepchnęłam go i poszłam dalej. Szukałam i szukałam, aż trafiłam do ostatniego miejsca, gdzie mógłby być... biblioteka.
Weszłam do środka. Kiedyś spędzałam tu dużo czasu na wkuwanie... stare czasy. Ku mojemu zaskoczeniu, Lee właśnie rozmawiał z Sallie Fisherman. Uśmiechnęłam się w geście gratulacji gdy oboje byli zajęci sobą i wyszłam przed szkołę.
-Siema śliczna. - usłyszałam za plecami głos Drew.
-No siema, stary dobry przyjacielu. - uśmiechnęłam się odwracając do niego.
-Co tam, może potrzebujesz pomocy? - mrugnął porozumiewawczo, jednak ja skwasiłam minę. Może rzeczywiście przystopuję, choć jeden dzień.
-Niee, na razie pass. - odeszłam do auta ojca wkładając kluczyk.
-Czas cię goni, Kate. Nie będę czekał kolejnego roku, żebyś oddała kasę.. albo się policzymy.
Uśmiechnęłam się delikatnie i podeszłam do niego kładąc mu dłoń na policzku.
-Drew, słonko... Nie podskakuj mi, bo jeszcze się sam przez to przewrócisz.
Odeszłam, lekko zestresowana. No tak... kasa...
Po zajęciach ruszyłam do sali wcześniej wrzucając do auta plecak. Po co mi on na durnowate 45 minut tracenia cennego czasu? Gdy weszłam do sali ze sceną i grupą ludzi liczącą 15 osób wszyscy zaniemówili, wpatrując się we mnie tępo.
-A TY co tutaj robisz, Elevance? - spytała Ruby, słodka cheerleaderka, a zarazem liderka grupy. Musi wepchnąć swój wielki, tłusty tyłek wszędzie.
Klasnęłam w dłonie z cynicznym uśmiechem.
-A nie mam lepszych pomysłów na to jak marnować moje cenne 45 minut z życia więc przyszłam tutaj.
-Tylko... niczego nie dotykaj i... najlepiej nie przeszkadzaj. - pogroziła palcem.
-Hm... tak się składa, że jestem tu na troszkę dłużej i będę wprowadzała przeróżne korekty w scenariuszu.
-Kto ci niby tak powiedział?! - oburzyła się.
-Ruby, daj jej spokój i pilnuj własnego nosa. - ze sceny zeskoczyła Reachel, jedyna zdaje się spokojna i w porządku osoba w tym pomieszczeniu. - A co do tego to i tak wychodzi na to, że musisz grać główną rolę. - zwróciła się do mnie.
-Bo co?
-Bo takie są zasady Finnegean'a.
-On jest szurnięty. Dobra, nie ważne, jestem tu po to żeby zadość uczynić i spadać stąd, więc róbcie co tam macie do roboty.
Usiadłam na kolumnie po turecku, która stała sobie na scenie i znudzona obserwowałam komiczną, a za razem fatalną grę aktorską. Aż tu nagle drzwi trzasnęły niemiłosiernie głośno i wszyscy zamilkli, wpatrując się w jedynego w swoim rodzaju nauczyciela-świra.
-Co dziś dla mnie macie? - stanął i wpatrywał się w grupkę.
To koleś około 45-tki, wyglądającego trochę jak hipis a trochę jak menel i na dodatek pierdzielnięty. Nie wiem, jakim cudem dostał się na nauczyciela aktorstwa, albo bardzo dobrze gra wariata.
-Nie możemy ustalić, kto będzie zakochanym uciekinierem z sierocińca...
-No mężczyzn macie tu... połowę grupy, tak się składa. Co za problem? - zaśmiał się pod nosem do rozhisteryzowanej Ruby.
-To, że musi być to książę z bajki.. żeby lepiej grało mi się rolę.
-Co za pustak... - mruknął Marlon, czarnoskóry skrzydłowy naszej drużyny kosza.
Nagle ktoś znów przerwał wchodząc do środka trzaskając drewnianymi, ozdobnymi drzwiami. Jakiś nienzajomy mi chłopak ze starszej klasy.
-Bardzo przepraszam za spóźnienie. - odparł monotonnie, jakby mówił to codziennie tak samo. Jak wyuczona wyrecytowana, znudzona kwestia w teatrze.
-Szanowny Eryczek jak zwykle punktualnie. - parsknął ironicznie Finnegean.
-Właśnie, może Eryk? - zaproponowała złośliwie Reachel, obserwując chłopaka.
-Ja nie gram głupkowatych ról. Zależy, kto gra tę drugą. - spojrzał dziwnie znacząco na blond piękność Reachel, a ta wyśmiała go cicho i poszła a kurtynę. Nauczyciel położył dłoń na swojej łysinie i rozejrzał się po grupie zebranych osób. No i zauważył mnie.
-Nie do wiary, Kate Elevance! - uśmiechnęłam się do niego szeroko, jednak biło ode mnie cynizmem. - To idealna osoba do zagrania roli głównej zbuntowanej dz...
-Nie ma mowy. Za dopłatą nawet nie podejmę się tego zaszczytu.
-Ile chcesz? - spytał żartobliwie nauczyciel, jednak nikt się nie zaśmiał. No, może Arthur, szkolny kujon i jeden z samorządu uczniowskiego.
-Nie, raczej podziękuję. - wstałam, zeskoczyłam ze sceny i poszłam w stronę wyjścia.
-A Ty gdzie?! - krzyknęła Ruby.
-Nara. - rzuciłam przez ramię na odchodne i wyszłam.
Jezu, za jakie grzechy muszę słuchać pierdół?
Weszłam na parking, już prawie pusty i dopadła mnie Reachel. Ta dziewczyna była równie szurnięta i nieobliczalna, zarazem wkurzająca jak ja. Jednak oceny miała o wiele lepsze.
-Może jednak fajnie ponabijać się z reszty i zagrać rolę główną? Tak for fun?
-Nie dzięki. Nie kręci mnie robienie z siebie debila na oczach szkoły. Ani nie mam na to ochoty.
-Nie będziesz musiała się z nikim lizać, jeśli o to chodzi. - zaparła się, mrużąc oczy w chińczyka, złośliwie starając się mnie przekonać.
-Myślisz, że tu leży problem? - parsknęłam. - Słuchaj, nie mam ochoty na żadne debilne kółko aktorskie z pajacami, nie aktorami.
-Może zmienisz zdanie, jak wieczorem wkręcisz się na imprezę u Fisherman? Wiem, że Lee za nią szaleje.
-Nie twój interes... - pogroziłam jej palcem.
Zaśmiała się i z telefonem w ręku wysłała jakąś wiadomość na jakąś grupę.
Spojrzałam na swój wyświetlacz, gdy przyszło mi powiadomienie - ''Lee i Kate wpadają na szkolny wielki melanż! Wezmą alkohol na wejściówkę!''. Uniosłam wzrok wściekła na nią po czym wsiadłam bez słowa do auta a ona bez słowa patrzyła na mnie.
-Czekamy! - krzyknęła, a ja pokazałam jej środkowy palec odpalając silnik.
Zołza, z uśmiechem wpatrywała się jak odjeżdżam aż do chwili, gdy wjechałam w zakręt... prostą drogą do domu.
Rzuciłam papierosa na chodnik, zdeptałam i poprawiwszy plecak na ramieniu weszłam do szkoły z powrotem. Gdy trwały jeszcze lekcje, korytarze były takie puste i ciche, że przyjemnie by tu zostać.
-Elevance - usłyszałam głos dyrektorki, powoli doprowadzający mnie do choroby na wściekliznę.
Zatrzymałam się więc, powoli odwracając do niej na pięcie bez wyrazu emocji i zaskoczenia. Wołała mnie co dzień, albo rozmawiała o mnie z nauczycielami, z którymi wspólnie nie dowierzała, jak bardzo upadłam z nauką i ocenami jak i frekwencją.
-Słucham?
-Pozwól ze mną.
-Jasne, super. - mruknęłam i podążyłam zaraz za nią, w niewielkim odstępie.
Szłyśmy w stronę jej gabinetu, przewróciłam oczami - bywałam tu więcej niż we własnym pokoju. Usiadłam bez pozwolenia na wygodnym, miękkim krześle i patrzyłam na nią spokojna duchem.
Powiedz mi coś, czego nie wiem. - pomyślałam, kpiąc sobie z jej metod wychowawczych tych lepszych uczniów albo tych, których da się odratować z sytuacji.
-Chciałabym - zaczęła, wyjmując jakiś świstek pomarańczowej kartki, zdaje się była to ulotka ze szkolnego sekretariatu. - żebyś zaczęła o siebie walczyć. Jeśli nie zrobisz tego, o co cię teraz poproszę będę zmusz...
-Do sedna, pani dyrektor. - poprawiłam się na krześle wpatrując zniecierpliwiona w kamienną twarz kobiety. Mogłabym z nią iść na zawody, która dłużej tak wytrzyma. Dostałabym złoty medal.
-To są zapisy do kółka teatralnego pani wicedyrektor. Chcę, żebyś na nie chodziła i podłapała oceny z kolegami którzy tam chodzą.
-Kolegami? - parsknęłam. - To grupka szkolnych elit, co ja mam tam robić?
-Postarać się nie wylecieć ze szkoły, panno Elevance.
-I że... ja mam chodzić na jakieś pseudo kółko? - uniosłam brwi zaskoczona i wzięłam powoli od niej tą cholerną ulotkę.
-Inaczej zostaniesz...
-Ta, zrozumiałam. - weszłam jej w zdanie nie mając kompletnie ochoty słuchać wywodów i rad, które i tak nic mi nie dadzą.
-To jak będzie? Mam szykować papiery do zabrania?
Zmrużyłam oczy wkurzona i zaciskając zęby doszłam do wniosku, że na razie nie ma co robić więcej problemów rodzinie niż mają...
-Dobra, niech pani będzie. Niech stracę 45 minut z życia. - uśmiechnęłam się usilnie.
-Dobrze, że się zrozumieliśmy. Na wszelki wypadek ugadałam z nauczycielem aktorstwa, że zajmiesz się scenariuszami.
-Jest pani pewna, że jestem idealną osobą do korekt scenariuszy pisanych przez ''idealne, dobre dzieciaki''?
-Ty też taka jesteś, Kate.
-Oczywiście. Mogę iść?
-To wszystko.
Na korytarzu zrobiło się tłoczno, a w tłumie szukałam przyjaciela. Gdy przeszłam obok jednej z męskich toalet na parterze wpadłam na Noah.
-Nie wiedziałem, że i ty na mnie lecisz. - parsknął.
-Goń się. Widziałeś Lee?
-Nie?
Odepchnęłam go i poszłam dalej. Szukałam i szukałam, aż trafiłam do ostatniego miejsca, gdzie mógłby być... biblioteka.
Weszłam do środka. Kiedyś spędzałam tu dużo czasu na wkuwanie... stare czasy. Ku mojemu zaskoczeniu, Lee właśnie rozmawiał z Sallie Fisherman. Uśmiechnęłam się w geście gratulacji gdy oboje byli zajęci sobą i wyszłam przed szkołę.
-Siema śliczna. - usłyszałam za plecami głos Drew.
-No siema, stary dobry przyjacielu. - uśmiechnęłam się odwracając do niego.
-Co tam, może potrzebujesz pomocy? - mrugnął porozumiewawczo, jednak ja skwasiłam minę. Może rzeczywiście przystopuję, choć jeden dzień.
-Niee, na razie pass. - odeszłam do auta ojca wkładając kluczyk.
-Czas cię goni, Kate. Nie będę czekał kolejnego roku, żebyś oddała kasę.. albo się policzymy.
Uśmiechnęłam się delikatnie i podeszłam do niego kładąc mu dłoń na policzku.
-Drew, słonko... Nie podskakuj mi, bo jeszcze się sam przez to przewrócisz.
Odeszłam, lekko zestresowana. No tak... kasa...
Po zajęciach ruszyłam do sali wcześniej wrzucając do auta plecak. Po co mi on na durnowate 45 minut tracenia cennego czasu? Gdy weszłam do sali ze sceną i grupą ludzi liczącą 15 osób wszyscy zaniemówili, wpatrując się we mnie tępo.
