W ten dzień pojawiłem się w bazie. Dziadek coraz gorzej się czuł mimo tego, że jest łowcą z krwi i kości. Tyle lat służył jako szef jednej z grup na całym świecie jednak ja czułem, że coś jest nie tak. Baza była głęboko w podziemiach i nikt nie miał tu wstępu, czyste pomieszczenia od demonów, wilkołaków, również innych stworzeń i grup łowczych.
Gdyby ktokolwiek miałby tu wejść musiałby poinformować nas wcześniej, tajne przejścia i zabezpieczenia grupy tworzą indywidualnie, my jesteśmy nieco... bezlitośni i wielokrotnie ktoś ucierpiał wchodząc nie proszenie. Również i łowcy, którzy przypadkiem natknęli się na naszą bazę którą i tak nie łatwo znaleźć. Większość to zbuntowani, którzy nie mają wstępu do żadnych z baz.
-O co chodzi? - spytałem spoglądając na niezadowolonego Bronxa.
-Twój dziadek ci wyjaśni, co nie, szefie? - odburknął i odszedł kawałek od zebranej sporej grupy.
-Eh... Odchodzę, oczywiście będę nas nadzorował, to nie moje lata na bieganie i strzelanie, jednak przejdę wyżej. Dostałem propozycję na szpiega, od jutra mnie tu nie ujrzycie. Prawdopodobnie nigdy, ale czas pokaże. W każdym razie chciałbym was o tym poinformować osobiście, że będę pełnił tajne funkcje o których nikt nie może wiedzieć. Byliście i jesteście świetną grupą, jednak teraz rząd wyznaczy następcę. Zaakceptujcie to, głosowanie które również za chwilę nastąpi wybierze zwycięzcę bezpowrotnie więc żadnych wygłupów, dzieciaki.
I czemu do cholery wcześniej mi tego nie powiedział? - pomyślałem. Jednak nie odzywałem się, wszyscy się rozeszli. Bronx był wkurzony, bo mój dziadek to dla nas wszystkich jak świetny szef, jednak ostry, co prawda ale dobry ojciec. Zawsze się z nami liczył i nauczył wielu z nas świetnych rzeczy. Ja po nim mam jedynie umiejętności od dziecka... z biegiem czasu niektóre się uaktywniły i momentami nie kontroluję co robię jako że część mnie to kompletny odpowiednik łowczy.
Każdy przyłożył dłoń do drzwi które służyły głównie do skanu osoby zarejestrowanej. Działało to poprzez odczyt linii papilarnych. Trwało parę sekund a jednak skuteczne. Wszystkie niezwykłe technologie trafiły do nas dzięki dziadkowi, oczywiście. Modliłem się, by Bronx zastąpił dziadka choć miałoby i to swoje minusy. Prosty powód - jest dość nerwowy i porywczy, jego przekonania na pewno źle wpłynęłyby na grupę aczkolwiek kto wie, jest odpowiedzialny i silny, rodowity, prawdziwy łowca... ma do tego smykałkę.
Gdy wszyscy się zeskanowali każdy podjął się głosowania po czym na wielkim ekranie pojawił się Szef organizacji, całej ''linki'' grup po całym świecie. Po chwili szybko ogłosił zwycięzcę, dłuższe gadanie wstępne, organizacyjne i nadeszła chwila wyboru. Dziadek nie spoglądał na swojego przyjaciela z branży do którego już jutro trafi, który wyświetlał się na ekranie.
-Wybór był jednogłośny i prosty, kierując się nadzieją, że ta osoba będzie idealnym zastępstwem. James Calvin, gratuluję jako wyższy agent specjalny, korporacja wraz z organizacją przyśle ci współrzędne do następnych działań, dziś twój dziadek przekaże akcje i misje ściśle tajne, a całej grupie dziękuję za głosy, wybraliście, mamy nadzieję, że słusznie.
Wszyscy wyszli, ja siedziałem sparaliżowany, zostając sam z dziadkiem.
-To nie może tak się skończyć, nie mogę być twoim zastępcą. Nie przez to kim jestem. Mam małą córkę...
-Dasz radę, w moim biurze muszę zmienić kodowanie byś mógł wchodzić i wychodzić spokojnie, natomiast wiesz doskonale jak sprawować tutaj... że tak powiem, władzę. Ludzie cię uwielbiają, nie zawiedziesz się na nich ani oni na tobie.
-Nie o to chodzi. Jestem potworem, jeśli się dowiedzą...
-Dzięki temu, kim jesteś, James, twoje zmysły, siła, odporność na wszelkie zaklęcia i pociski jest silniejsza niż u kogokolwiek. Pilnuj tego, by nikt się nie dowiedział.
