niedziela, 21 października 2018

Od Kate

   Odwiedziłam mamę w szpitalu. Pierwszy raz odkąd tu trafiła. Nie miałam odwagi tego zrobić, mama była dla mnie jak najlepsza przyjaciółka... zawsze. Odkąd zachorowała codziennie u niej jestem nawet gdy godziny odwiedzin dobiegają końca mogę siedzieć do rana. Tata ciężko to znosił, a Louis... nie rozumiał tak naprawdę czemu ''mama nie wraca do domu na noc''... i nie wróci.
   Pogodziłam się z tym jak i ojciec, że mama ma zaawansowane stadium raka. Choroba zbyt szybko się pogłębia i nie ma na to rady... płakałam tylko wtedy, gdy spała. Pomagałam jej poczuć się normalnie mimo powoli wypadających włosów przez cholerną chemię, cera niemal całkowicie uległa zniszczeniu. Starałam się poprawić jej humor, robiąc jej delikatny naturalny makijaż jednak nawet to nie pomagało. Mama starała się mnie uspokoić, śmiałyśmy się i żartowałyśmy, jednak mi było ciężko. Tata rozbawiał ją za każdym razem gdy tu był, starał się być twardy i pokazać mi i mojemu bratu że jest dobrze... ale nie było.
   Było już naprawdę późno, rano musiałam iść do szkoły jednak ze szpitala to tylko trzy przecznice stąd, więc dojadę autobusem. Nie chciałam jej opuszczać, musiałam... musiałam nacieszyć się widokiem mamy dopóki jeszcze mam okazję...
   Wyszłam z jej sali nie budząc jej, puszczając jej zimną dłoń. Musiałam napić się czegoś ciepłego, gdy doszłam do automatu i wrzuciłam drobne usłyszałam dreptanie, był to Lee.
-Jak się trzymasz? Wiem, gówniane pytanie... - westchnął z lekkim uśmiechem.
-Dobrze. - odparłam ze zniesmaczoną miną. - Jest późno, co tu robisz?
-Chciałem cię wesprzeć... jakkolwiek.
-Dzięki... - pokiwałam głową czekając przy automacie na kawę.











-A twoja mama jak się trzyma?
   Mama była dla niego jak dobra ciotka, a dla jego mamy jak siostra. Nasze rodziny były zupełnie różne, jednak przyjaźnili się od liceum... jak nie od gimnazjum.
-Odwiozę cię do szkoły rano.
-Nie, poradzę sobie Lee..
-Nie chce mi się wracać do domu i oglądać, jak Flynn sprowadza do domu kolejne panienki.
   Noah był jego starszym bratem, o rok starszym od nas. Gra w drużynie footballowej, jest najprzystojniejszym chłopakiem w szkole i każda laska da wszystko, by... tu zostawię to bez komentarza.
  Wzięłam kawę z automatu i usiadłam obok Lee na krześle.
-Tak naprawdę to... nie wiem co mam myśleć. Jestem tak zagubiona...
-A ja nie wiem co ci powiedzieć, bo znam cię i wiem, że nic ci nie pomoże.
-Kawa pomoże chociaż wytrwać jeszcze sześć godzin do pójścia do szkoły.
-Nie możesz tak, twoja mama by tego nie chciała.
-Wiem, Lee, ale myśl, że niedługo w ogóle jej nie zobaczę... - westchnęłam i wzięłam łyk kawy. - Ale chyba nie tylko ze względu na mnie tu jesteś? - uśmiechnęłam się lekko, spoglądając na niego badawczo.
-Flynn... znów wszczyna bójki w szkole.
-I co...?
-I to, że mogą go wyrzucić. Gra w najlepszej drużynie, na najlepszym miejscu, dobrze w miare się uczy... Ostatniego czasu coś... coś z nim nie tak...
-Taki już jest. - wzruszyłam ramionami. - Znam go tyle co ty, od piaskownicy się znamy, od kołyski. Na jednej sali porodowej ja i ty... - zaśmialiśmy się.
-Dobrze, że cię mam, zołzo.
-Idę do mamy... jedź do domu...
-Poczekam.


   Rano mama gdy otworzyła oczy, ja byłam. Za dwadzieścia minut Lee i ja mieliśmy jechać do szkoły. Mama uśmiechnęła się i spojrzała na mnie zaskoczona.
-Ty nie w szkole?
-Spokojnie, zaraz jadę. - uśmiechnęłam się do niej.
-Kocham Cię, Kate.











-Ja ciebie też, mamo... Świetnie wyglądasz bez tego makijażu. - pocałowałam ją w czoło.
  Wyszłam i wsiadłam do samochodu przyjaciela i pojechaliśmy do szkoły. Gdy wysiadłam z auta, zauważyłam jak Flynn zsiada z motocyklu i idzie w stronę budynku. Każda laska patrzyła na niego jak na boga, tak naprawdę był przystojny, bardzo... jednak... zasada z Lee dla mnie była świętością. ''Nie wolno umawiać się z członkami rodziny ani najbliższym przyjacielem''. Lee nie miał łatwo, moja przyjaciółka Halsey również mu się podobała, należała do grupy tanecznej i samorządu szkolnego. Jednak cóż, zasady to zasady. Zawsze sobie je wypominaliśmy.
   Poszliśmy do klasy i tam kompletnie się wyłączyłam. Sprawa z mamą dobijała mnie każdego dnia...




środa, 10 października 2018

Od Nadii

James zachowywał się bardzo dziwnie. Rozumiałam że porwano mu córkę jednak nawet jak na te okoliczności zachowywał się nad wyraz dziwacznie. Zaczynałam się nawet zastanawiać... nie.. no ale przecież to możliwe?
Pamiętam co powiedział do kogoś przez telefon wtedy kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy. Potem to zachowanie przy jego byłej.. no i teraz.
Za dużo wiedziałam by nic nie podejrzewać. Moje życie było pozbawione zaufania do obcych, w sumie co do rodziny też. Każdy mógł stać się potworem albo zdradzić. Miałam za bardzo niestabilne życie by nie zaprzątać sobie różnymi sprawami głowy.
Kiedy się rozłączył uruchomiłam swój laptop i zaczęłam przeglądać monitoring. Na mapach odkryłam że wokoło placu zabaw są kamery. Potrzebowałam tylko zdobyć nagrania.
Laptop którego posiadałam był na to za słaby, swój lepszy zostawiłam w domu rodzinnym.
Musiałam poradzić sobie w inny sposób.
Wybrałam się do miejskiego urzędu. Odnalazłam gabinet burmistrza. Niedaleko były pokoje ochrony. To pewnie tam były nagrania.
Na moje szczęście nikt nie kręcił się po korytarzach. Podeszłam do drzwi pokoju ochrony i nasłuchiwałam. Słyszałam szmery więc na pewno ktoś tam był. Włamanie nie wchodziło w grę. Musiałam podziałać inaczej.
Zanim zapukałam do gabinetu burmistrza pomyślałam o tym że James nie chciał bym się w to mieszała. Nie rozumiałam, zastanawiałam się dlaczego nie chce pomocy. Gdyby mojemu dziecku coś się stało zrobiłabym wszystko by je odnaleźć.
Zapukałam i weszłam. Przy biurku siedziała zapewne sekretarka.
-Dzień dobry, nazywam się Monika Marels. Mogłabym porozmawiać z burmistrzem?-nie wiem skąd wytrzasnęłam to imię i nazwisko..