-A TY co tutaj robisz, Elevance? - spytała Ruby, słodka cheerleaderka, a zarazem liderka grupy. Musi wepchnąć swój wielki, tłusty tyłek wszędzie.
Klasnęłam w dłonie z cynicznym uśmiechem.
-A nie mam lepszych pomysłów na to jak marnować moje cenne 45 minut z życia więc przyszłam tutaj.
-Tylko... niczego nie dotykaj i... najlepiej nie przeszkadzaj. - pogroziła palcem.
-Hm... tak się składa, że jestem tu na troszkę dłużej i będę wprowadzała przeróżne korekty w scenariuszu.
-Kto ci niby tak powiedział?! - oburzyła się.
-Ruby, daj jej spokój i pilnuj własnego nosa. - ze sceny zeskoczyła Reachel, jedyna zdaje się spokojna i w porządku osoba w tym pomieszczeniu. - A co do tego to i tak wychodzi na to, że musisz grać główną rolę. - zwróciła się do mnie.
-Bo co?
-Bo takie są zasady Finnegean'a.
-On jest szurnięty. Dobra, nie ważne, jestem tu po to żeby zadość uczynić i spadać stąd, więc róbcie co tam macie do roboty.
Usiadłam na kolumnie po turecku, która stała sobie na scenie i znudzona obserwowałam komiczną, a za razem fatalną grę aktorską. Aż tu nagle drzwi trzasnęły niemiłosiernie głośno i wszyscy zamilkli, wpatrując się w jedynego w swoim rodzaju nauczyciela-świra.
-Co dziś dla mnie macie? - stanął i wpatrywał się w grupkę.
To koleś około 45-tki, wyglądającego trochę jak hipis a trochę jak menel i na dodatek pierdzielnięty. Nie wiem, jakim cudem dostał się na nauczyciela aktorstwa, albo bardzo dobrze gra wariata.
-Nie możemy ustalić, kto będzie zakochanym uciekinierem z sierocińca...
-No mężczyzn macie tu... połowę grupy, tak się składa. Co za problem? - zaśmiał się pod nosem do rozhisteryzowanej Ruby.
-To, że musi być to książę z bajki.. żeby lepiej grało mi się rolę.
-Co za pustak... - mruknął Marlon, czarnoskóry skrzydłowy naszej drużyny kosza.
Nagle ktoś znów przerwał wchodząc do środka trzaskając drewnianymi, ozdobnymi drzwiami. Jakiś nienzajomy mi chłopak ze starszej klasy.
-Bardzo przepraszam za spóźnienie. - odparł monotonnie, jakby mówił to codziennie tak samo. Jak wyuczona wyrecytowana, znudzona kwestia w teatrze.
-Szanowny Eryczek jak zwykle punktualnie. - parsknął ironicznie Finnegean.
-Właśnie, może Eryk? - zaproponowała złośliwie Reachel, obserwując chłopaka.
-Ja nie gram głupkowatych ról. Zależy, kto gra tę drugą. - spojrzał dziwnie znacząco na blond piękność Reachel, a ta wyśmiała go cicho i poszła a kurtynę. Nauczyciel położył dłoń na swojej łysinie i rozejrzał się po grupie zebranych osób. No i zauważył mnie.
-Nie do wiary, Kate Elevance! - uśmiechnęłam się do niego szeroko, jednak biło ode mnie cynizmem. - To idealna osoba do zagrania roli głównej zbuntowanej dz...
-Nie ma mowy. Za dopłatą nawet nie podejmę się tego zaszczytu.
-Ile chcesz? - spytał żartobliwie nauczyciel, jednak nikt się nie zaśmiał. No, może Arthur, szkolny kujon i jeden z samorządu uczniowskiego.
-Nie, raczej podziękuję. - wstałam, zeskoczyłam ze sceny i poszłam w stronę wyjścia.
-A Ty gdzie?! - krzyknęła Ruby.
-Nara. - rzuciłam przez ramię na odchodne i wyszłam.
Jezu, za jakie grzechy muszę słuchać pierdół?
Weszłam na parking, już prawie pusty i dopadła mnie Reachel. Ta dziewczyna była równie szurnięta i nieobliczalna, zarazem wkurzająca jak ja. Jednak oceny miała o wiele lepsze.
-Może jednak fajnie ponabijać się z reszty i zagrać rolę główną? Tak for fun?
-Nie dzięki. Nie kręci mnie robienie z siebie debila na oczach szkoły. Ani nie mam na to ochoty.
-Nie będziesz musiała się z nikim lizać, jeśli o to chodzi. - zaparła się, mrużąc oczy w chińczyka, złośliwie starając się mnie przekonać.
-Myślisz, że tu leży problem? - parsknęłam. - Słuchaj, nie mam ochoty na żadne debilne kółko aktorskie z pajacami, nie aktorami.
-Może zmienisz zdanie, jak wieczorem wkręcisz się na imprezę u Fisherman? Wiem, że Lee za nią szaleje.
-Nie twój interes... - pogroziłam jej palcem.
Zaśmiała się i z telefonem w ręku wysłała jakąś wiadomość na jakąś grupę.
Spojrzałam na swój wyświetlacz, gdy przyszło mi powiadomienie - ''Lee i Kate wpadają na szkolny wielki melanż! Wezmą alkohol na wejściówkę!''. Uniosłam wzrok wściekła na nią po czym wsiadłam bez słowa do auta a ona bez słowa patrzyła na mnie.
-Czekamy! - krzyknęła, a ja pokazałam jej środkowy palec odpalając silnik.
Zołza, z uśmiechem wpatrywała się jak odjeżdżam aż do chwili, gdy wjechałam w zakręt... prostą drogą do domu.
środa, 21 listopada 2018
Od Kate
Wstałam rano, spóźniona już do szkoły w poniedziałek. Poczułam nieprzyjemne uczucie w ustach, gdy wzięłam większy oddech zaczęłam się krztusić. Słyszałam szum w uszach, nie mogłam dojść do siebie przez pierwszą chwilę. Gdy otworzyłam oczy zauważyłam, że zasnęłam na plaży zaraz przy trawie od mojego domu.
-Chyba mnie powaliło... - westchnęłam i poszłam szybko do domu.
Wzięłam torbę sprzed piątku nie przejmując się, że dziś zajęcia są kompletnie inne. Szybko wzięłam prysznic i przebrałam się po czym zeszłam na dół drugimi schodami prowadzącymi do kuchni. Zamurowało mnie.
-Mama..?
-Spokojnie córeczko... - spojrzałam na Louisa, zadowolonego tak bardzo, że wcina wszystkie płatki z miski, czego nigdy wcześniej nie robił. Zamilkłam więc, wyjątkowo. - Billie powiedział, że na własne życzenie mogę wyjść...
-I go posłuchałaś? - parsknęłam. - Nie wierzę... A ty nawet się nie odezwiesz?! - spojrzałam na ojca stojącego plecami do nas. -Idę do szkoły.
-Wszystkie autobusy odjechały, odwiozę cię.
-Sama pojadę. - wzięłam kluczyki z blatu od samochodu mamy.
-Zaraz,zaraz nie masz prawa jazdy! - usłyszałam tatę.
-Nagle odzyskałeś mowę? - uniosłam brwi. - Spadam, nara. - zatrzasnęłam za sobą drzwi i spokojnie ruszyłam do auta.
Rodzice nawet nie pójdą za mną bo wiedzą, że nic nie poradzą. Nawet teraz nie za bardzo zwracają uwagę na resztę. Tak jak ja. Nie obchodzi mnie kompletnie nic odkąd mama umiera. I w końcu mogę to powiedzieć na głos...
-Moja mama umiera!!! - krzyknęłam siedząc w aucie, walnęłam pięścią w kierownicę gdy jechałam w stronę szkoły. - Kurwa...!
Wysiadłam z samochodu trafiając na drugą przerwę. Lee dopadł mnie od razu odbiegając od chłopaków.
-A ty co? Przecież nie masz prawa jazdy. - spojrzał na mnie zaszokowany.
-I co, a jeżdżę lepiej od większości pacanów w tej szkole.
-Kate, przeginasz...
-Odwal się. - warknęłam i zatrzymałam się spoglądając na przyjaciela. - Dobra, sorry. Mama wróciła do domu na własne żądanie.
Usiedliśmy na murze na uboczu parkingu gdzie całe życie szkolne właśnie tam miało miejsce. Parking był duży, ludzie zawsze siedzieli na samochodach albo po prostu na ławkach, które dyrektor postanowiła postawić specjalnie z tego oto powodu. Hojność naszych pedagogów nie zna granic.
-Mam pytać o szczegóły i dlaczego bez prawa jazdy jechałaś taki kawał?
-Nie, nie pytaj. - wzruszyłam ramionami, jakby to była błahostka. - A ty co taki podniecony, hamburgery są na stołówce? - parsknęłam.
-Śmieszne... - mruknął. - Chcę iść na imprezę do Sallie.
Zakrztusiłam się własną śliną, słowo daję.
-Sallie Fisherman? Ona jest najlepszą, najbogatszą i najbardziej pustą laską w tej szkole.

-Nie prawda. Już daj spokój...
-Hm... no dobra... ale jak się czujesz z tym, że Noah ją rok temu puknął gdy była w pierwszej klasie?
Spojrzał na mnie zły.
-Czy ty zawsze, ale to ZAWSZE musisz powiedzieć coś złośliwie?
-Po prostu nie wiem, czy chcesz przyprowadzać do domu laskę którą pukał twój starszy br...
-Na litość boską, pomóż mi a nie dopiekasz!
-Aaaa... Ty chcesz ją zaliczyć! - klasnęłam w dłonie. - Dobra, romantyku. Siedzi non stop w bibliotece, więc może chodź tam często, zagaduj, ale nie jak upośledzona ameba tylko jak facet. Laski lubią odważnych i pewnych siebie.
-Ja pewny siebie...
Dzwonek i pierwsza lekcja biologii. Najpierw musiałam zapalić,więc spóźniłam się, żeby było wiarygodniej, że zaspałam.
Weszłam do klasy bez słowa zajmując swoje miejsce zaraz za Lee, czyli w przed ostatniej.
-Pani Elevance, dyrektor chce z panią rozmawiać.
Uniosłam brwi.
-No bez jaj, tym razem to nie ja...
-Co ''NIE TY''?
-E... nic. Już ruszam na dywanik Panie Rinolds.
Wyszłam pospiesznie i zapukałam do dyrektorki. Usłyszałam jej poważne i mrożące krew w żyłach ''proszę'' i nacisnęłam klamkę.
-O, Kate, wreszcie.
-O co chodzi?
-O to, że jeżeli nie poprawisz ocen z przedmiotów ścisłych twoja sytuacja w szkole...
-Mam dobre oceny.
-Ostatnio zasnęłaś na egzaminie, Kate. Z hiszpańskiego. Dostałaś mierną, bez możliwości poprawy. Albo zaczniesz dbać o swoją przyszłość, albo...
-Albo co? Wywali mnie pani? Spoko, powodzenia. - machnęłam ręką i wyszłam z gabinetu.
-Chyba mnie powaliło... - westchnęłam i poszłam szybko do domu.
Wzięłam torbę sprzed piątku nie przejmując się, że dziś zajęcia są kompletnie inne. Szybko wzięłam prysznic i przebrałam się po czym zeszłam na dół drugimi schodami prowadzącymi do kuchni. Zamurowało mnie.
-Mama..?
-Spokojnie córeczko... - spojrzałam na Louisa, zadowolonego tak bardzo, że wcina wszystkie płatki z miski, czego nigdy wcześniej nie robił. Zamilkłam więc, wyjątkowo. - Billie powiedział, że na własne życzenie mogę wyjść...
-I go posłuchałaś? - parsknęłam. - Nie wierzę... A ty nawet się nie odezwiesz?! - spojrzałam na ojca stojącego plecami do nas. -Idę do szkoły.
-Wszystkie autobusy odjechały, odwiozę cię.
-Sama pojadę. - wzięłam kluczyki z blatu od samochodu mamy.