W biurze odwiedził mnie Bronx, gdy analizowałem wszystkie papiery dziadka co do spraw tajnych. Sam nie miałem pojęcia, że to będzie tak skomplikowane, narażać tyle ludzi.
-Stary... Gratuluję, powaga.
-Miałem szczerą nadzieję, że wybiorą ciebie.
-Ja też tak myślałem - zaśmiał się. - Jednak nie podoba mi się pomysł Hanka by przechodził na inne stanowisko.
-Co ja mam powiedzieć?
-Jakie rozkazy, szefie?
-Dziś jest pierwszy dzień pełni więc będą nie tylko wilkołaki ale również gdzieś w lesie jest zlokalizowane gniazdo. - pokazałem na wielkim stole z mapą całego miasta. - W lasach jest masa tych potworów, jednak my też jesteśmy w tym kompleksie. Poprowadzisz jedną grupę a ja drugą. W środku lasu mieści się jedno z gniazd Animaków.
-Animaki to przecudnowne wilczki. - Bronx pokręcił z uśmiechem głową.
-A te wilczki pozabijamy, gniazdo zostawimy na później. Kayn, Seline i Ksawery zajmą się ładunkiem wybuchowym i bombą, która zapobiegnie rozdźwięk na linii lasu do miasta, by ludzie nie wiedzieli co jest grane.
-Brzmi ciekawie, kiedy zbierać grupę?
-Jak zacznie się ściemniać, godzina do dwóch, muszę pojechać do córki.
-Jasne, zajmę się wszystkim.
-Szefie - weszła do środka Lucy.
Była trudną dziewczyną, pchała się tu na siłę, nie jednokrotnie złamałem jej serce a jednocześnie ona łamałą je Bronxowi. Zmieszany przyjaciel ujrzawszy dziewczynę wyszedł, a ja zacisnąłem zęby zbierając się do wyjścia. Lucy była tutaj nie tylko łowcą, ale również medykiem. Potrzebowaliśmy kogoś kto zna się na rzeczy i cudem zjawiła się Lu. Mimo wszystko miałem u niej dług wdzięczności którego nie umiałem spłacić - uratowała życie dziadkowi na jednej z akcji pół roku temu.
-Spieszę się, Lucy.
-Chciałam pogratulować... nie miałam okazji...
-Dziękuję, a teraz wybacz ale chciałbym żebyście przygotowali się do akcji dziś wieczorem. Ja do tego czasu muszę zająć się córką.
-J...jasne...
Na miejscu moja Lily radośnie mnie przywitała wtulając się w moją szyję. Zabrałem ją na obiad bo niestety sam nie miałem czasu go przyrządzić... Opiekunka ulotniła się gdy powiadomiłem ją, że na dziś już koniec. Weszliśmy do restauracji, złożyłem zamówienie i na moment spuściłem z oka Lil. Nie spodziewałem się, że mała gdzieś pospaceruje. Usłyszałem krzyk, gdy po chwili ujrzałem widok jak moja ukochana Lily wylała gorącą herbatę na młodą dziewczynę. Podbiegłem i odsunąłem Lily na bok, przestraszoną.
-Coś ty zrobiła, skarbie... najmocniej przepraszam... - podałem dziewczynie ręcznik papierowy który stał nieopodal.
-Chciałam ci zrobić niespodziankę i przynieść ci herbatę...
-Matko boska, Lily...
-Nic... nic się nie stało, to jeszcze przecież dziecko... - odezwała się dziewczyna. - Zajmuję miejsce w motelu obok, naprawdę nie szkodzi.
Lily przestraszyła się reakcją i moją i dziewczyny. Dostałem telefon, nie wiedziałem czy odebrać jednak gdy rozpoznałem numer Kayna szybko odebrałem.
-James.
-Stary, za godzinę zaczynamy.
-Jesteście przygotowani, będę niedługo. Bronx podzieli grupy, muszę kończyć. - gdy spojrzałem na dziewczynę dziwnie mi się przyglądała.
-Przepraszam jeszcze raz. - odparłem biorąc Lily za rękę lekko się do niej schylając.
-To ja przepraszam... - odparła mała.
-Dzięki uroczej córeczce powiedzmy, że się panu upiekło.
-Jestem Lily! - odparła z lekkim uśmiechem. To bardzo dziwne, z reguły mała nie lubi obcych i jest niemiła... albo się boi. Natomiast do tej dziewczyny przejawiała sympatię.
-A ja Nadia. - mrugnęła do niej.
-Ja James, jednak przeproszę cię bo mam sprawę do załatwienia, mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy... - wyszedłem wsiadając szybko do samochodu i odwiozłem małą do Julie zgodnie z umową. Potem popędziłem do bazy...