Podobny obraz

-Pan burmistrz jest bardzo zajęty. Może coś mu przekazać?-zapytała starsza kobieta.
-Jestem studentką i mamy projekt dotyczący naszej miejscowości. Zajęłabym dosłownie chwilkę. -uśmiechnęłam się przyjaźnie.
-Chwileczkę.
Poszła do gabinetu burmistrza i po chwili wróciła.
-Ma Pani dosłownie dwie minutki.
-Dziękuję.-powiedziałam i przeszłam do głównego biura burmistrza.
Był to starszy facet. Nie miał smukłej figury ani bujnych włosów. Powiedziałabym wręcz że lubi zjeść i nie musi inwestować w szampon.
-Tak?
-Bardzo Panu dziękuję za poświęcony mi czas. Miałabym tylko małą prośbę. Robię projekt dotyczący bezpieczeństwa miasta i bardzo przydatne okazałoby się skorzystanie z miejskiego monitoringu.
-Nie mogę Pani bez powodu udzielić dostępu.
-Rozumiem.. mogłam się tego spodziewać.-powiedziałam bardzo smutnym głosem.-Miałam jednak nadzieję że się uda.. Wie Pan uwielbiam to miasto i uważam że jest Pan najlepszym burmistrzem. Odkąd tylko przyjechałam tu na studia zakochałam się w tym miejscu. Ten projekt jest bardzo ważny, dzięki niemu napłynęłoby na pewno więcej turystów dzięki czemu polepszyłaby się gospodarka a i nie tylko..
-A możesz mi powiedzieć coś więcej o sobie i tym projekcie?
Zaczęłam ostro zmyślać i bajerować. W końcu po dłuższej rozmowie udało mi się i dostałam pozwolenie na obejrzenie monitoringu.
Uwielbiałam pracę w terenie. Poczułam się jak za starych dobrych czasów kiedy zawsze dostawałam to czego chciałam.
Ochrona nie marudziła kiedy poszłam do nich. Wydawało mi się że nawet są zadowoleni z powodu oderwania od monotonnej pracy. Studentka? Zawsze to jakaś odmiana.
Przejrzałam monitoring udając że nie szukam niczego konkretnego. Od czasu do czasu udawałam zafascynowanie. 
Po około 20 minutach zlazłam a raczej nie znalazłam tego co chciałam.
Widziałam plac zabaw, matkę małej i samą Lily. Bawiła się grzecznie. Po chwili pojawiły się zakłócenia a kiedy kamera zaczęła działać małej już nie było.
Cofnęłam nagranie i zaczęłam szukać zmiennych czynników.
Dzieci, pies na smyczy prowadzony przez jaka babcie. Dziadek dokarmiający w oddali kaczki z wnuczkiem.
Myślałam już że nic nie znajdę kiedy zobaczyłam między drzewami jakiś cień który wraz z Lily znika. To musiał być porywacz.
Poprosiłam o wydruk zatrzymanego momentu jak i dla nie poznaki kilku innych z innych miejsc. PO wszystkim podziękowałam z uśmiechem i wyszłam.
Niby to zdjęcie nie wnosiło nic konkretnego jednak miałam pomysł. Potrzebowałam tylko czasu i miałam nadzieję że mała wytrzyma tam gdzie jest.
Z tyłu głowy nawet miałam myśl by zadzwonić do rodziny. Pomogli by pod warunkiem że wróciłabym do domu... Nie chciałam tego ale też nie chciałam by Lily coś się stało.