-Zaraz,zaraz nie masz prawa jazdy! - usłyszałam tatę.
-Nagle odzyskałeś mowę? - uniosłam brwi. - Spadam, nara. - zatrzasnęłam za sobą drzwi i spokojnie ruszyłam do auta.
Rodzice nawet nie pójdą za mną bo wiedzą, że nic nie poradzą. Nawet teraz nie za bardzo zwracają uwagę na resztę. Tak jak ja. Nie obchodzi mnie kompletnie nic odkąd mama umiera. I w końcu mogę to powiedzieć na głos...
-Moja mama umiera!!! - krzyknęłam siedząc w aucie, walnęłam pięścią w kierownicę gdy jechałam w stronę szkoły. - Kurwa...!
Wysiadłam z samochodu trafiając na drugą przerwę. Lee dopadł mnie od razu odbiegając od chłopaków.
-A ty co? Przecież nie masz prawa jazdy. - spojrzał na mnie zaszokowany.
-I co, a jeżdżę lepiej od większości pacanów w tej szkole.
-Kate, przeginasz...
-Odwal się. - warknęłam i zatrzymałam się spoglądając na przyjaciela. - Dobra, sorry. Mama wróciła do domu na własne żądanie.
Usiedliśmy na murze na uboczu parkingu gdzie całe życie szkolne właśnie tam miało miejsce. Parking był duży, ludzie zawsze siedzieli na samochodach albo po prostu na ławkach, które dyrektor postanowiła postawić specjalnie z tego oto powodu. Hojność naszych pedagogów nie zna granic.
-Mam pytać o szczegóły i dlaczego bez prawa jazdy jechałaś taki kawał?
-Nie, nie pytaj. - wzruszyłam ramionami, jakby to była błahostka. - A ty co taki podniecony, hamburgery są na stołówce? - parsknęłam.
-Śmieszne... - mruknął. - Chcę iść na imprezę do Sallie.
Zakrztusiłam się własną śliną, słowo daję.
-Sallie Fisherman? Ona jest najlepszą, najbogatszą i najbardziej pustą laską w tej szkole.

-Nie prawda. Już daj spokój...
-Hm... no dobra... ale jak się czujesz z tym, że Noah ją rok temu puknął gdy była w pierwszej klasie?
Spojrzał na mnie zły.
-Czy ty zawsze, ale to ZAWSZE musisz powiedzieć coś złośliwie?
-Po prostu nie wiem, czy chcesz przyprowadzać do domu laskę którą pukał twój starszy br...
-Na litość boską, pomóż mi a nie dopiekasz!
-Aaaa... Ty chcesz ją zaliczyć! - klasnęłam w dłonie. - Dobra, romantyku. Siedzi non stop w bibliotece, więc może chodź tam często, zagaduj, ale nie jak upośledzona ameba tylko jak facet. Laski lubią odważnych i pewnych siebie.
-Ja pewny siebie...
Dzwonek i pierwsza lekcja biologii. Najpierw musiałam zapalić,więc spóźniłam się, żeby było wiarygodniej, że zaspałam.
Weszłam do klasy bez słowa zajmując swoje miejsce zaraz za Lee, czyli w przed ostatniej.
-Pani Elevance, dyrektor chce z panią rozmawiać.
Uniosłam brwi.
-No bez jaj, tym razem to nie ja...
-Co ''NIE TY''?
-E... nic. Już ruszam na dywanik Panie Rinolds.
Wyszłam pospiesznie i zapukałam do dyrektorki. Usłyszałam jej poważne i mrożące krew w żyłach ''proszę'' i nacisnęłam klamkę.
-O, Kate, wreszcie.
-O co chodzi?
-O to, że jeżeli nie poprawisz ocen z przedmiotów ścisłych twoja sytuacja w szkole...
-Mam dobre oceny.
-Ostatnio zasnęłaś na egzaminie, Kate. Z hiszpańskiego. Dostałaś mierną, bez możliwości poprawy. Albo zaczniesz dbać o swoją przyszłość, albo...
-Albo co? Wywali mnie pani? Spoko, powodzenia. - machnęłam ręką i wyszłam z gabinetu.
Od Liama
Wyszedłem z łazienki. Coś usłyszałem. Mama była na nocnej zmianie więc to na pewno nie ona. Chwyciłem kij bejsbolowy i zszedłem na dół. W domu panował mrok, wyszedłem na taras.
-Matko!-wrzasnąłem kiedy nagle z dachu w krzaki pod dom ktoś spadł.-Eryk! Co ty tam robiłeś?
-Drzwi były zamknięte.. mam sprawę-powiedział mój przyjaciel wychodząc z krzaków.
-Co się stało?
-Znaleźli ciało.. a dosłownie połowę ciała. Mój tata zebrał ludzi. Szukają w lesie. Idziemy.
-Po co?
-Mówiłeś że ostatnio brakuje Ci wrażeń. Dawaj bo nie zdążymy.
-No dobra..-powiedziałem mimo iż nadal uważałem że to głupi pomysł.
Wsiedliśmy do jego samochodu i pojechaliśmy do lasu. zostawiliśmy pojazd na parkingu i poszliśmy w las. Za latarki służyły nam telefony.
-Którą połowę ciała znaleźli?
-Nie mówili.-powiedział.
-Zimno się robi..
-Ciii!!-krzyknął popychając mnie za drzewo.
Zobaczyliśmy w oddali latarki policjantów i usłyszeliśmy psy.
-Dawaj
Pobiegliśmy dalej od nich. Eryk potknął się i upadł. Zauważył to pies i zaczął biec do niego. JA byłem schowany za drzewem. Niestety okazało się że pies jest na smyczy którą trzymał.. szeryf, tata Eryka.
-Eryk? Co ty tu robisz?-zapytał szeryf.
-Spaceruję?
-Liam!Wyłaź!
-Nie ma go tu.-powiedział szybko Eryk.
Siedziałem cicho w ukryciu.
-Nie wierzę. Liam!
-NA prawdę..
-To co robi Liam?
-Uczy się, chciałem by jechał ze mną ale nie mógł.
-Dobra wstawaj. Idziemy, masz wracać do domu.
Odeszli a ja wyszedłem z kryjówki i poszedłem prosto do domu. Niestety stąd do mojego domu najszybciej było przez las.
Zrobiło się jeszcze zimniej. Nagle potknąłem się i sturlałem się z górki.
-Gdzie jest ten telefon..-szukałem go po upadku.
Zobaczyłem światło z wyświetlacza. Podszedłem i podniosłem go...
Krzyknąłem. Leżał zaraz obok ciała dziewczyny. Jej martwe oczy patrzyły się prosto na mnie.
Nagle usłyszałem coś w oddali. Było to jakieś zwierze. Zacząłem biec przerażony a to coś ruszyło za mną. Dogoniło mnie, przewróciło. Krzyknąłem kiedy zęby zwierzęcia wbiły mi się w ramię.
Musiałem stracić przytomność na chwilę ale kiedy się ocknąłem byłem sam. Pobiegłem szybko do domu trzymając się za ramię.
Budzik dzwonił niemiłosiernie długo.
-Liam!-usłyszałam głos mamy.-Wstawaj bo zaśpisz do szkoły!
-Już wstaję..-wymruczałem.
Może i moje ciało szybko się regenerowało ale nadal musiałam spać, kolejna nieprzespana noc była wykańczająca.
-Chyba muszę porozmawiać z twoim szefem na temat twoich późnych powrotów do domu. Który to raz zostajesz w tym tygodniu po godzinach? Trzeci.. a pragnę zauważyć że dziś czwartek. Masz szkołę, pracować będziesz później.
-Dobrze, dobrze..-wymamrotałem zwlekając się z łóżka.
-Niedługo pełnia.. musisz odpoczywać.
Wiedziała o wszystkim.. tylko parę miesięcy udawało mi się ją okłamywać. Chciałem ją chronić jednak okazało się że wiedza bardziej ją ochroniła.
Zobaczyłem że mam kilka wiadomości od Eryka. Zignorowałem je bo za chwilę i tak się zobaczymy.
Piętnaście minut później Eryk czekał na mnie w samochodzie pod domem.
Wsiadłem.
-Jak tam?
-Musimy przestać, mama się czepia.
-Dobra.. i tak już opanowałeś wszystko. Ale będzie mi brakować tych nocnych wypadów.
-Nie tylko tobie.. ale to nie musi oznaczać końca.
-Dobra dobra..
Od pół roku szukaliśmy osoby która mi to zrobiła.
A co takiego wtedy się stało? W tym lesie? Ugryzł mnie wilkołak. Od 8 miesięcy co pełnia muszę się przemieniać... umiem już to kontrolować ale nadal chcę wiedzieć... dlaczego? DLACZEGO JA?
-Matko!-wrzasnąłem kiedy nagle z dachu w krzaki pod dom ktoś spadł.-Eryk! Co ty tam robiłeś?
-Drzwi były zamknięte.. mam sprawę-powiedział mój przyjaciel wychodząc z krzaków.
-Co się stało?
-Znaleźli ciało.. a dosłownie połowę ciała. Mój tata zebrał ludzi. Szukają w lesie. Idziemy.
-Po co?
-Mówiłeś że ostatnio brakuje Ci wrażeń. Dawaj bo nie zdążymy.
-No dobra..-powiedziałem mimo iż nadal uważałem że to głupi pomysł.
Wsiedliśmy do jego samochodu i pojechaliśmy do lasu. zostawiliśmy pojazd na parkingu i poszliśmy w las. Za latarki służyły nam telefony.
-Którą połowę ciała znaleźli?
-Nie mówili.-powiedział.
-Zimno się robi..
-Ciii!!-krzyknął popychając mnie za drzewo.
Zobaczyliśmy w oddali latarki policjantów i usłyszeliśmy psy.
-Dawaj
Pobiegliśmy dalej od nich. Eryk potknął się i upadł. Zauważył to pies i zaczął biec do niego. JA byłem schowany za drzewem. Niestety okazało się że pies jest na smyczy którą trzymał.. szeryf, tata Eryka.
-Eryk? Co ty tu robisz?-zapytał szeryf.
-Spaceruję?
-Liam!Wyłaź!
-Nie ma go tu.-powiedział szybko Eryk.
Siedziałem cicho w ukryciu.
-Nie wierzę. Liam!
-NA prawdę..
-To co robi Liam?
-Uczy się, chciałem by jechał ze mną ale nie mógł.
-Dobra wstawaj. Idziemy, masz wracać do domu.
Odeszli a ja wyszedłem z kryjówki i poszedłem prosto do domu. Niestety stąd do mojego domu najszybciej było przez las.
Zrobiło się jeszcze zimniej. Nagle potknąłem się i sturlałem się z górki.
-Gdzie jest ten telefon..-szukałem go po upadku.
Zobaczyłem światło z wyświetlacza. Podszedłem i podniosłem go...
Krzyknąłem. Leżał zaraz obok ciała dziewczyny. Jej martwe oczy patrzyły się prosto na mnie.
Nagle usłyszałem coś w oddali. Było to jakieś zwierze. Zacząłem biec przerażony a to coś ruszyło za mną. Dogoniło mnie, przewróciło. Krzyknąłem kiedy zęby zwierzęcia wbiły mi się w ramię.
Musiałem stracić przytomność na chwilę ale kiedy się ocknąłem byłem sam. Pobiegłem szybko do domu trzymając się za ramię.
OBECNIE
Budzik dzwonił niemiłosiernie długo.
-Liam!-usłyszałam głos mamy.-Wstawaj bo zaśpisz do szkoły!
-Już wstaję..-wymruczałem.
Może i moje ciało szybko się regenerowało ale nadal musiałam spać, kolejna nieprzespana noc była wykańczająca.
-Chyba muszę porozmawiać z twoim szefem na temat twoich późnych powrotów do domu. Który to raz zostajesz w tym tygodniu po godzinach? Trzeci.. a pragnę zauważyć że dziś czwartek. Masz szkołę, pracować będziesz później.
-Dobrze, dobrze..-wymamrotałem zwlekając się z łóżka.
-Niedługo pełnia.. musisz odpoczywać.