-... James prowadzi pierwszą grupę natomiast ja drugą, podziały znacie. Lucy zajmujesz się opatrzeniem ran, Seline, Ksawery i Kayn jesteście grupą poboczną która najpierw zajmie się obładowaniem ładunkami i truciznami gniazdo. Jest wielkie, więc zrobimy to po kolei.
-Grupa pierwsza - wtrąciłem gdy Bronx skończył i wsunął się w tłum. - zajmuje się odstrzałem animaków, natomiast druga robi hałas, wywabia wszystkie psy z gniazda. Bronx da znak, wtedy jesteście pod jego rozkazami. Akcja ma być na tyle cicha, żeby ludzie nie zorientowali się o czymś podejrzanym. Jeśli jesteście gotowi, mam nadzieję, że tak to ruszamy. Każda osoba w poszczególnych grupach za swoim przywódcą.
Nie obawiałem się ataków, jednak martwiłem się o ludzi. Nie są tak odporni jak ja, mnie się zbyt wiele nie stanie jednak odpowiedzialność za ludzi była zbyt ciężka. Jednak nikogo nie zawiodę.
Gdy byliśmy na miejscu, oczywiście miałem nadzieję, że druga grupa była tak jak my gotowa, ja wraz z moimi ludźmi poszliśmy w głąb lasu dochodząc do wzniesienia i wielkiego drzewa, w którym była dziura. Niewidoczna, ale jednak. Było ciemno, mgła była dość gęsta jednak na nasze wyczucie nie obawiałem się, że coś pójdzie nie tak. Miałem pod swoimi skrzydłami brata Kayna, młodego Billy'ego którego wolałem mieć na oku i nie dać mu zginąć. Nie dopuściłbym myśli, że cokolwiek by mu się stało. Bronx potraktowałby go jak żołnierza mimo wszystko, takiego równego wszystkim. Jednak ja nie mogłem 14latka dać na śmierć.
Eksploracja miała być naszym koniem, moim i Finnicka. Jako doświadczeni w tej sprawie nie mieliśmy problemu z bezgłośnym włamaniem do środka. Jaskinia, a raczej korytarz prowadził do jakby czegoś w rodzaju starych korytarzy jak w kamienicach, czy też pokoi obdartych z tapet. Ślady pazurów, rozwalone łóżka, połamane drzwi i smród padliny to dokładny wygląd gniazda. Głębiej znajduje się centrum, w którym młode się rozwijają. Większość animaków to ludzie zarażeni, których nie da się uratować a sam umysł wydaje się być obłąkany.
Gdy obok za zamkniętymi drzwiami usłyszeliśmy stukot i jęki ludzkie pomyślałem, że to człowiek którego można jeszcze uratować. Mieliśmy czas, bo sygnału od grupy drugiej nie usłyszałem. Finnick bezgłośnie rozbroił drzwi i nagle z ciemności wyłonił się człowiek...
-Pomożemy ci. - powoli zbliżyłem się do ofiary.
Nagle odbiegł ode mnie na ścianę i przeobraził się w jednego z nich.
-Odsuń się! - osłoniłem Finnicka który zdawał się być za blisko, nawet nie wiedziałem czemu jego osłoniłem, gdy to ja oberwałem. Po chwili okazało się, że uratowałem mu życie. Sekundę później z lekkiej dziury w ścianie wyłonił się pysk i łapa animaka. Moim celem było odnalezienie alfy, bez którego całe te gniazdo tak czy siak się posypie.
Podniosłem za szmaty Finnicka i pobiegliśmy w głąb. Gdy w pogoń za nami ruszyło kilka sporych rozmiarów potworów nagle zatrzymały się pobiegły w stronę wyjścia. To oznacza, że zaczęli. A my mamy czas na zabicie Alfy i ucieczkę.
Finnick był za mną, zjawiliśmy się w centrum gniazda. Pod konarami drzew gdzie jeszcze deszcz się przedostawał, tak samo pioruny waliły w drzewo rozglądałem się za alfą. Powinien być spory, tak naprawdę ogromny i miałem nadzieję, że mój mały plan zadziała.
Bez stresu i obaw rozglądałem się po wielkim pomieszczeniu. Za metalowym filarem były mosiężne drzwi, za którymi słychać było młode. Zacząłem iść a tamtym kierunku gdy po chwili usłyszałem warczenie, ujrzałem alfę. Wycelowałem w niego z rewolweru, a Finnick z kuszy. Uważnie obserwowaliśmy ruch potwora, jednak on nie czekał na nic.
-Finnick - szepnąłem do niego gdy wilkołakopodobne stworzenie szykowało się ostrożnie do ataku. - Zajmę się nim, ty idź do pomieszczenia za filarem.