poniedziałek, 8 października 2018

Od Jamesa

   Powołałem wszystkie grupy na terenie i poza by pomogły mi w poszukiwaniu Lily. Każdy przystał na tę sytuację i na moją prośbę. W kodeksie z którym również bliżej się zapoznałem wcześniej była wzmianka, że jeżeli zaginie ktokolwiek w niewyjaśnionych okolicznościach, oczywiście z rodziny i tym bardziej dziecko najbliższe jednostki muszą stawić się do pomocy. Jednak mój dziadek był szanowanym szefem grupy, miał kontakty, gdy tylko rozeszła się wiadomość, że zastąpiłem go nie mieli wyboru. Byłem im naprawdę wdzięczny za samą pomoc. Jednak bez małej wariowałem. Było ze mną źle.
   Siedziałem w domu próbując ustalić po zapachu Lil ślad, cokolwiek. Jednak to nie takie proste, nie jestem aż tak zespolony ze swoim prawdziwym ja, od ostatniego użytku minęło parę dni a wraz z nimi ani śladu po Lily. Załamywałem się, nikogo nie chciałem widzieć i chciałem szukać na własną rękę córki, dziadek zabraniał mi wychodzić, miał się tym zająć. Ale nie mogłem się tak zachować, wyręczać się kimś, jestem szefem oddziału, dokładam swoją cegiełkę do czegoś wielkiego, a to pomoże mi znaleźć małą. Julie też nie dawała mi spokoju, ale z nią nie miałem zamiaru rozmawiać.
-Halo? - odebrałem telefon i usłyszałem znajomy głos.
-James! Jezu, do ciebie się dodzwonić...
-N...Nadia? Skąd ty...
-Uwierz, jestem niezła w stalkowaniu. Co z tobą? Miałeś się odzywać, chcę ci pomóc...
-Nie będę cię angażował. To niebezpieczne.
-Daj spokój... Pomogę, naprawdę...
-Nie! - uniosłem głos wpatrując się w mapę, czyszcząc bronie.
-Jesteś pijany? Serio?
-Nie... - odburknąłem jednocześnie biorąc łyka piwa. - Ja nie piję.
-James...
   Może jednak ją weźmiemy, hm? 
   Usłyszałem demoniczny, dziwny, przerażający głos dookoła siebie. Odwróciłem się nagle z bronią w ręku celując do pustej przestrzeni. Obejrzałem się, garaż był pusty.
-James? Co się dzieje?
-Kim jesteś?
-Co? - dopytywała się Nadia.
-Nie do ciebie mówiłem... przepraszam.
-A do kogo?
-Nic... przesłyszało mi się.
   Nie, James. Nie przesłyszało ci się. 
-Co jest... - szepnąłem. - Nadia, muszę kończyć...
-Ale...
  Rozłączyłem się i z bronią przeszukiwałem pomieszczenie. Nagle usłyszałem śmiech.
   Celujesz do powietrza? Naprawdę nie wiesz, z kim rozmawiasz?
-Pokaż się!
   Naprawdę tego chcesz, James? Chcesz zobaczyć samego siebie? 
-Co jest do cholery?! - złapałem się za głowę upuszczając broń.
   James, to ja. Venom. Twoja zła strona która po czasie odzyskała siły, jestem głodny, James. Może zabierzesz mnie na małe... łowy? - zaśmiał się.
-Ty jesteś we mnie?!
   Pokażę ci, kim jesteś. Kim MY jesteśmy. Chcesz? Tylko poproś, a pomogę odzyskać Lily. 
-Nie wierzę ci!
   Hmm... to tracisz szansę na odzyskanie córki. 
-Opuścisz mnie, gdy ją znajdę.
   Roześmiał się, po czym wziął głęboki wdech.
   Oj James,James, wiele muszę cię nauczyć... o nas. Odzyskamy Lily a potem zrobisz o co poproszę. Jestem głodny, jeśli mam ci pomóc... musisz kogoś zabić. 
-Oszalałeś...
   Możemy się dogadać, James. 
-Dobra... niech będzie.
   I zmieniłem się... w to coś.


   W pogoni za samochodem, który uciekał przez lasy nie dało się zmęczyć. Czułem taką siłę, podobało mi się to. Potwór który był we mnie to Venom, rasa, która pochodzi od demonów, jednak to przyziemne stworzenia. Potrafią wniknąć, zasiedlić się w ciele człowieka, w tzw, żywicielu. Żywiciel to dla Venoma osoba, która pozwala mu pożywić się, nakarmić poprzez wykorzystywanie całego organizmu człowieka. Nie szkodzi to zdrowiu, jednak jest obrzydliwe. Ja umiem panować nad Venomem, jednak... tym razem to było coś innego. Można stać się jednością, mieć władzę nad sobą tak silną, że dusza prawdziwego demona odchodzi zostawiając we mnie gen obcy, nadnaturalny. Jednak do tego nie doszedł nikt...bo nikt nie przeżył tak długo jak ja.
   Dorwałem kolesia uciekającego w aucie.
-Czym ty jesteś?! - wykrzyczał.
-Gdzie jest Lily. - wypowiedziałem to głosem i ciałem potwora jakim byłem.
-Jaka kurwa Lily!?
-Uważaj na słowa... zaraz inaczej się zabawimy. Wiesz jak? - pokiwał w panice głową. Złapałem go za szmaty. - Połamię ci wszystkie kończyny, odgryzę każdą po kolei... mmm...











   Po chwili dostałem kilka strzałów, jednak nie od łowców. Policja. Pociski nic mi nie zagrażały, żadne. Nawet te łowcze. Mnie może zabić tylko światło ultrafioletu. Tylko i wyłącznie, lub poważnie zranić.
   Gdy rzuciłem faceta w mur budynku i widziałem krzyki ludzi nagle coś mnie tknęło.\
   Venom, uciekajmy stąd. 
-Nie! Jestem głodny, wybacz...
   Rzuciłem się w wir walki i zabijałem każdego człowieka który strzelał do mnie. Gdy po chwili usłyszałem płacz Lily...
   Poczułem bolesne pieczenie, zmieniłem się w człowieka i upadłem na ziemię. Jeszcze żywy, poobijany łysy koleś, który stał za grupą ludzi która porwała moje dziecko podszedł do mnie i nachylił się.
-Przydałoby ci się twoje dna w laboratorium... Pakować go! - krzyknął do ludzi w ciężarówce.
   Czułem, jak umieram, jak moje nogi są połamane... nie mogłem nawet oddychać spokojnie.
   Po chwili Venom zaczął mnie uleczać, goić rany i złamania...













-Już nie żyjesz. - odgryzłem mu głowę, po czym wyrwałem drzwi auta... jednak w środku był głośnik przenośny z nagraniem Lily.
-Odwrócił naszą uwagę. - zauważył Venom.
   Brawo, Sherlocku. Dalej, musimy znaleźć Lily. 
-Łowcy będą... się... niepokoić... odkryją cię...
   Cholera... - przeklnąłem pod nosem i ulotniłem się zanim zbiegła się telewizja na zjawisko i ktokolwiek zdążył mnie zobaczyć. Siła demona przyda mi się nawet i na własność, jednak to opanuję z czasem... Najpierw Lily.

środa, 3 października 2018

Od Jamesa

 -Nic szczególnego nie mogę o sobie powiedzieć, jestem nieciekawym gościem z nieciekawą historią...
-A jednak wydaje mi się, że masz o czym opowiadać. - zmrużyła brwi badawczo mi się przyglądając.
-No cóż, jestem słaby w opowieściach ale... zrobię wyjątek. Pewnie zastanawiasz się kim jest Lily dokładnie... otóż jej matka Julie kiedyś była ze mną, miałem plany, wiele kancelarii prawniczych nadane moim nazwiskiem, spore osiągi, wygrane sprawy i mnóstwo dobrych prawników. Chciałem normalne życie, gdy Julie pojawiła się z małą Lil mój świat... przewrócił mi życie do góry nogami. Jednak...
-Co? Co się stało? Wybacz, nie chcę być wścibska ale...
-W porządku. - uśmiechnąłem się. - Zdradziła mnie, wyjeżdżając w delegacje do innego kraju, przyjechała z brzuchem i powiadomiła mnie po paru tygodniach robienia w kulki że to koniec. Zabrała Lily, dla niej było to ciężkie bo uznaje mnie za swojego ojca... a ja ją za córkę. Teraz widuję ją regularnie, jednak cierpię, że nie mogę mieć jej przy sobie. Jej facet to skończony fiut.
   Uśmiechnęła się pocieszycielsko, jednak po chwili spoważniała.
-To musiało być... trudne... Nie wyobrażam sobie czegoś tak potwornego.
-Ale tyle dobrego, że Lily jest po części też dla mnie... chce się widywać, czasem jest ze mną częściej... wiesz, nigdy bym nie pomyślał, że ktoś taki jak ja zapragnie dziecka. Jak... instynkt macierzyński. - zaśmiałem się.