Wiedziała o wszystkim.. tylko parę miesięcy udawało mi się ją okłamywać. Chciałem ją chronić jednak okazało się że wiedza bardziej ją ochroniła.
Zobaczyłem że mam kilka wiadomości od Eryka. Zignorowałem je bo za chwilę i tak się zobaczymy.
Piętnaście minut później Eryk czekał na mnie w samochodzie pod domem.
Wsiadłem.
-Jak tam?
-Musimy przestać, mama się czepia.
-Dobra.. i tak już opanowałeś wszystko. Ale będzie mi brakować tych nocnych wypadów.
-Nie tylko tobie.. ale to nie musi oznaczać końca.
-Dobra dobra..
Od pół roku szukaliśmy osoby która mi to zrobiła.
A co takiego wtedy się stało? W tym lesie? Ugryzł mnie wilkołak. Od 8 miesięcy co pełnia muszę się przemieniać... umiem już to kontrolować ale nadal chcę wiedzieć... dlaczego? DLACZEGO JA?
Od Kate
Dziś znów byłam u mamy w szpitalu. Nie mogłam myśleć o niczym innym, gdy lekarze nic nie byli w stanie zrobić.
-Jak się czujesz, Kate? - spytał Billie, lekarz prowadzący chorobę mamy i za razem jej przyjaciel z młodzieńczych lat.
-Głupie pytanie, Bill. - odparłam, trzymając w dłoni kubek gorącej kawy.
-Anna jest smutna, myślę, ż...
-Każdy by był, gdyby umierał na tą cholerną chorobę. - zacisnęłam zęby i spuściłam wzrok na spieniony wierzch kubka.
-Chodzi mi o to, że twój tata jej wcale nie odwiedza.
-Chciałbyś widywać ukochaną żonę czy osobę na łożu śmierci? - rzuciłam cynicznym tonem, a on odwrócił wzrok gdzieś w dal robiąc przy tym dziwną minę.
-Nie mogę operować przyjaciół ani rodziny... takie procedury...
-Operować? - spojrzałam na niego pytająco, a on znów zerknął na chwilę na mnie.
-Katie, to może być dobra wiadomość. Tylko, że ona nie chce podpisać zgody na operację.
-Zaraz, chwila, moment... O jaką operację ci się rozchodzi?
-Anna... to znaczy, twoja mama, ma szansę pożyć jeszcze rok, może dwa. W jej płucach jest coś w rodzaju sadzy, przez to, że paliła tyle lat i pali do teraz, przez chemie i lekarstwa zbiera się w jej płucach nadmiar powietrza. Przez to się dusi i musi być tutaj. Do tego jej stan jest fatalny, a ona nie chce sobie pomóc.
-Tata nie może podpisać za nią tego kawałka cholernego papieru?
-Dopóki twoja mama jest w pełni sprawna fizycznie i psychicznie, jest w stanie podejmować sama decyzje to niestety nie.
-Ale... przyjaźnicie się tyle lat... czemu Ciebie nie posłuchała, bo chyba próbowałeś ją przekonać.
-Oczywiście... ale może dlatego, że nie chce żyć w cierpieniu?
-Tak ci powiedziała... - parsknęłam i w chwili dostałam zastrzyku adrenaliny, zagotowało się we mnie i ruszyłam do sali, gdzie leżała mama.
Wparowałam do środka, wzięłam taboret szurając tak głośno, że obudziłabym pół szpitala i usiadłam jak najbliżej niej mogłam. Przez hałas, jaki zrobiłam mama otworzyła oczy i spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.
-Oh... Katie... - uśmiechnęła się poprawiając niezdarnie.
-Czemu nie podpiszesz tej zgody? Co?! - uniosłam się.
-Billie ci powiedział, a obowiązuje go tajemnica lekarska...
-Oszalałaś? Czy przez tą chemie odjęło ci totalnie rozum? - ugryzłam się w język.
Zawsze, ale to zawsze powiem coś nie tak...
-Nie będę ci się z tego tłumaczyć, wybacz córeczko.
Wstałam gwałtownie prawie przewracając taboret i wyszłam z sali trzaskając drzwiami. Gdy wyszłam na korytarz nie wiedziałam co mam robić - krzyczeć, płakać, wrzeszczeć czy rozwalić cały świat bombą atomową.
Usiadłam na jednym z plastikowych, tandetnie kolorowych siedzeń przy sali gdzie leży mama i zasłoniłam zimnymi dłońmi twarz. Wsunęłam palce we włosy, drapałam głowę paznokciami jednocześnie ciągnąć włosy i szarpiąc, a noga nerwowo tupała mi o podłogę jak u nałogowego palacza. Odgłosy wszelakie nie docierały do mnie w tej chwili, świat się zatrzymał i wirował nieznośnie w kółko.
-Co jest, wiedźmo? - usłyszałam głos przyjaciela.
Rozczochrana, z przekrwionymi oczami od nerwów i zmęczenia spojrzałam na Lee, uśmiechającego się od ucha do ucha. Nie ważne jaki mam stan, zawsze się uśmiecha. Poprawia mi to humor, niż miałby płakać razem ze mną.
Oparłam głowę bezsilnie o jego ramię i wpatrywałam się w okropne,mdłe kafelki szpitalne.
-Czemu nie możemy żyć wiecznie... - szepnęłam nie odrywając wzroku od punktu.
-Byłoby piekielnie nudno. - wzruszył ramionami.
-Ale chociaż nikt by nie chorował i ostatecznie nie umierał.
-Takie jest życie, Kate. Ja też kiedyś kopnę w kalendarz.
-Głupi jesteś. My - zdaje się - mieliśmy żyć wiecznie, być nieśmiertelni i nie umierać. - zaśmiałam się smutno.
-Ale nie ratujemy świata, albo nam to fatalnie wychodzi.
Kiedyś, jak byliśmy mali rozbiliśmy namiot u niego na wielkim ogródku, gdzieś na końcu podwórka. Dodaliśmy lampki ledowe które zabraliśmy jego mamie, wzięliśmy słodycze i rzecz jasna paluszki i spędzaliśmy noc w zabawach, marzeniach i wygłupiając się jak tylko się dało. Wtedy, w lesie - bo Lee ma go zaraz za drugą bramą - usłyszeliśmy przeraźliwe wycie, jednak brzmiało to jak wielka wilcza bestia. Wtedy wyobrażaliśmy sobie jak jesteśmy nieśmiertelni, tylko nasza dwójka na całym świecie i jako super bohaterowie ratujemy świat przed potworami i niestworzonymi rzeczami. Całe dzieciństwo się w to bawiliśmy, bez chwili znudzenia. Dwójka super bohaterów, ratująca świat przed bestiami... tak, to były cudowne czasy beztroskiego cudownego dzieciństwa.
-Lee...? - odezwałam się po długiej chwili milczenia.
-Tak?
-Czy powinnam pozwolić mamie podjąć decyzję, która przyspieszy jej odejście?
-Jeśli ona tego chce i wie, że poczuje ulgę powinnaś ją wspierać w tym czasie, który jej pozostał, żeby nie odeszła z myślą, że Cię zawiodła.
-To chore...
-Nic nie poradzisz na przeciwności losu.
-Gdybym mogła dać jej życie w zamian za swoje...
-Kate, to jest samo życie. Nic z tym nie zrobisz, musisz nauczyć się żyć z myślą, że w pewnych sprawach nie możesz mieć zdania. A ty we wszystkim i tak zabierasz głos.
Uśmiechnęłam się lekko.
-Chodź, odwiozę cię do domu.
-Nie wyjaśniłam wszystkiego z mamą...
-Daj jej czas, żeby to przemyślała. A może do niej coś dojdzie i zmieni zdanie.
Wstaliśmy. Lee odwiózł mnie do domu. Tata dużo pracował, mój brat zostawał zwykle z opiekunką Sophią, bo odkąd mama jest w szpitalu nikt nie ma wiele czasu dla tego brzdąca. Bardzo są zżyci z mamą, tylko, że nawet Billie nie pozwala mu wchodzić na salę, gdzie ona leży.
Zrzuciłam torbę z ramienia jak zwykle nic nie mówiąc, że wróciłam. Zerknęłam do salonu i ujrzałam tatę siedzącego tyłem do mnie. Pił whisky z lodem, którą z mamą dostał ode mnie na ich rocznicę. Najdroższa rzecz jaką kupiłam za parę ładnych dolców.
Oparłam się o framugę i spoglądałam chwilę w ciszy na ojca.
Patrzył na dłonie, obracając złotą obrączką na palcu.
-Co tam? Wszystko okej? - odezwałam się w końcu, lekko się uśmiechając.

-Tak, Kate. - odparł nawet nie ruszając centymetrem ciała.
-Nie odwiedzasz mamy w szpitalu.
-Bo pracuję, żeby utrzymać tą rodzinę w kupie i ten cholerny dom. - burknął.
-Możesz mi powiedzieć, co jest grane. - wzruszyłam ramionami.
-Idź do siebie, chcę być sam.
-Dobra,dobra... jak tam chcesz. Wiesz gdzie mnie szukać. - podniosłam ręce w geście obronnym i zgarniając plecak i idąc do siebie. Usiadłam przy oknie, wyjęłam z małej kieszonki folijkę, tzw. fotkę i wszystko położyłam na małą wagę, którą wyjęłam z szafki nocnej. Uniosłam brwi zaskoczona.
-No,no... 0.93... postarałeś się, Drew. - mruknęłam do siebie i wyjęłam z plecaka bletki i skręciłam blanta. Usiadłam na dachu, przed swoim oknem. Spoglądałam na osiedle domków naprzeciwko, wszędzie paliło się światło, słychać było gdzieniegdzie głosy, śmiechy dorosłych i dzieci.
Nagle świat stanął, wypuściłam powoli dym z płuc czując po chwili nieprzyjemny smak spalonych, zgniłych liści. To smak wolności, relaksu i chwili dla siebie... tylko dla siebie.
-A ty znowu to robisz. - zerknęłam wystraszona w bok widząc Lee.
-Cholera jasna, musisz mnie zawsze straszyć. Poza tym kto cię wpuścił, bo na pewno nie mój pijany tatuś.
-Wszedłem po tym krzaku rosnącym na twoim domu.
-To ma specjalną nazwę, wiesz?
-Krzak to krzak. Daj trochę.
Zaczęłam się głupkowato śmiać i podałam mu blanta.
-Kate, musisz z tym spasować... Drew w szkole bije na tobie największą kasę a to tylko skończony debil.
-Mam to pod kontrolą. - odparłam.
-Jasne. Codziennie go z tobą widzę.
-Nie biorę od niego codziennie.
-Słuchaj, on to nie tylko diler szkolny. Ma plecy, jest niebezpieczny.
-Czy ja kiedyś wpadłam w kłopoty i sama z nich nie wyszłam?
-No. Zawsze wpadałaś sama ale wychodziłaś jakimś cudem ze mną.
Zaśmiałam się.
-Zluzuj gacie, mam wszystko pod kontrolą, pajacu. - wyszczerzyłam zęby wpatrując się w przestrzeń.
Gdy Lee poszedł już ''zniszczony'' lolkiem usiadłam na łóżku i poczułam stres. Sytuacja z mamą mnie dopadała coraz bardziej... przytłaczało mnie to. Ścisnęłam mocno swoje przed ramie.
-Kate! - usłyszałam głos ojca idącego w stronę mojego pokoju. - Jarasz to zielsko, śmierdzi w całej chałupie! - otworzył drzwi z impetem spoglądając na mnie a ja na niego niewzruszona. - Słyszałaś?!
-No... i ? - wzruszyłam ramionami.
-Jak wylądujesz w kryminale to nie licz na mnie!
-Jasne, dzięki. - uśmiechnęłam się, a on trzasnął drzwiami i wyszedł.
Mały obudził się i przyszedł do mnie więc tak naprawdę zasnęłam z nim od razu...
Rano młody był już w przedszkolu a ojciec w robocie. Ja postanowiłam obudzić mojego przyjaciela w niedzielny poranek o ósmej i wybrałam się do niego. Jego rodziców nie było, za to był Noah i oczywiście otworzył mi drzwi bez koszulki.