-Ale reszta miała wysadzić...
-Tam zdaje się jest drugie wyjście, dasz radę. Te małe nic ci nie zrobią. To zwierzęta, nigdy po przemianie nie zmieniają się w ludzi z powrotem. To rozkaz!
-Tak jest. - poszedł bokiem, gdy animak ruszył na niego strzeliłem trucizną trafiając w szyję.
Potwór zaskamlał, po czym spojrzał powoli na mnie, czułem, jak rósł w nim gniew. Po chwili zawył wściekle. Usłyszałem zamykanie drzwi Finnicka i wtedy wiedziałem, że jestem sam z tym czymś.
Był zwinniejszy i silniejszy, niż przypuszczałem wcześniej. Miał doświadczenie, jednak trucizna zamiast go wykańczać jak zwykłe istoty jego gatunku to stawał się silniejszy. Wydawał się większy, mięśnie przybierały masy. Gdy odebrał mi broń odrzucił mnie na ścianę. Podniosłem się szybko, wyjmując z pleców kuszę nasączoną silniejszą trucizną. Zawarczał, jakby zadowolony, że zaraz może mnie wykończyć. Gdy nagle zniknął w ciemnościach. To istoty cienia, są w nim praktycznie niewidzialne. Gdy za moimi plecami gdy tak rozglądałem się potwór wyrwał mi kuszę złapał za gardło jedną łapą, a pazurami powoli zgniatał mi krtań. Drugą wolną łapę wykorzystał wbijając mi pazury delikatnie w brzuch. Gdy po chwili poczułem znajome ciepło, nie mogłem wytrzymać z ciśnienia i poczułem jak przeobrażam się w potwora, gorszym niż był sam Animak.
Gdy zmieniłem się, rany lekko się otworzyły, które zadał mi potwór. Jednak byłem szybki, zwinny i silny, co dało mi możliwość zabicia go. Chwile zajęło mi by go obezwładnić, przygwoździłem go do podłogi i ukręciłem mu kark, wgryzając się zębami głęboko, miażdżąc jego czaszkę.
Gdy wróciłem do ludzkiej formy dopiero wtedy Finnick mnie odnalazł, wytargał dosłownie sekundy przed wybuchem i dotarliśmy do bazy po udanej akcji...
-Jak się czujesz...? - spytała Lucy gdy mnie opatrzyła.
-Świetnie. Zwołaj tu wszystkich. - nakazałem, trochę wyczerpany po zadanych mi obrażeniach.
Gdy wszyscy się zjawili... mówiłem same kłamstwa. Nikt nie mógł wiedzieć czym byłem, bo by mnie zabili lub skierowali do rządu. Moja rasa była wymarła, jednak jeden gatunek zaatakował mnie jakiś czas temu. Długo by mówić, jednak to ten potwór odebrał mi wszystko co miałem i sam się nim stałem. Teraz ja jestem jedyny taki, z tego co mam nadzieję w tym kraju. Jesteśmy strachem, legendą znaną mało komu i nikt nigdy nie zaufa komuś takiemu jak ja. Łowcy a nawet Rząd uważa nas za chodzącą apokalipsę ludzką. Łowcy wybili ten gatunek setki lat temu jednak jakiś przeżył, a teraz po zabiciu ostatniego który zniszczył moje życie... ja jestem tym prawdopodobnie ostatnim. Jednak umiem to kontrolować... czasem...
-Akcja się udała. Niestety potwór był pod czyimś wpływem więc możemy uznać, że to nie koniec. Jednak na razie należą się wam wszystkim gratulacje i raport dam do rządu, na pewno nie zostaniecie bez wynagrodzenia.
-Mogłeś zginąć przez swoją głupotę! - warknął Bronx.
-Plan nie polegał na...
-Stop, stop, ludzie. - uciszyłem ich.
-Akcja wypadła jak miała wypaść, plan był wam przedstawiony co poszczekólnym osobą, co mają robić i co dokładnie do nich należy. Mój plan mógł nie wypalić, Finnick mi pomógł i uratował dlatego jemu mogę dziękować i u kolejnej osoby mam dług wdzięczności, jednak szykujmy się na kolejną akcję, jutro wam wszystko wyjaśnię. Będziemy mieć więcej czasu na przygotowanie się. Będzie tu chodzić o wampiry, więc tutaj wymagane osoby muszą być najlepsze, nie wszyscy pójdą. Do zobaczenia jutro, koniec tego.
Wszyscy się rozeszli i ja ulotniłem się jak najszybciej. Rana goiła się nieco wolniej przez to, że uległem przemianie. Co prawda uratowała mi życie, jednak jest dla mnie przekleństwem na całe życie...