-Rzadko spotykany widok. Zwykle faceci to uciekają od zobowiązań.
-Na swój sposób to prawda, każdy z nas jest taki ale trzeba dorosnąć... albo związać się z kimś. Jednak.. ciągle mam wrażenie, że im bardziej ją wciągam w swoje życie tym bardziej jest zagrożona.
-To znaczy? - ściągnęła brwi.
-Nie ważne... - kelner przerwał nam podając Nadii coś słodkiego i koktajl a mi kawę.
-Ale pracujesz dalej czy...
-Mam jedno życiowe zajęcie a praca... wszystko posypało mi się od chwili odejścia i zdrady Julie. Ale nie ma co się użalać nad sobą. Praca jest ale bardziej skupiam uwagę na małej. Trudno to pogodzić.
-W innej kancelarii?
-Moje przepadły do czasu gdy nie spłacę wszystkich. Cała kasa leci na małą, opłatę domu czy pomoc dziadkom i mamie.
-A tata, jeśli mogę spytać?
-Ojciec odszedł. Kiedyś. Zniknął, tak po prostu. Szmat czasu ale jednak staram się nie być jak on.
-Wiesz, ludzie czasem... znikają. Potrzebują tego lub nie mają wyboru.














-Fakt, masz rację. - przyjrzałem się jej gdy to mówiła, jakby miała gdzieś tam na myśli siebie.
-Jednak Lily jest naprawdę, przynajmniej się wydaje, bardzo pozytywnym dzieciakiem.
-Tak... jest... przecudowna. Szkoda, że nie ma szansy na pełną rodzinę. Ale jest naprawdę idealna. Jak dla każdego ''ojca''. - uśmiechnąłem się.














-Jednak mam przeczucie, że masz tak wiele tajemnic, że można by słuchać godzinami. - odparła po chwili milczenia.
   Zaskoczony, jednak po chwili zreflektowałem się.
-Tajemnicą jest, którą mogę ci wyjawić to taka, że mam motocykl i kiedyś prawie się na nim zabiłem.
-Niezły żart. - parsknęła.
-Poważnie! - zaśmiałem się. - Kiedyś jechałem po lasach i wybiegła mi jakaś monstrualna sarenka.
   Zaczęła się śmiać nie mogąc przełknąć koktajlu.
-To straszna historia. - udawała przerażoną.
   Poczułem wibracje w prawej kieszeni kurtki, spojrzałem na wyśwetlacz.
-Julie, muszę odebrać to może chodzić o Lily.
-Jasne.
-James. - odezwałem się i usłyszałem paniczny ton byłej. - Co się stało? Julie...?
-Ja nie zauważyłam... ona...
-Julie do cholery! - krzyknąłem, powstrzymując się by nie zwrócić na siebie uwagi klientów.
-Lily... ona... była na placu zabaw przed blokiem... ja odebrałam telefon od Caroline i... ona... odwróciłam się dosłownie, przysięgam, na sekundę... to może być sprawka... James...
-Zaraz będę. Stój tam gdzie stoisz. - odparłem roztrzęsiony i rozłączyłem się. - Odwiozę cię, kawiarnia to kawałek drogi. Wybacz.
   Wstała biorąc szybką łyżeczkę lodów. Położyłem pieniądze na stole i wyszliśmy.
-Dojdę sama, nie ma probl...
-Wsiadaj, proszę. - złagodziłem ton jak umiałem, po czym zrobiła to o co poprosiłem. Jechałem naprawdę szybko, byle by dojechać na miejsce. - Daj mi chwilę... dobra?
-Co się stało?
  Wysiadłem i nie zdążyłem jej odpowiedzieć. Po chwili gdy kłóciłem się z Julie rozwścieczony Nadia wysiadła z auta.
-Lily została porwana przez te potwory, tak?! To przez ciebie, twoja wina!
-Co się stało? - spytała Nadia podchodząc do nas.
-Kto to jest!? - wycedziła Julie.
-Nie twój interes, jak to wyglądało, po kolei!
-Mówiłam! Odwróciłam naprawdę na sekundę wzrok...
-Po prostu odeszłaś gadając i zostawiłaś małe dziecko same!?












-James... ja...
   Złapałem ją za głowę, dokładniej czoło i zamknąłem oczy przeszukując jej pamięć. Widziałem najgorsze chwile z jej życia, sprzed sekundy i nawet jak robiła to z...
   Odruchowo odszedłem od niej a Nadia patrzyła na mnie dziwnie.
-Lily zniknęła tak po prostu? - spytała spokojnie, mimo sytuacji.
-Tak.
-To był on.
-Co? KTO, JAMES?!
-Znajdę ją, obiecuję. Przysięgam, Julie. Czekaj w domu i nic nie rób głupiego.
   Wsiadłem z Nadią do samochodu i odjechałem z piskiem opon.
-Pomogę ci... - zaczęła.
-Nie możesz się w to wplątać, uwierz mi.
   Odstawiłem ją pod motel.
-Naprawdę mogę pomóc...
-Nie ryzykuj życia, dobra? Prośba ode mnie. Jesteś fenomenalną dziewczyną, nie psuj sobie życia problemami ludzi... jakoś się złapiemy jeśli zechcesz.
   Wysiadła bez słowa a ja odjechałem... do bazy. Musiałem podjąć wszystkie kroki po Lily. Każdego łowcę zwerbuję. Najlepszych i tych gorszych.

Od Nadii

Wróciłam do motelu. Musiałam koniecznie się przebrać. Nie winiłam małej Lily za to że oblała mnie tą herbatą. Miałam jednak nadzieję że jej brat? ojciec? kimkolwiek był, miałam nadzieję że będzie jej następnym razem lepiej pilnował. Bo co by było jakby siebie oparzyła? No ale na szczęście nic się poważnego nie stało.
Weszłam do łazienki i rozebrałam się. Spojrzałam a oblane miejsca. Były lekko pod czerwienione. Miałam nadzieję że nie pojawią się bąble. Jednak zanim zdążyłam odwrócić wzrok zaczerwienienia znikły.