-Na litość wszystkich świętych, raz mógłbyś się ubrać.
-Przecież spodnie mam.
-A gaci nie zapomniałeś? - warknęłam. - Mogę wejść, ja do Lee.
-O 8.30 rano?
-Mam taki kaprys.
-Hej, kiedy ci urosły cycki?
Oburzona spojrzałam na tego gnojka, uśmiechnęłam się tylko.
-W tym czasie, kiedy twój kolega w spodniach nawet nie urósł o milimetr.
Spojrzał na mnie zbity z tropu i żarciku.
-Dzban jeden... - mruknęłam pod nosem i poszłam do pokoju Lee.
Ich dom był tak wielki, że gdyby tu ktoś urządził imprezę to skończyłaby się trzy dni po jej rozpoczęciu... Jednak każdy kąt znałam jak swój własny. Ich rodzice mnie uwielbiali, oni też codziennie bywali u mamy.
Weszłam do pokoju przyjaciela a tam nic tylko smród trawy i spoconych skarpet. Spojrzałam na niego, tak... zawsze tak kończył po paru buchach... albo rzygał albo spał i spać będzie do wieczora.
Spojrzałam na niego żałośnie, nie wiedząc co ze sobą zrobić.
-Lee... kiedyś cię nauczę jarać z głową... - mruknęłam do siebie i z okna zobaczyłam jak Noah gdzieś jedzie na motocyklu. - Ale chyba teraz nic tu po mnie...
Poszłam przed dom, a raczej na plażę. W La Push mój dom mieścił się zaraz na plaży, dlatego uwielbiałam tu siedzieć. Tam trochę wiało, więc przebrałam się w domowe rzeczy i poszłam przemyśleć wszystko na spokojnie na piasek...

-Jak się czujesz, Kate? - spytał Billie, lekarz prowadzący chorobę mamy i za razem jej przyjaciel z młodzieńczych lat.
-Głupie pytanie, Bill. - odparłam, trzymając w dłoni kubek gorącej kawy.
-Anna jest smutna, myślę, ż...
-Każdy by był, gdyby umierał na tą cholerną chorobę. - zacisnęłam zęby i spuściłam wzrok na spieniony wierzch kubka.
-Chodzi mi o to, że twój tata jej wcale nie odwiedza.
-Chciałbyś widywać ukochaną żonę czy osobę na łożu śmierci? - rzuciłam cynicznym tonem, a on odwrócił wzrok gdzieś w dal robiąc przy tym dziwną minę.
-Nie mogę operować przyjaciół ani rodziny... takie procedury...
-Operować? - spojrzałam na niego pytająco, a on znów zerknął na chwilę na mnie.
-Katie, to może być dobra wiadomość. Tylko, że ona nie chce podpisać zgody na operację.
-Zaraz, chwila, moment... O jaką operację ci się rozchodzi?
-Anna... to znaczy, twoja mama, ma szansę pożyć jeszcze rok, może dwa. W jej płucach jest coś w rodzaju sadzy, przez to, że paliła tyle lat i pali do teraz, przez chemie i lekarstwa zbiera się w jej płucach nadmiar powietrza. Przez to się dusi i musi być tutaj. Do tego jej stan jest fatalny, a ona nie chce sobie pomóc.
-Tata nie może podpisać za nią tego kawałka cholernego papieru?
-Dopóki twoja mama jest w pełni sprawna fizycznie i psychicznie, jest w stanie podejmować sama decyzje to niestety nie.
-Ale... przyjaźnicie się tyle lat... czemu Ciebie nie posłuchała, bo chyba próbowałeś ją przekonać.
-Oczywiście... ale może dlatego, że nie chce żyć w cierpieniu?
-Tak ci powiedziała... - parsknęłam i w chwili dostałam zastrzyku adrenaliny, zagotowało się we mnie i ruszyłam do sali, gdzie leżała mama.
Wparowałam do środka, wzięłam taboret szurając tak głośno, że obudziłabym pół szpitala i usiadłam jak najbliżej niej mogłam. Przez hałas, jaki zrobiłam mama otworzyła oczy i spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.
-Oh... Katie... - uśmiechnęła się poprawiając niezdarnie.
-Czemu nie podpiszesz tej zgody? Co?! - uniosłam się.
-Billie ci powiedział, a obowiązuje go tajemnica lekarska...
-Oszalałaś? Czy przez tą chemie odjęło ci totalnie rozum? - ugryzłam się w język.
Zawsze, ale to zawsze powiem coś nie tak...
-Nie będę ci się z tego tłumaczyć, wybacz córeczko.
Wstałam gwałtownie prawie przewracając taboret i wyszłam z sali trzaskając drzwiami. Gdy wyszłam na korytarz nie wiedziałam co mam robić - krzyczeć, płakać, wrzeszczeć czy rozwalić cały świat bombą atomową.
Usiadłam na jednym z plastikowych, tandetnie kolorowych siedzeń przy sali gdzie leży mama i zasłoniłam zimnymi dłońmi twarz. Wsunęłam palce we włosy, drapałam głowę paznokciami jednocześnie ciągnąć włosy i szarpiąc, a noga nerwowo tupała mi o podłogę jak u nałogowego palacza. Odgłosy wszelakie nie docierały do mnie w tej chwili, świat się zatrzymał i wirował nieznośnie w kółko.
-Co jest, wiedźmo? - usłyszałam głos przyjaciela.
Rozczochrana, z przekrwionymi oczami od nerwów i zmęczenia spojrzałam na Lee, uśmiechającego się od ucha do ucha. Nie ważne jaki mam stan, zawsze się uśmiecha. Poprawia mi to humor, niż miałby płakać razem ze mną.
Oparłam głowę bezsilnie o jego ramię i wpatrywałam się w okropne,mdłe kafelki szpitalne.
-Czemu nie możemy żyć wiecznie... - szepnęłam nie odrywając wzroku od punktu.
-Byłoby piekielnie nudno. - wzruszył ramionami.
-Ale chociaż nikt by nie chorował i ostatecznie nie umierał.
-Takie jest życie, Kate. Ja też kiedyś kopnę w kalendarz.
-Głupi jesteś. My - zdaje się - mieliśmy żyć wiecznie, być nieśmiertelni i nie umierać. - zaśmiałam się smutno.
-Ale nie ratujemy świata, albo nam to fatalnie wychodzi.
Kiedyś, jak byliśmy mali rozbiliśmy namiot u niego na wielkim ogródku, gdzieś na końcu podwórka. Dodaliśmy lampki ledowe które zabraliśmy jego mamie, wzięliśmy słodycze i rzecz jasna paluszki i spędzaliśmy noc w zabawach, marzeniach i wygłupiając się jak tylko się dało. Wtedy, w lesie - bo Lee ma go zaraz za drugą bramą - usłyszeliśmy przeraźliwe wycie, jednak brzmiało to jak wielka wilcza bestia. Wtedy wyobrażaliśmy sobie jak jesteśmy nieśmiertelni, tylko nasza dwójka na całym świecie i jako super bohaterowie ratujemy świat przed potworami i niestworzonymi rzeczami. Całe dzieciństwo się w to bawiliśmy, bez chwili znudzenia. Dwójka super bohaterów, ratująca świat przed bestiami... tak, to były cudowne czasy beztroskiego cudownego dzieciństwa.
-Lee...? - odezwałam się po długiej chwili milczenia.
-Tak?
-Czy powinnam pozwolić mamie podjąć decyzję, która przyspieszy jej odejście?
-Jeśli ona tego chce i wie, że poczuje ulgę powinnaś ją wspierać w tym czasie, który jej pozostał, żeby nie odeszła z myślą, że Cię zawiodła.
-To chore...
-Nic nie poradzisz na przeciwności losu.
-Gdybym mogła dać jej życie w zamian za swoje...
-Kate, to jest samo życie. Nic z tym nie zrobisz, musisz nauczyć się żyć z myślą, że w pewnych sprawach nie możesz mieć zdania. A ty we wszystkim i tak zabierasz głos.
Uśmiechnęłam się lekko.
-Chodź, odwiozę cię do domu.
-Nie wyjaśniłam wszystkiego z mamą...
-Daj jej czas, żeby to przemyślała. A może do niej coś dojdzie i zmieni zdanie.
Wstaliśmy. Lee odwiózł mnie do domu. Tata dużo pracował, mój brat zostawał zwykle z opiekunką Sophią, bo odkąd mama jest w szpitalu nikt nie ma wiele czasu dla tego brzdąca. Bardzo są zżyci z mamą, tylko, że nawet Billie nie pozwala mu wchodzić na salę, gdzie ona leży.
Zrzuciłam torbę z ramienia jak zwykle nic nie mówiąc, że wróciłam. Zerknęłam do salonu i ujrzałam tatę siedzącego tyłem do mnie. Pił whisky z lodem, którą z mamą dostał ode mnie na ich rocznicę. Najdroższa rzecz jaką kupiłam za parę ładnych dolców.
Oparłam się o framugę i spoglądałam chwilę w ciszy na ojca.
Patrzył na dłonie, obracając złotą obrączką na palcu.
-Co tam? Wszystko okej? - odezwałam się w końcu, lekko się uśmiechając.

-Tak, Kate. - odparł nawet nie ruszając centymetrem ciała.
-Nie odwiedzasz mamy w szpitalu.
-Bo pracuję, żeby utrzymać tą rodzinę w kupie i ten cholerny dom. - burknął.
-Możesz mi powiedzieć, co jest grane. - wzruszyłam ramionami.
-Idź do siebie, chcę być sam.
-Dobra,dobra... jak tam chcesz. Wiesz gdzie mnie szukać. - podniosłam ręce w geście obronnym i zgarniając plecak i idąc do siebie. Usiadłam przy oknie, wyjęłam z małej kieszonki folijkę, tzw. fotkę i wszystko położyłam na małą wagę, którą wyjęłam z szafki nocnej. Uniosłam brwi zaskoczona.
-No,no... 0.93... postarałeś się, Drew. - mruknęłam do siebie i wyjęłam z plecaka bletki i skręciłam blanta. Usiadłam na dachu, przed swoim oknem. Spoglądałam na osiedle domków naprzeciwko, wszędzie paliło się światło, słychać było gdzieniegdzie głosy, śmiechy dorosłych i dzieci.
Nagle świat stanął, wypuściłam powoli dym z płuc czując po chwili nieprzyjemny smak spalonych, zgniłych liści. To smak wolności, relaksu i chwili dla siebie... tylko dla siebie.
-A ty znowu to robisz. - zerknęłam wystraszona w bok widząc Lee.
-Cholera jasna, musisz mnie zawsze straszyć. Poza tym kto cię wpuścił, bo na pewno nie mój pijany tatuś.
-Wszedłem po tym krzaku rosnącym na twoim domu.
-To ma specjalną nazwę, wiesz?
-Krzak to krzak. Daj trochę.
Zaczęłam się głupkowato śmiać i podałam mu blanta.
-Kate, musisz z tym spasować... Drew w szkole bije na tobie największą kasę a to tylko skończony debil.
-Mam to pod kontrolą. - odparłam.
-Jasne. Codziennie go z tobą widzę.
-Nie biorę od niego codziennie.
-Słuchaj, on to nie tylko diler szkolny. Ma plecy, jest niebezpieczny.
-Czy ja kiedyś wpadłam w kłopoty i sama z nich nie wyszłam?
-No. Zawsze wpadałaś sama ale wychodziłaś jakimś cudem ze mną.
Zaśmiałam się.
-Zluzuj gacie, mam wszystko pod kontrolą, pajacu. - wyszczerzyłam zęby wpatrując się w przestrzeń.
Gdy Lee poszedł już ''zniszczony'' lolkiem usiadłam na łóżku i poczułam stres. Sytuacja z mamą mnie dopadała coraz bardziej... przytłaczało mnie to. Ścisnęłam mocno swoje przed ramie.
-Kate! - usłyszałam głos ojca idącego w stronę mojego pokoju. - Jarasz to zielsko, śmierdzi w całej chałupie! - otworzył drzwi z impetem spoglądając na mnie a ja na niego niewzruszona. - Słyszałaś?!
-No... i ? - wzruszyłam ramionami.
-Jak wylądujesz w kryminale to nie licz na mnie!
-Jasne, dzięki. - uśmiechnęłam się, a on trzasnął drzwiami i wyszedł.
Mały obudził się i przyszedł do mnie więc tak naprawdę zasnęłam z nim od razu...
Rano młody był już w przedszkolu a ojciec w robocie. Ja postanowiłam obudzić mojego przyjaciela w niedzielny poranek o ósmej i wybrałam się do niego. Jego rodziców nie było, za to był Noah i oczywiście otworzył mi drzwi bez koszulki.
-Na litość wszystkich świętych, raz mógłbyś się ubrać.
-Przecież spodnie mam.
-A gaci nie zapomniałeś? - warknęłam. - Mogę wejść, ja do Lee.
-O 8.30 rano?
-Mam taki kaprys.
-Hej, kiedy ci urosły cycki?
Oburzona spojrzałam na tego gnojka, uśmiechnęłam się tylko.
-W tym czasie, kiedy twój kolega w spodniach nawet nie urósł o milimetr.
Spojrzał na mnie zbity z tropu i żarciku.
-Dzban jeden... - mruknęłam pod nosem i poszłam do pokoju Lee.
Ich dom był tak wielki, że gdyby tu ktoś urządził imprezę to skończyłaby się trzy dni po jej rozpoczęciu... Jednak każdy kąt znałam jak swój własny. Ich rodzice mnie uwielbiali, oni też codziennie bywali u mamy.
Weszłam do pokoju przyjaciela a tam nic tylko smród trawy i spoconych skarpet. Spojrzałam na niego, tak... zawsze tak kończył po paru buchach... albo rzygał albo spał i spać będzie do wieczora.
Spojrzałam na niego żałośnie, nie wiedząc co ze sobą zrobić.
-Lee... kiedyś cię nauczę jarać z głową... - mruknęłam do siebie i z okna zobaczyłam jak Noah gdzieś jedzie na motocyklu. - Ale chyba teraz nic tu po mnie...
Poszłam przed dom, a raczej na plażę. W La Push mój dom mieścił się zaraz na plaży, dlatego uwielbiałam tu siedzieć. Tam trochę wiało, więc przebrałam się w domowe rzeczy i poszłam przemyśleć wszystko na spokojnie na piasek...

niedziela, 21 października 2018
Od Kate
Odwiedziłam mamę w szpitalu. Pierwszy raz odkąd tu trafiła. Nie miałam odwagi tego zrobić, mama była dla mnie jak najlepsza przyjaciółka... zawsze. Odkąd zachorowała codziennie u niej jestem nawet gdy godziny odwiedzin dobiegają końca mogę siedzieć do rana. Tata ciężko to znosił, a Louis... nie rozumiał tak naprawdę czemu ''mama nie wraca do domu na noc''... i nie wróci.
Pogodziłam się z tym jak i ojciec, że mama ma zaawansowane stadium raka. Choroba zbyt szybko się pogłębia i nie ma na to rady... płakałam tylko wtedy, gdy spała. Pomagałam jej poczuć się normalnie mimo powoli wypadających włosów przez cholerną chemię, cera niemal całkowicie uległa zniszczeniu. Starałam się poprawić jej humor, robiąc jej delikatny naturalny makijaż jednak nawet to nie pomagało. Mama starała się mnie uspokoić, śmiałyśmy się i żartowałyśmy, jednak mi było ciężko. Tata rozbawiał ją za każdym razem gdy tu był, starał się być twardy i pokazać mi i mojemu bratu że jest dobrze... ale nie było.
Było już naprawdę późno, rano musiałam iść do szkoły jednak ze szpitala to tylko trzy przecznice stąd, więc dojadę autobusem. Nie chciałam jej opuszczać, musiałam... musiałam nacieszyć się widokiem mamy dopóki jeszcze mam okazję...
Wyszłam z jej sali nie budząc jej, puszczając jej zimną dłoń. Musiałam napić się czegoś ciepłego, gdy doszłam do automatu i wrzuciłam drobne usłyszałam dreptanie, był to Lee.
-Jak się trzymasz? Wiem, gówniane pytanie... - westchnął z lekkim uśmiechem.
-Dobrze. - odparłam ze zniesmaczoną miną. - Jest późno, co tu robisz?
-Chciałem cię wesprzeć... jakkolwiek.
-Dzięki... - pokiwałam głową czekając przy automacie na kawę.
-A twoja mama jak się trzyma?
Mama była dla niego jak dobra ciotka, a dla jego mamy jak siostra. Nasze rodziny były zupełnie różne, jednak przyjaźnili się od liceum... jak nie od gimnazjum.
-Odwiozę cię do szkoły rano.
-Nie, poradzę sobie Lee..
-Nie chce mi się wracać do domu i oglądać, jak Flynn sprowadza do domu kolejne panienki.
Noah był jego starszym bratem, o rok starszym od nas. Gra w drużynie footballowej, jest najprzystojniejszym chłopakiem w szkole i każda laska da wszystko, by... tu zostawię to bez komentarza.
Wzięłam kawę z automatu i usiadłam obok Lee na krześle.
-Tak naprawdę to... nie wiem co mam myśleć. Jestem tak zagubiona...
-A ja nie wiem co ci powiedzieć, bo znam cię i wiem, że nic ci nie pomoże.
-Kawa pomoże chociaż wytrwać jeszcze sześć godzin do pójścia do szkoły.
-Nie możesz tak, twoja mama by tego nie chciała.
-Wiem, Lee, ale myśl, że niedługo w ogóle jej nie zobaczę... - westchnęłam i wzięłam łyk kawy. - Ale chyba nie tylko ze względu na mnie tu jesteś? - uśmiechnęłam się lekko, spoglądając na niego badawczo.
-Flynn... znów wszczyna bójki w szkole.
-I co...?
-I to, że mogą go wyrzucić. Gra w najlepszej drużynie, na najlepszym miejscu, dobrze w miare się uczy... Ostatniego czasu coś... coś z nim nie tak...
-Taki już jest. - wzruszyłam ramionami. - Znam go tyle co ty, od piaskownicy się znamy, od kołyski. Na jednej sali porodowej ja i ty... - zaśmialiśmy się.
-Dobrze, że cię mam, zołzo.
-Idę do mamy... jedź do domu...
-Poczekam.
Rano mama gdy otworzyła oczy, ja byłam. Za dwadzieścia minut Lee i ja mieliśmy jechać do szkoły. Mama uśmiechnęła się i spojrzała na mnie zaskoczona.
-Ty nie w szkole?
-Spokojnie, zaraz jadę. - uśmiechnęłam się do niej.
-Kocham Cię, Kate.

-Ja ciebie też, mamo... Świetnie wyglądasz bez tego makijażu. - pocałowałam ją w czoło.
Wyszłam i wsiadłam do samochodu przyjaciela i pojechaliśmy do szkoły. Gdy wysiadłam z auta, zauważyłam jak Flynn zsiada z motocyklu i idzie w stronę budynku. Każda laska patrzyła na niego jak na boga, tak naprawdę był przystojny, bardzo... jednak... zasada z Lee dla mnie była świętością. ''Nie wolno umawiać się z członkami rodziny ani najbliższym przyjacielem''. Lee nie miał łatwo, moja przyjaciółka Halsey również mu się podobała, należała do grupy tanecznej i samorządu szkolnego. Jednak cóż, zasady to zasady. Zawsze sobie je wypominaliśmy.
Poszliśmy do klasy i tam kompletnie się wyłączyłam. Sprawa z mamą dobijała mnie każdego dnia...
Pogodziłam się z tym jak i ojciec, że mama ma zaawansowane stadium raka. Choroba zbyt szybko się pogłębia i nie ma na to rady... płakałam tylko wtedy, gdy spała. Pomagałam jej poczuć się normalnie mimo powoli wypadających włosów przez cholerną chemię, cera niemal całkowicie uległa zniszczeniu. Starałam się poprawić jej humor, robiąc jej delikatny naturalny makijaż jednak nawet to nie pomagało. Mama starała się mnie uspokoić, śmiałyśmy się i żartowałyśmy, jednak mi było ciężko. Tata rozbawiał ją za każdym razem gdy tu był, starał się być twardy i pokazać mi i mojemu bratu że jest dobrze... ale nie było.
Było już naprawdę późno, rano musiałam iść do szkoły jednak ze szpitala to tylko trzy przecznice stąd, więc dojadę autobusem. Nie chciałam jej opuszczać, musiałam... musiałam nacieszyć się widokiem mamy dopóki jeszcze mam okazję...
Wyszłam z jej sali nie budząc jej, puszczając jej zimną dłoń. Musiałam napić się czegoś ciepłego, gdy doszłam do automatu i wrzuciłam drobne usłyszałam dreptanie, był to Lee.
-Jak się trzymasz? Wiem, gówniane pytanie... - westchnął z lekkim uśmiechem.
-Dobrze. - odparłam ze zniesmaczoną miną. - Jest późno, co tu robisz?
-Chciałem cię wesprzeć... jakkolwiek.
-Dzięki... - pokiwałam głową czekając przy automacie na kawę.
-A twoja mama jak się trzyma?
Mama była dla niego jak dobra ciotka, a dla jego mamy jak siostra. Nasze rodziny były zupełnie różne, jednak przyjaźnili się od liceum... jak nie od gimnazjum.
-Odwiozę cię do szkoły rano.
-Nie, poradzę sobie Lee..
-Nie chce mi się wracać do domu i oglądać, jak Flynn sprowadza do domu kolejne panienki.
Noah był jego starszym bratem, o rok starszym od nas. Gra w drużynie footballowej, jest najprzystojniejszym chłopakiem w szkole i każda laska da wszystko, by... tu zostawię to bez komentarza.
Wzięłam kawę z automatu i usiadłam obok Lee na krześle.
-Tak naprawdę to... nie wiem co mam myśleć. Jestem tak zagubiona...
-A ja nie wiem co ci powiedzieć, bo znam cię i wiem, że nic ci nie pomoże.
-Kawa pomoże chociaż wytrwać jeszcze sześć godzin do pójścia do szkoły.
-Nie możesz tak, twoja mama by tego nie chciała.
-Wiem, Lee, ale myśl, że niedługo w ogóle jej nie zobaczę... - westchnęłam i wzięłam łyk kawy. - Ale chyba nie tylko ze względu na mnie tu jesteś? - uśmiechnęłam się lekko, spoglądając na niego badawczo.
-Flynn... znów wszczyna bójki w szkole.
-I co...?
-I to, że mogą go wyrzucić. Gra w najlepszej drużynie, na najlepszym miejscu, dobrze w miare się uczy... Ostatniego czasu coś... coś z nim nie tak...
-Taki już jest. - wzruszyłam ramionami. - Znam go tyle co ty, od piaskownicy się znamy, od kołyski. Na jednej sali porodowej ja i ty... - zaśmialiśmy się.
-Dobrze, że cię mam, zołzo.
-Idę do mamy... jedź do domu...
-Poczekam.
Rano mama gdy otworzyła oczy, ja byłam. Za dwadzieścia minut Lee i ja mieliśmy jechać do szkoły. Mama uśmiechnęła się i spojrzała na mnie zaskoczona.
-Ty nie w szkole?
-Spokojnie, zaraz jadę. - uśmiechnęłam się do niej.
-Kocham Cię, Kate.

-Ja ciebie też, mamo... Świetnie wyglądasz bez tego makijażu. - pocałowałam ją w czoło.
Wyszłam i wsiadłam do samochodu przyjaciela i pojechaliśmy do szkoły. Gdy wysiadłam z auta, zauważyłam jak Flynn zsiada z motocyklu i idzie w stronę budynku. Każda laska patrzyła na niego jak na boga, tak naprawdę był przystojny, bardzo... jednak... zasada z Lee dla mnie była świętością. ''Nie wolno umawiać się z członkami rodziny ani najbliższym przyjacielem''. Lee nie miał łatwo, moja przyjaciółka Halsey również mu się podobała, należała do grupy tanecznej i samorządu szkolnego. Jednak cóż, zasady to zasady. Zawsze sobie je wypominaliśmy.