Podobny obraz

-Cholera..-syknęłam.
Dobrze wiedziałam co to mogło oznaczać. Nie wiem czy miałam nadzieję czy łudziłam się że to nie jest to co z pewnością jest.
Weszłam pod prysznic. Gorąca kąpiel z pewnością pomoże mi chodź na chwilę uspokoić nerwy.
Jednak kiedy tylko zamknęłam oczy zobaczyłam tamtą noc. Mimo iż minęło około 2 miesięcy nadal cierpiałam z tego powodu. To była za świeża rana z której konsekwencjami będę musiała żyć z własnego wyboru.
Spojrzałam na brzuch po którym spływała woda. Uśmiechnęłam się dotykając go.
-Może i będę tego żałować jednak wiem że dobrze postępuję.
Skazałam siebie na wieczne uciekanie, ukrywanie się. Może kiedyś będę mogła spokojnie żyć ale nie szybko. A dlaczego? Bo byłam cholerną córką łowców, w moich żyłach płynęła cholerna czysta krew szlachetnego rodu i przez jedną cholerną noc, przez cholernego potwora a mianowicie wilkołaka za 7 miesięcy mogę spodziewać się dziecka które będzie jednym wielkim przeciwieństwem bo jak można być jednocześnie lwem i owcą? Łowca i wilkołak w jednym? Wyobrażam to sobie..


Wyszłam spod prysznica i wytarłam mokre ciało. Spojrzałam w lustro. Na szczęście jeszcze nie widać brzuszka. Zawsze byłam szczupła i miałam drobną budowę. Śmiesznie będę wyglądała, taki patyczak który połknął ogromny balon.
Uśmiechnęłam się na tę myśl.
-Mam na dzieję że przez ciebie bardzo nie przytyję maluchu.
Nie byłam u żadnego lekarza więc nie wiedziałam czy to chłopiec czy dziewczynka ale i tak było jeszcze za wcześnie.
Robiło się powoli późno a ze względu na to że dziś pełnia wolałam nie wychodzić z pokoju. PO co narażać się nie potrzebnie? Oczywiście ten kto by mnie skrzywdził, w sensie pozbawił życia mógłby się trochę zdziwić. Dlaczego? Mój ród został stworzony setki lat temu przez pewną wiedźmę która chciała pozbyć się wilkołaków, wampirów i innych takich. Wtedy stworzyła dokładnie ośmiu łowców i kazała im się rozejść we wszystkie strony świata. Przeważnie każdy obecnie ród na świecie wywodzi się od jednego takiego łowcy. Jednak mój przodek wtedy został na życzenie wiedźmy. Rzuciła ona na niego coś w stylu klątwy. Na naszych ciałach po zabiciu potwora pojawiał się tatuaż, oczywiście widoczny tylko dla potworów lub innych łowców. Zwykli ludzie go nie widzieli. Za każdą kolejną bestią tatuaż się rozrastał. Jednak to nie wszystko. Kiedy zginiemy z ręki potwora nasz duch nie odchodzi, zostaje przy naszym mordercy by dręczyć go do końca jego dni.
No przynajmniej odnośnie tego drugiego słyszałam tylko opowieści. Nie spotkałam się jeszcze z takim zjawiskiem, no ale nic dziwnego. Nie znam, a raczej nie znałam żadnego łowcy z mojej rodziny który by zginął przez bestię.
Położyłam się wcześniej spać masując odruchowo brzuch.


Rano postawiłam spędzić aktywnie dzień. Ubrałam wygodne ubrania i sportowe buty. Postanowiłam pobiegać. Bo kto powiedział że w ciąży nie wolno chodź trochę poćwiczyć? Nie mówię o przeforsowaniu się ale krótki jogging nie zaszkodzi.
Zamknęłam drzwi i z uśmiechem ruszyłam chodnikiem. Miałam okazję bardziej rozejrzeć się po okolicy.
Po jakimś kilometrze może dwóch wbiegłam do parku. Było tu ślicznie. Postanowiłam odpocząć pod drzewem na ławce. 
Siedziałam kilka minut kiedy ktoś podszedł do mnie. Od razu go poznałam.
-Hej jak tam siostra?
-O hej, Lily? To tak jakby moja córka.
-W takim razie przepraszam, młody jesteś jak na ojca.
-No tak wyszło. Co tu robisz?
-Odpoczywam i podziwiam widoki.
-Widoki? Tutaj? Chyba w ładniejszym miejscu nie byłaś.
-Jest zielono, mała sadzawka, pełno drzew i nawet kilka kaczek się znajdzie. Nie jest tak źle. Miło dla oka przynajmniej. A ty co tu robisz?
-Wybierałem się właśnie do kawiarni. Może byś miała ochotę iść ze mną? Wynagrodził bym ci wczorajszy wypadek.

Podobny obraz

Spojrzałam się na niego lekko zaskoczona propozycją.
-To na prawdę nic takiego.
-Nalegam.
-No dobrze zgodzę się ale pod warunkiem że następnym razem więcej uwagi poświęcisz słodkiej Lily.
-No dobra.-zaśmiał się.
-Prowadź, słabo znam tę okolicę, to dopiero trzeci dzień jak tu jestem.
-A co tu w ogóle robisz?-zapytał kiedy szliśmy chodnikiem.
-Podróżuję.
-I trafiłaś akurat tu? Przecież tu za bardzo nic ciekawego nie ma.
-Po co jeździć w miejsca każdemu znane, gdzie każdy praktycznie był jak można zobaczyć mniejsze ale równie wyjątkowe? Uwielbiam spokój i przyrodę. Tu mi się podoba.
-A pochodzisz z..?
-Jestem rodowitą Rosjanką..
-To stąd ten akcent.. właśnie tak myślałem. A nazywasz się..?
-Petrova.
Kiedy powiedziałam mu nazwisko lekko zmarszczył czoło.
-Dlaczego sama podróżujesz jeśli mogę wiedzieć...-zapytał po chwili.
-Jestem typem samotniczki, a poza tym trochę sytuacja życiowa mnie do tego zmusiła.
-Sytuacja życiowa? Brzmi poważnie.
-Nic wartego wzmianki. -uśmiechnęłam się.
-No i jesteśmy na miejscu.
Otworzył drzwi i przepuścił mnie.
-Jaki dżentelmen-zaśmiałam się.
-W Rosji ich nie ma?
-Ależ są, ale faceci są uprzejmi jak coś chcą wiec?
-Chcę byś wybrała sobie coś do picia i jakiś deser, stawiam.
Usiedliśmy przy stoliku.
-Dobra, a więc koktajl mleczny z truskawkami oraz deser lodowy z bitą śmietaną i rodzynkami. 
-Mm na słodko?-uśmiechnął się.
-Na to mam dziś ochotę, czasem warto osłodzić sobie dzień a może i życie? Ale może ty mi coś o sobie powiesz?-odpowiedziałam z uśmiechem.