Poszliśmy do klasy i tam kompletnie się wyłączyłam. Sprawa z mamą dobijała mnie każdego dnia...
środa, 10 października 2018
Od Nadii
James zachowywał się bardzo dziwnie. Rozumiałam że porwano mu córkę jednak nawet jak na te okoliczności zachowywał się nad wyraz dziwacznie. Zaczynałam się nawet zastanawiać... nie.. no ale przecież to możliwe?
Pamiętam co powiedział do kogoś przez telefon wtedy kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy. Potem to zachowanie przy jego byłej.. no i teraz.
Za dużo wiedziałam by nic nie podejrzewać. Moje życie było pozbawione zaufania do obcych, w sumie co do rodziny też. Każdy mógł stać się potworem albo zdradzić. Miałam za bardzo niestabilne życie by nie zaprzątać sobie różnymi sprawami głowy.
Kiedy się rozłączył uruchomiłam swój laptop i zaczęłam przeglądać monitoring. Na mapach odkryłam że wokoło placu zabaw są kamery. Potrzebowałam tylko zdobyć nagrania.
Laptop którego posiadałam był na to za słaby, swój lepszy zostawiłam w domu rodzinnym.
Musiałam poradzić sobie w inny sposób.
Wybrałam się do miejskiego urzędu. Odnalazłam gabinet burmistrza. Niedaleko były pokoje ochrony. To pewnie tam były nagrania.
Na moje szczęście nikt nie kręcił się po korytarzach. Podeszłam do drzwi pokoju ochrony i nasłuchiwałam. Słyszałam szmery więc na pewno ktoś tam był. Włamanie nie wchodziło w grę. Musiałam podziałać inaczej.
Zanim zapukałam do gabinetu burmistrza pomyślałam o tym że James nie chciał bym się w to mieszała. Nie rozumiałam, zastanawiałam się dlaczego nie chce pomocy. Gdyby mojemu dziecku coś się stało zrobiłabym wszystko by je odnaleźć.
Zapukałam i weszłam. Przy biurku siedziała zapewne sekretarka.
-Dzień dobry, nazywam się Monika Marels. Mogłabym porozmawiać z burmistrzem?-nie wiem skąd wytrzasnęłam to imię i nazwisko..

-Pan burmistrz jest bardzo zajęty. Może coś mu przekazać?-zapytała starsza kobieta.
-Jestem studentką i mamy projekt dotyczący naszej miejscowości. Zajęłabym dosłownie chwilkę. -uśmiechnęłam się przyjaźnie.
-Chwileczkę.
Poszła do gabinetu burmistrza i po chwili wróciła.
-Ma Pani dosłownie dwie minutki.
-Dziękuję.-powiedziałam i przeszłam do głównego biura burmistrza.
Był to starszy facet. Nie miał smukłej figury ani bujnych włosów. Powiedziałabym wręcz że lubi zjeść i nie musi inwestować w szampon.
-Tak?
-Bardzo Panu dziękuję za poświęcony mi czas. Miałabym tylko małą prośbę. Robię projekt dotyczący bezpieczeństwa miasta i bardzo przydatne okazałoby się skorzystanie z miejskiego monitoringu.
-Nie mogę Pani bez powodu udzielić dostępu.
-Rozumiem.. mogłam się tego spodziewać.-powiedziałam bardzo smutnym głosem.-Miałam jednak nadzieję że się uda.. Wie Pan uwielbiam to miasto i uważam że jest Pan najlepszym burmistrzem. Odkąd tylko przyjechałam tu na studia zakochałam się w tym miejscu. Ten projekt jest bardzo ważny, dzięki niemu napłynęłoby na pewno więcej turystów dzięki czemu polepszyłaby się gospodarka a i nie tylko..
-A możesz mi powiedzieć coś więcej o sobie i tym projekcie?
Zaczęłam ostro zmyślać i bajerować. W końcu po dłuższej rozmowie udało mi się i dostałam pozwolenie na obejrzenie monitoringu.
Uwielbiałam pracę w terenie. Poczułam się jak za starych dobrych czasów kiedy zawsze dostawałam to czego chciałam.
Ochrona nie marudziła kiedy poszłam do nich. Wydawało mi się że nawet są zadowoleni z powodu oderwania od monotonnej pracy. Studentka? Zawsze to jakaś odmiana.
Przejrzałam monitoring udając że nie szukam niczego konkretnego. Od czasu do czasu udawałam zafascynowanie.
Po około 20 minutach zlazłam a raczej nie znalazłam tego co chciałam.
Widziałam plac zabaw, matkę małej i samą Lily. Bawiła się grzecznie. Po chwili pojawiły się zakłócenia a kiedy kamera zaczęła działać małej już nie było.
Cofnęłam nagranie i zaczęłam szukać zmiennych czynników.
Dzieci, pies na smyczy prowadzony przez jaka babcie. Dziadek dokarmiający w oddali kaczki z wnuczkiem.
Myślałam już że nic nie znajdę kiedy zobaczyłam między drzewami jakiś cień który wraz z Lily znika. To musiał być porywacz.
Poprosiłam o wydruk zatrzymanego momentu jak i dla nie poznaki kilku innych z innych miejsc. PO wszystkim podziękowałam z uśmiechem i wyszłam.
Niby to zdjęcie nie wnosiło nic konkretnego jednak miałam pomysł. Potrzebowałam tylko czasu i miałam nadzieję że mała wytrzyma tam gdzie jest.
Z tyłu głowy nawet miałam myśl by zadzwonić do rodziny. Pomogli by pod warunkiem że wróciłabym do domu... Nie chciałam tego ale też nie chciałam by Lily coś się stało.
Pamiętam co powiedział do kogoś przez telefon wtedy kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy. Potem to zachowanie przy jego byłej.. no i teraz.
Za dużo wiedziałam by nic nie podejrzewać. Moje życie było pozbawione zaufania do obcych, w sumie co do rodziny też. Każdy mógł stać się potworem albo zdradzić. Miałam za bardzo niestabilne życie by nie zaprzątać sobie różnymi sprawami głowy.
Kiedy się rozłączył uruchomiłam swój laptop i zaczęłam przeglądać monitoring. Na mapach odkryłam że wokoło placu zabaw są kamery. Potrzebowałam tylko zdobyć nagrania.
Laptop którego posiadałam był na to za słaby, swój lepszy zostawiłam w domu rodzinnym.
Musiałam poradzić sobie w inny sposób.
Wybrałam się do miejskiego urzędu. Odnalazłam gabinet burmistrza. Niedaleko były pokoje ochrony. To pewnie tam były nagrania.
Na moje szczęście nikt nie kręcił się po korytarzach. Podeszłam do drzwi pokoju ochrony i nasłuchiwałam. Słyszałam szmery więc na pewno ktoś tam był. Włamanie nie wchodziło w grę. Musiałam podziałać inaczej.
Zanim zapukałam do gabinetu burmistrza pomyślałam o tym że James nie chciał bym się w to mieszała. Nie rozumiałam, zastanawiałam się dlaczego nie chce pomocy. Gdyby mojemu dziecku coś się stało zrobiłabym wszystko by je odnaleźć.
Zapukałam i weszłam. Przy biurku siedziała zapewne sekretarka.
-Dzień dobry, nazywam się Monika Marels. Mogłabym porozmawiać z burmistrzem?-nie wiem skąd wytrzasnęłam to imię i nazwisko..

-Pan burmistrz jest bardzo zajęty. Może coś mu przekazać?-zapytała starsza kobieta.
-Jestem studentką i mamy projekt dotyczący naszej miejscowości. Zajęłabym dosłownie chwilkę. -uśmiechnęłam się przyjaźnie.
-Chwileczkę.
Poszła do gabinetu burmistrza i po chwili wróciła.
-Ma Pani dosłownie dwie minutki.
-Dziękuję.-powiedziałam i przeszłam do głównego biura burmistrza.
Był to starszy facet. Nie miał smukłej figury ani bujnych włosów. Powiedziałabym wręcz że lubi zjeść i nie musi inwestować w szampon.
-Tak?
-Bardzo Panu dziękuję za poświęcony mi czas. Miałabym tylko małą prośbę. Robię projekt dotyczący bezpieczeństwa miasta i bardzo przydatne okazałoby się skorzystanie z miejskiego monitoringu.
-Nie mogę Pani bez powodu udzielić dostępu.
-Rozumiem.. mogłam się tego spodziewać.-powiedziałam bardzo smutnym głosem.-Miałam jednak nadzieję że się uda.. Wie Pan uwielbiam to miasto i uważam że jest Pan najlepszym burmistrzem. Odkąd tylko przyjechałam tu na studia zakochałam się w tym miejscu. Ten projekt jest bardzo ważny, dzięki niemu napłynęłoby na pewno więcej turystów dzięki czemu polepszyłaby się gospodarka a i nie tylko..
-A możesz mi powiedzieć coś więcej o sobie i tym projekcie?
Zaczęłam ostro zmyślać i bajerować. W końcu po dłuższej rozmowie udało mi się i dostałam pozwolenie na obejrzenie monitoringu.
Uwielbiałam pracę w terenie. Poczułam się jak za starych dobrych czasów kiedy zawsze dostawałam to czego chciałam.
Ochrona nie marudziła kiedy poszłam do nich. Wydawało mi się że nawet są zadowoleni z powodu oderwania od monotonnej pracy. Studentka? Zawsze to jakaś odmiana.
Przejrzałam monitoring udając że nie szukam niczego konkretnego. Od czasu do czasu udawałam zafascynowanie.
Po około 20 minutach zlazłam a raczej nie znalazłam tego co chciałam.
Widziałam plac zabaw, matkę małej i samą Lily. Bawiła się grzecznie. Po chwili pojawiły się zakłócenia a kiedy kamera zaczęła działać małej już nie było.
Cofnęłam nagranie i zaczęłam szukać zmiennych czynników.
Dzieci, pies na smyczy prowadzony przez jaka babcie. Dziadek dokarmiający w oddali kaczki z wnuczkiem.
Myślałam już że nic nie znajdę kiedy zobaczyłam między drzewami jakiś cień który wraz z Lily znika. To musiał być porywacz.
Poprosiłam o wydruk zatrzymanego momentu jak i dla nie poznaki kilku innych z innych miejsc. PO wszystkim podziękowałam z uśmiechem i wyszłam.
Niby to zdjęcie nie wnosiło nic konkretnego jednak miałam pomysł. Potrzebowałam tylko czasu i miałam nadzieję że mała wytrzyma tam gdzie jest.
Z tyłu głowy nawet miałam myśl by zadzwonić do rodziny. Pomogli by pod warunkiem że wróciłabym do domu... Nie chciałam tego ale też nie chciałam by Lily coś się stało.
poniedziałek, 8 października 2018
Od Jamesa
Powołałem wszystkie grupy na terenie i poza by pomogły mi w poszukiwaniu Lily. Każdy przystał na tę sytuację i na moją prośbę. W kodeksie z którym również bliżej się zapoznałem wcześniej była wzmianka, że jeżeli zaginie ktokolwiek w niewyjaśnionych okolicznościach, oczywiście z rodziny i tym bardziej dziecko najbliższe jednostki muszą stawić się do pomocy. Jednak mój dziadek był szanowanym szefem grupy, miał kontakty, gdy tylko rozeszła się wiadomość, że zastąpiłem go nie mieli wyboru. Byłem im naprawdę wdzięczny za samą pomoc. Jednak bez małej wariowałem. Było ze mną źle.
Siedziałem w domu próbując ustalić po zapachu Lil ślad, cokolwiek. Jednak to nie takie proste, nie jestem aż tak zespolony ze swoim prawdziwym ja, od ostatniego użytku minęło parę dni a wraz z nimi ani śladu po Lily. Załamywałem się, nikogo nie chciałem widzieć i chciałem szukać na własną rękę córki, dziadek zabraniał mi wychodzić, miał się tym zająć. Ale nie mogłem się tak zachować, wyręczać się kimś, jestem szefem oddziału, dokładam swoją cegiełkę do czegoś wielkiego, a to pomoże mi znaleźć małą. Julie też nie dawała mi spokoju, ale z nią nie miałem zamiaru rozmawiać.
-Halo? - odebrałem telefon i usłyszałem znajomy głos.
-James! Jezu, do ciebie się dodzwonić...
-N...Nadia? Skąd ty...
-Uwierz, jestem niezła w stalkowaniu. Co z tobą? Miałeś się odzywać, chcę ci pomóc...
-Nie będę cię angażował. To niebezpieczne.
-Daj spokój... Pomogę, naprawdę...
-Nie! - uniosłem głos wpatrując się w mapę, czyszcząc bronie.
-Jesteś pijany? Serio?
-Nie... - odburknąłem jednocześnie biorąc łyka piwa. - Ja nie piję.
-James...
Może jednak ją weźmiemy, hm?
Usłyszałem demoniczny, dziwny, przerażający głos dookoła siebie. Odwróciłem się nagle z bronią w ręku celując do pustej przestrzeni. Obejrzałem się, garaż był pusty.
-James? Co się dzieje?
-Kim jesteś?
-Co? - dopytywała się Nadia.
-Nie do ciebie mówiłem... przepraszam.
-A do kogo?
-Nic... przesłyszało mi się.
Nie, James. Nie przesłyszało ci się.
-Co jest... - szepnąłem. - Nadia, muszę kończyć...
-Ale...
Rozłączyłem się i z bronią przeszukiwałem pomieszczenie. Nagle usłyszałem śmiech.
Celujesz do powietrza? Naprawdę nie wiesz, z kim rozmawiasz?
-Pokaż się!
Naprawdę tego chcesz, James? Chcesz zobaczyć samego siebie?
-Co jest do cholery?! - złapałem się za głowę upuszczając broń.
James, to ja. Venom. Twoja zła strona która po czasie odzyskała siły, jestem głodny, James. Może zabierzesz mnie na małe... łowy? - zaśmiał się.
-Ty jesteś we mnie?!
Pokażę ci, kim jesteś. Kim MY jesteśmy. Chcesz? Tylko poproś, a pomogę odzyskać Lily.
-Nie wierzę ci!
Hmm... to tracisz szansę na odzyskanie córki.
-Opuścisz mnie, gdy ją znajdę.
Roześmiał się, po czym wziął głęboki wdech.
Oj James,James, wiele muszę cię nauczyć... o nas. Odzyskamy Lily a potem zrobisz o co poproszę. Jestem głodny, jeśli mam ci pomóc... musisz kogoś zabić.
-Oszalałeś...
Możemy się dogadać, James.
-Dobra... niech będzie.
I zmieniłem się... w to coś.
W pogoni za samochodem, który uciekał przez lasy nie dało się zmęczyć. Czułem taką siłę, podobało mi się to. Potwór który był we mnie to Venom, rasa, która pochodzi od demonów, jednak to przyziemne stworzenia. Potrafią wniknąć, zasiedlić się w ciele człowieka, w tzw, żywicielu. Żywiciel to dla Venoma osoba, która pozwala mu pożywić się, nakarmić poprzez wykorzystywanie całego organizmu człowieka. Nie szkodzi to zdrowiu, jednak jest obrzydliwe. Ja umiem panować nad Venomem, jednak... tym razem to było coś innego. Można stać się jednością, mieć władzę nad sobą tak silną, że dusza prawdziwego demona odchodzi zostawiając we mnie gen obcy, nadnaturalny. Jednak do tego nie doszedł nikt...bo nikt nie przeżył tak długo jak ja.
Dorwałem kolesia uciekającego w aucie.
-Czym ty jesteś?! - wykrzyczał.
-Gdzie jest Lily. - wypowiedziałem to głosem i ciałem potwora jakim byłem.
-Jaka kurwa Lily!?
-Uważaj na słowa... zaraz inaczej się zabawimy. Wiesz jak? - pokiwał w panice głową. Złapałem go za szmaty. - Połamię ci wszystkie kończyny, odgryzę każdą po kolei... mmm...
Po chwili dostałem kilka strzałów, jednak nie od łowców. Policja. Pociski nic mi nie zagrażały, żadne. Nawet te łowcze. Mnie może zabić tylko światło ultrafioletu. Tylko i wyłącznie, lub poważnie zranić.
Gdy rzuciłem faceta w mur budynku i widziałem krzyki ludzi nagle coś mnie tknęło.\
Venom, uciekajmy stąd.
-Nie! Jestem głodny, wybacz...
Rzuciłem się w wir walki i zabijałem każdego człowieka który strzelał do mnie. Gdy po chwili usłyszałem płacz Lily...
Poczułem bolesne pieczenie, zmieniłem się w człowieka i upadłem na ziemię. Jeszcze żywy, poobijany łysy koleś, który stał za grupą ludzi która porwała moje dziecko podszedł do mnie i nachylił się.
-Przydałoby ci się twoje dna w laboratorium... Pakować go! - krzyknął do ludzi w ciężarówce.
Czułem, jak umieram, jak moje nogi są połamane... nie mogłem nawet oddychać spokojnie.
Po chwili Venom zaczął mnie uleczać, goić rany i złamania...
-Już nie żyjesz. - odgryzłem mu głowę, po czym wyrwałem drzwi auta... jednak w środku był głośnik przenośny z nagraniem Lily.
-Odwrócił naszą uwagę. - zauważył Venom.
Brawo, Sherlocku. Dalej, musimy znaleźć Lily.
-Łowcy będą... się... niepokoić... odkryją cię...
Cholera... - przeklnąłem pod nosem i ulotniłem się zanim zbiegła się telewizja na zjawisko i ktokolwiek zdążył mnie zobaczyć. Siła demona przyda mi się nawet i na własność, jednak to opanuję z czasem... Najpierw Lily.
Siedziałem w domu próbując ustalić po zapachu Lil ślad, cokolwiek. Jednak to nie takie proste, nie jestem aż tak zespolony ze swoim prawdziwym ja, od ostatniego użytku minęło parę dni a wraz z nimi ani śladu po Lily. Załamywałem się, nikogo nie chciałem widzieć i chciałem szukać na własną rękę córki, dziadek zabraniał mi wychodzić, miał się tym zająć. Ale nie mogłem się tak zachować, wyręczać się kimś, jestem szefem oddziału, dokładam swoją cegiełkę do czegoś wielkiego, a to pomoże mi znaleźć małą. Julie też nie dawała mi spokoju, ale z nią nie miałem zamiaru rozmawiać.
-Halo? - odebrałem telefon i usłyszałem znajomy głos.
-James! Jezu, do ciebie się dodzwonić...
-N...Nadia? Skąd ty...
-Uwierz, jestem niezła w stalkowaniu. Co z tobą? Miałeś się odzywać, chcę ci pomóc...
-Nie będę cię angażował. To niebezpieczne.
-Daj spokój... Pomogę, naprawdę...
-Nie! - uniosłem głos wpatrując się w mapę, czyszcząc bronie.
-Jesteś pijany? Serio?
-Nie... - odburknąłem jednocześnie biorąc łyka piwa. - Ja nie piję.
-James...
Może jednak ją weźmiemy, hm?
Usłyszałem demoniczny, dziwny, przerażający głos dookoła siebie. Odwróciłem się nagle z bronią w ręku celując do pustej przestrzeni. Obejrzałem się, garaż był pusty.
-James? Co się dzieje?
-Kim jesteś?
-Co? - dopytywała się Nadia.
-Nie do ciebie mówiłem... przepraszam.
-A do kogo?
-Nic... przesłyszało mi się.
Nie, James. Nie przesłyszało ci się.
-Co jest... - szepnąłem. - Nadia, muszę kończyć...
-Ale...
Rozłączyłem się i z bronią przeszukiwałem pomieszczenie. Nagle usłyszałem śmiech.
Celujesz do powietrza? Naprawdę nie wiesz, z kim rozmawiasz?
-Pokaż się!
Naprawdę tego chcesz, James? Chcesz zobaczyć samego siebie?
-Co jest do cholery?! - złapałem się za głowę upuszczając broń.
James, to ja. Venom. Twoja zła strona która po czasie odzyskała siły, jestem głodny, James. Może zabierzesz mnie na małe... łowy? - zaśmiał się.
-Ty jesteś we mnie?!
Pokażę ci, kim jesteś. Kim MY jesteśmy. Chcesz? Tylko poproś, a pomogę odzyskać Lily.
-Nie wierzę ci!
Hmm... to tracisz szansę na odzyskanie córki.
-Opuścisz mnie, gdy ją znajdę.
Roześmiał się, po czym wziął głęboki wdech.
Oj James,James, wiele muszę cię nauczyć... o nas. Odzyskamy Lily a potem zrobisz o co poproszę. Jestem głodny, jeśli mam ci pomóc... musisz kogoś zabić.
-Oszalałeś...
Możemy się dogadać, James.
-Dobra... niech będzie.
I zmieniłem się... w to coś.
W pogoni za samochodem, który uciekał przez lasy nie dało się zmęczyć. Czułem taką siłę, podobało mi się to. Potwór który był we mnie to Venom, rasa, która pochodzi od demonów, jednak to przyziemne stworzenia. Potrafią wniknąć, zasiedlić się w ciele człowieka, w tzw, żywicielu. Żywiciel to dla Venoma osoba, która pozwala mu pożywić się, nakarmić poprzez wykorzystywanie całego organizmu człowieka. Nie szkodzi to zdrowiu, jednak jest obrzydliwe. Ja umiem panować nad Venomem, jednak... tym razem to było coś innego. Można stać się jednością, mieć władzę nad sobą tak silną, że dusza prawdziwego demona odchodzi zostawiając we mnie gen obcy, nadnaturalny. Jednak do tego nie doszedł nikt...bo nikt nie przeżył tak długo jak ja.
Dorwałem kolesia uciekającego w aucie.
-Czym ty jesteś?! - wykrzyczał.
-Gdzie jest Lily. - wypowiedziałem to głosem i ciałem potwora jakim byłem.
-Jaka kurwa Lily!?
-Uważaj na słowa... zaraz inaczej się zabawimy. Wiesz jak? - pokiwał w panice głową. Złapałem go za szmaty. - Połamię ci wszystkie kończyny, odgryzę każdą po kolei... mmm...
Po chwili dostałem kilka strzałów, jednak nie od łowców. Policja. Pociski nic mi nie zagrażały, żadne. Nawet te łowcze. Mnie może zabić tylko światło ultrafioletu. Tylko i wyłącznie, lub poważnie zranić.
Gdy rzuciłem faceta w mur budynku i widziałem krzyki ludzi nagle coś mnie tknęło.\
Venom, uciekajmy stąd.
-Nie! Jestem głodny, wybacz...
Rzuciłem się w wir walki i zabijałem każdego człowieka który strzelał do mnie. Gdy po chwili usłyszałem płacz Lily...
Poczułem bolesne pieczenie, zmieniłem się w człowieka i upadłem na ziemię. Jeszcze żywy, poobijany łysy koleś, który stał za grupą ludzi która porwała moje dziecko podszedł do mnie i nachylił się.
-Przydałoby ci się twoje dna w laboratorium... Pakować go! - krzyknął do ludzi w ciężarówce.
Czułem, jak umieram, jak moje nogi są połamane... nie mogłem nawet oddychać spokojnie.
Po chwili Venom zaczął mnie uleczać, goić rany i złamania...
-Już nie żyjesz. - odgryzłem mu głowę, po czym wyrwałem drzwi auta... jednak w środku był głośnik przenośny z nagraniem Lily.
-Odwrócił naszą uwagę. - zauważył Venom.
Brawo, Sherlocku. Dalej, musimy znaleźć Lily.
-Łowcy będą... się... niepokoić... odkryją cię...
Cholera... - przeklnąłem pod nosem i ulotniłem się zanim zbiegła się telewizja na zjawisko i ktokolwiek zdążył mnie zobaczyć. Siła demona przyda mi się nawet i na własność, jednak to opanuję z czasem... Najpierw Lily.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)