Od Jamesa

   W ten dzień pojawiłem się w bazie. Dziadek coraz gorzej się czuł mimo tego, że jest łowcą z krwi i kości. Tyle lat służył jako szef jednej z grup na całym świecie jednak ja czułem, że coś jest nie tak. Baza była głęboko w podziemiach i nikt nie miał tu wstępu, czyste pomieszczenia od demonów, wilkołaków, również innych stworzeń i grup łowczych.
   Gdyby ktokolwiek miałby tu wejść musiałby poinformować nas wcześniej, tajne przejścia i zabezpieczenia grupy tworzą indywidualnie, my jesteśmy nieco... bezlitośni i wielokrotnie ktoś ucierpiał wchodząc nie proszenie. Również i łowcy, którzy przypadkiem natknęli się na naszą bazę którą i tak nie łatwo znaleźć. Większość to zbuntowani, którzy nie mają wstępu do żadnych z baz.
-O co chodzi? - spytałem spoglądając na niezadowolonego Bronxa.
-Twój dziadek ci wyjaśni, co nie, szefie? - odburknął i odszedł kawałek od zebranej sporej grupy.
-Eh... Odchodzę, oczywiście będę nas nadzorował, to nie moje lata na bieganie i strzelanie, jednak przejdę wyżej. Dostałem propozycję na szpiega, od jutra mnie tu nie ujrzycie. Prawdopodobnie nigdy, ale czas pokaże. W każdym razie chciałbym was o tym poinformować osobiście, że będę pełnił tajne funkcje o których nikt nie może wiedzieć. Byliście i jesteście świetną grupą, jednak teraz rząd wyznaczy następcę. Zaakceptujcie to, głosowanie które również za chwilę nastąpi wybierze zwycięzcę bezpowrotnie więc żadnych wygłupów, dzieciaki.
  I czemu do cholery wcześniej mi tego nie powiedział? - pomyślałem. Jednak nie odzywałem się, wszyscy się rozeszli. Bronx był wkurzony, bo mój dziadek to dla nas wszystkich jak świetny szef, jednak ostry, co prawda ale dobry ojciec. Zawsze się z nami liczył i nauczył wielu z nas świetnych rzeczy. Ja po nim mam jedynie umiejętności od dziecka... z biegiem czasu niektóre się uaktywniły i momentami nie kontroluję co robię jako że część mnie to kompletny odpowiednik łowczy.

   Każdy przyłożył dłoń do drzwi które służyły głównie do skanu osoby zarejestrowanej. Działało to poprzez odczyt linii papilarnych. Trwało parę sekund a jednak skuteczne. Wszystkie niezwykłe technologie trafiły do nas dzięki dziadkowi, oczywiście. Modliłem się, by Bronx zastąpił dziadka choć miałoby i to swoje minusy. Prosty powód - jest dość nerwowy i porywczy, jego przekonania na pewno źle wpłynęłyby na grupę aczkolwiek kto wie, jest odpowiedzialny i silny, rodowity, prawdziwy łowca... ma do tego smykałkę.
   Gdy wszyscy się zeskanowali każdy podjął się głosowania po czym na wielkim ekranie pojawił się Szef organizacji, całej ''linki'' grup po całym świecie. Po chwili szybko ogłosił zwycięzcę, dłuższe gadanie wstępne, organizacyjne i nadeszła chwila wyboru. Dziadek nie spoglądał na swojego przyjaciela z branży do którego już jutro trafi, który wyświetlał się na ekranie.
-Wybór był jednogłośny i prosty, kierując się nadzieją, że ta osoba będzie idealnym zastępstwem. James Calvin, gratuluję jako wyższy agent specjalny, korporacja wraz z organizacją przyśle ci współrzędne do następnych działań, dziś twój dziadek przekaże akcje i misje ściśle tajne, a całej grupie dziękuję za głosy, wybraliście, mamy nadzieję, że słusznie.
   Wszyscy wyszli, ja siedziałem sparaliżowany, zostając sam z dziadkiem.
-To nie może tak się skończyć, nie mogę być twoim zastępcą. Nie przez to kim jestem. Mam małą córkę...
-Dasz radę, w moim biurze muszę zmienić kodowanie byś mógł wchodzić i wychodzić spokojnie, natomiast wiesz doskonale jak sprawować tutaj... że tak powiem, władzę. Ludzie cię uwielbiają, nie zawiedziesz się na nich ani oni na tobie.
-Nie o to chodzi. Jestem potworem, jeśli się dowiedzą...
-Dzięki temu, kim jesteś, James, twoje zmysły, siła, odporność na wszelkie zaklęcia i pociski jest silniejsza niż u kogokolwiek. Pilnuj tego, by nikt się nie dowiedział.

   W biurze odwiedził mnie Bronx, gdy analizowałem wszystkie papiery dziadka co do spraw tajnych. Sam nie miałem pojęcia, że to będzie tak skomplikowane, narażać tyle ludzi.
-Stary... Gratuluję, powaga.
-Miałem szczerą nadzieję, że wybiorą ciebie.
-Ja też tak myślałem - zaśmiał się. - Jednak nie podoba mi się pomysł Hanka by przechodził na inne stanowisko.
-Co ja mam powiedzieć?
-Jakie rozkazy, szefie?
-Dziś jest pierwszy dzień pełni więc będą nie tylko wilkołaki ale również gdzieś w lesie jest zlokalizowane gniazdo. - pokazałem na wielkim stole z mapą całego miasta. - W lasach jest masa tych potworów, jednak my też jesteśmy w tym kompleksie. Poprowadzisz jedną grupę a ja drugą. W środku lasu mieści się jedno z gniazd Animaków.
-Animaki to przecudnowne wilczki. - Bronx pokręcił z uśmiechem głową.
-A te wilczki pozabijamy, gniazdo zostawimy na później. Kayn, Seline i Ksawery zajmą się ładunkiem wybuchowym i bombą, która zapobiegnie rozdźwięk na linii lasu do miasta, by ludzie nie wiedzieli co jest grane.
-Brzmi ciekawie, kiedy zbierać grupę?
-Jak zacznie się ściemniać, godzina do dwóch, muszę pojechać do córki.
-Jasne, zajmę się wszystkim.
-Szefie - weszła do środka Lucy.
   Była trudną dziewczyną, pchała się tu na siłę, nie jednokrotnie złamałem jej serce a jednocześnie ona łamałą je Bronxowi. Zmieszany przyjaciel ujrzawszy dziewczynę wyszedł, a ja zacisnąłem zęby zbierając się do wyjścia. Lucy była tutaj nie tylko łowcą, ale również medykiem. Potrzebowaliśmy kogoś kto zna się na rzeczy i cudem zjawiła się Lu. Mimo wszystko miałem u niej dług wdzięczności którego nie umiałem spłacić - uratowała życie dziadkowi na jednej z akcji pół roku temu.
-Spieszę się, Lucy.
-Chciałam pogratulować... nie miałam okazji...
-Dziękuję, a teraz wybacz ale chciałbym żebyście przygotowali się do akcji dziś wieczorem. Ja do tego czasu muszę zająć się córką.
-J...jasne...

   Na miejscu moja Lily radośnie mnie przywitała wtulając się w moją szyję. Zabrałem ją na obiad bo niestety sam nie miałem czasu go przyrządzić... Opiekunka ulotniła się gdy powiadomiłem ją, że na dziś już koniec. Weszliśmy do restauracji, złożyłem zamówienie i na moment spuściłem z oka Lil. Nie spodziewałem się, że mała gdzieś pospaceruje. Usłyszałem krzyk, gdy po chwili ujrzałem widok jak moja ukochana Lily wylała gorącą herbatę na młodą dziewczynę. Podbiegłem i odsunąłem Lily na bok, przestraszoną.
-Coś ty zrobiła, skarbie... najmocniej przepraszam... - podałem dziewczynie ręcznik papierowy który stał nieopodal.
-Chciałam ci zrobić niespodziankę i przynieść ci herbatę...
-Matko boska, Lily...
-Nic... nic się nie stało, to jeszcze przecież dziecko... - odezwała się dziewczyna. - Zajmuję miejsce w motelu obok, naprawdę nie szkodzi.
   Lily przestraszyła się reakcją i moją i dziewczyny. Dostałem telefon, nie wiedziałem czy odebrać jednak gdy rozpoznałem numer Kayna szybko odebrałem.
-James.
-Stary, za godzinę zaczynamy.
-Jesteście przygotowani, będę niedługo. Bronx podzieli grupy, muszę kończyć. - gdy spojrzałem na dziewczynę dziwnie mi się przyglądała.
-Przepraszam jeszcze raz. - odparłem biorąc Lily za rękę lekko się do niej schylając.
-To ja przepraszam... - odparła mała.
-Dzięki uroczej córeczce powiedzmy, że się panu upiekło.












-Jestem Lily! - odparła z lekkim uśmiechem. To bardzo dziwne, z reguły mała nie lubi obcych i jest niemiła... albo się boi. Natomiast do tej dziewczyny przejawiała sympatię.
-A ja Nadia. - mrugnęła do niej.
-Ja James, jednak przeproszę cię bo mam sprawę do załatwienia, mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy... - wyszedłem wsiadając szybko do samochodu i odwiozłem małą do Julie zgodnie z umową. Potem popędziłem do bazy...

-... James prowadzi pierwszą grupę natomiast ja drugą, podziały znacie. Lucy zajmujesz się opatrzeniem ran, Seline, Ksawery i Kayn jesteście grupą poboczną która najpierw zajmie się obładowaniem ładunkami i truciznami gniazdo. Jest wielkie, więc zrobimy to po kolei.













-Grupa pierwsza - wtrąciłem gdy Bronx skończył i wsunął się w tłum. - zajmuje się odstrzałem animaków, natomiast druga robi hałas, wywabia wszystkie psy z gniazda. Bronx da znak, wtedy jesteście pod jego rozkazami. Akcja ma być na tyle cicha, żeby ludzie nie zorientowali się o czymś podejrzanym. Jeśli jesteście gotowi, mam nadzieję, że tak to ruszamy. Każda osoba w poszczególnych grupach za swoim przywódcą.
   Nie obawiałem się ataków, jednak martwiłem się o ludzi. Nie są tak odporni jak ja, mnie się zbyt wiele nie stanie jednak odpowiedzialność za ludzi była zbyt ciężka. Jednak nikogo nie zawiodę.
   Gdy byliśmy na miejscu, oczywiście miałem nadzieję, że druga grupa była tak jak my gotowa, ja wraz z moimi ludźmi poszliśmy w głąb lasu dochodząc do wzniesienia i wielkiego drzewa, w którym była dziura. Niewidoczna, ale jednak. Było ciemno, mgła była dość gęsta jednak na nasze wyczucie nie obawiałem się, że coś pójdzie nie tak. Miałem pod swoimi skrzydłami brata Kayna, młodego Billy'ego którego wolałem mieć na oku i nie dać mu zginąć. Nie dopuściłbym myśli, że cokolwiek by mu się stało. Bronx potraktowałby go jak żołnierza mimo wszystko, takiego równego wszystkim. Jednak ja nie mogłem 14latka dać na śmierć.
   Eksploracja miała być naszym koniem, moim i Finnicka. Jako doświadczeni w tej sprawie nie mieliśmy problemu z bezgłośnym włamaniem do środka. Jaskinia, a raczej korytarz prowadził do jakby czegoś w rodzaju starych korytarzy jak w kamienicach, czy też pokoi obdartych z tapet. Ślady pazurów, rozwalone łóżka, połamane drzwi i smród padliny to dokładny wygląd gniazda. Głębiej znajduje się centrum, w którym młode się rozwijają. Większość animaków to ludzie zarażeni, których nie da się uratować a sam umysł wydaje się być obłąkany.
   Gdy obok za zamkniętymi drzwiami usłyszeliśmy stukot i jęki ludzkie pomyślałem, że to człowiek którego można jeszcze uratować. Mieliśmy czas, bo sygnału od grupy drugiej nie usłyszałem. Finnick bezgłośnie rozbroił drzwi i nagle z ciemności wyłonił się człowiek...
-Pomożemy ci. - powoli zbliżyłem się do ofiary.
   Nagle odbiegł ode mnie na ścianę i przeobraził się w jednego z nich.













-Odsuń się! - osłoniłem Finnicka który zdawał się być za blisko, nawet nie wiedziałem czemu jego osłoniłem, gdy to ja oberwałem. Po chwili okazało się, że uratowałem mu życie. Sekundę później z lekkiej dziury w ścianie wyłonił się pysk i łapa animaka. Moim celem było odnalezienie alfy, bez którego całe te gniazdo tak czy siak się posypie.
   Podniosłem za szmaty Finnicka i pobiegliśmy w głąb. Gdy w pogoń za nami ruszyło kilka sporych rozmiarów potworów nagle zatrzymały się  pobiegły w stronę wyjścia. To oznacza, że zaczęli. A my mamy czas na zabicie Alfy i ucieczkę.
   Finnick był za mną, zjawiliśmy się w centrum gniazda. Pod konarami drzew gdzie jeszcze deszcz się przedostawał, tak samo pioruny waliły w drzewo rozglądałem się za alfą. Powinien być spory, tak naprawdę ogromny i miałem nadzieję, że mój mały plan zadziała.
   Bez stresu i obaw rozglądałem się po wielkim pomieszczeniu. Za metalowym filarem były mosiężne drzwi, za którymi słychać było młode. Zacząłem iść a tamtym kierunku gdy po chwili usłyszałem warczenie, ujrzałem alfę. Wycelowałem w niego z rewolweru, a Finnick z kuszy. Uważnie obserwowaliśmy ruch potwora, jednak on nie czekał na nic.














-Finnick - szepnąłem do niego gdy wilkołakopodobne stworzenie szykowało się ostrożnie do ataku. - Zajmę się nim, ty idź do pomieszczenia za filarem.
-Ale reszta miała wysadzić...
-Tam zdaje się jest drugie wyjście, dasz radę. Te małe nic ci nie zrobią. To zwierzęta, nigdy po przemianie nie zmieniają się w ludzi z powrotem. To rozkaz!
-Tak jest. - poszedł bokiem, gdy animak ruszył na niego strzeliłem trucizną trafiając w szyję.
   Potwór zaskamlał, po czym spojrzał powoli na mnie, czułem, jak rósł w nim gniew. Po chwili zawył wściekle. Usłyszałem zamykanie drzwi Finnicka i wtedy wiedziałem, że jestem sam z tym czymś.
   Był zwinniejszy i silniejszy, niż przypuszczałem wcześniej. Miał doświadczenie, jednak trucizna zamiast go wykańczać jak zwykłe istoty jego gatunku to stawał się silniejszy. Wydawał się większy, mięśnie przybierały masy. Gdy odebrał mi broń odrzucił mnie na ścianę. Podniosłem się szybko, wyjmując z pleców kuszę nasączoną silniejszą trucizną. Zawarczał, jakby zadowolony, że zaraz może mnie wykończyć. Gdy nagle zniknął w ciemnościach. To istoty cienia, są w nim praktycznie niewidzialne. Gdy za moimi plecami gdy tak rozglądałem się potwór wyrwał mi kuszę złapał za gardło jedną łapą, a pazurami powoli zgniatał mi krtań. Drugą wolną łapę wykorzystał wbijając mi pazury delikatnie w brzuch. Gdy po chwili poczułem znajome ciepło, nie mogłem wytrzymać z ciśnienia i poczułem jak przeobrażam się w potwora, gorszym niż był sam Animak.
   Gdy zmieniłem się, rany lekko się otworzyły, które zadał mi potwór. Jednak byłem szybki, zwinny i silny, co dało mi możliwość zabicia go. Chwile zajęło mi by go obezwładnić, przygwoździłem go do podłogi i ukręciłem mu kark, wgryzając się zębami głęboko, miażdżąc jego czaszkę.















   Gdy wróciłem do ludzkiej formy dopiero wtedy Finnick mnie odnalazł, wytargał dosłownie sekundy przed wybuchem i dotarliśmy do bazy po udanej akcji...
-Jak się czujesz...? - spytała Lucy gdy mnie opatrzyła.
-Świetnie. Zwołaj tu wszystkich. - nakazałem, trochę wyczerpany po zadanych mi obrażeniach.
   Gdy wszyscy się zjawili... mówiłem same kłamstwa. Nikt nie mógł wiedzieć czym byłem, bo by mnie zabili lub skierowali do rządu. Moja rasa była wymarła, jednak jeden gatunek zaatakował mnie jakiś czas temu. Długo by mówić, jednak to ten potwór odebrał mi wszystko co miałem i sam się nim stałem. Teraz ja jestem jedyny taki, z tego co mam nadzieję w tym kraju. Jesteśmy strachem, legendą znaną mało komu i nikt nigdy nie zaufa komuś takiemu jak ja. Łowcy a nawet Rząd uważa nas za chodzącą apokalipsę ludzką. Łowcy wybili ten gatunek setki lat temu jednak jakiś przeżył, a teraz po zabiciu ostatniego który zniszczył moje życie... ja jestem tym prawdopodobnie ostatnim. Jednak umiem to kontrolować... czasem...
-Akcja się udała. Niestety potwór był pod czyimś wpływem więc możemy uznać, że to nie koniec. Jednak na razie należą się wam wszystkim gratulacje i raport dam do rządu, na pewno nie zostaniecie bez wynagrodzenia.
-Mogłeś zginąć przez swoją głupotę! - warknął Bronx.
-Plan nie polegał na...
-Stop, stop, ludzie. - uciszyłem ich.














-Akcja wypadła jak miała wypaść, plan był wam przedstawiony co poszczekólnym osobą, co mają robić i co dokładnie do nich należy. Mój plan mógł nie wypalić, Finnick mi pomógł i uratował dlatego jemu mogę dziękować i u kolejnej osoby mam dług wdzięczności, jednak szykujmy się na kolejną akcję, jutro wam wszystko wyjaśnię. Będziemy mieć więcej czasu na przygotowanie się. Będzie tu chodzić o wampiry, więc tutaj wymagane osoby muszą być najlepsze, nie wszyscy pójdą. Do zobaczenia jutro, koniec tego.
   Wszyscy się rozeszli i ja ulotniłem się jak najszybciej. Rana goiła się nieco wolniej przez to, że uległem przemianie. Co prawda uratowała mi życie, jednak jest dla mnie przekleństwem na całe życie...