Powołałem wszystkie grupy na terenie i poza by pomogły mi w poszukiwaniu Lily. Każdy przystał na tę sytuację i na moją prośbę. W kodeksie z którym również bliżej się zapoznałem wcześniej była wzmianka, że jeżeli zaginie ktokolwiek w niewyjaśnionych okolicznościach, oczywiście z rodziny i tym bardziej dziecko najbliższe jednostki muszą stawić się do pomocy. Jednak mój dziadek był szanowanym szefem grupy, miał kontakty, gdy tylko rozeszła się wiadomość, że zastąpiłem go nie mieli wyboru. Byłem im naprawdę wdzięczny za samą pomoc. Jednak bez małej wariowałem. Było ze mną źle.
Siedziałem w domu próbując ustalić po zapachu Lil ślad, cokolwiek. Jednak to nie takie proste, nie jestem aż tak zespolony ze swoim prawdziwym ja, od ostatniego użytku minęło parę dni a wraz z nimi ani śladu po Lily. Załamywałem się, nikogo nie chciałem widzieć i chciałem szukać na własną rękę córki, dziadek zabraniał mi wychodzić, miał się tym zająć. Ale nie mogłem się tak zachować, wyręczać się kimś, jestem szefem oddziału, dokładam swoją cegiełkę do czegoś wielkiego, a to pomoże mi znaleźć małą. Julie też nie dawała mi spokoju, ale z nią nie miałem zamiaru rozmawiać.
-Halo? - odebrałem telefon i usłyszałem znajomy głos.
-James! Jezu, do ciebie się dodzwonić...
-N...Nadia? Skąd ty...
-Uwierz, jestem niezła w stalkowaniu. Co z tobą? Miałeś się odzywać, chcę ci pomóc...
-Nie będę cię angażował. To niebezpieczne.
-Daj spokój... Pomogę, naprawdę...
-Nie! - uniosłem głos wpatrując się w mapę, czyszcząc bronie.
-Jesteś pijany? Serio?
-Nie... - odburknąłem jednocześnie biorąc łyka piwa. - Ja nie piję.
-James...
Może jednak ją weźmiemy, hm?
Usłyszałem demoniczny, dziwny, przerażający głos dookoła siebie. Odwróciłem się nagle z bronią w ręku celując do pustej przestrzeni. Obejrzałem się, garaż był pusty.
-James? Co się dzieje?
-Kim jesteś?
-Co? - dopytywała się Nadia.
-Nie do ciebie mówiłem... przepraszam.
-A do kogo?
-Nic... przesłyszało mi się.
Nie, James. Nie przesłyszało ci się.
-Co jest... - szepnąłem. - Nadia, muszę kończyć...
-Ale...
Rozłączyłem się i z bronią przeszukiwałem pomieszczenie. Nagle usłyszałem śmiech.
Celujesz do powietrza? Naprawdę nie wiesz, z kim rozmawiasz?
-Pokaż się!
Naprawdę tego chcesz, James? Chcesz zobaczyć samego siebie?
-Co jest do cholery?! - złapałem się za głowę upuszczając broń.
James, to ja. Venom. Twoja zła strona która po czasie odzyskała siły, jestem głodny, James. Może zabierzesz mnie na małe... łowy? - zaśmiał się.
-Ty jesteś we mnie?!
Pokażę ci, kim jesteś. Kim MY jesteśmy. Chcesz? Tylko poproś, a pomogę odzyskać Lily.
-Nie wierzę ci!
Hmm... to tracisz szansę na odzyskanie córki.
-Opuścisz mnie, gdy ją znajdę.
Roześmiał się, po czym wziął głęboki wdech.
Oj James,James, wiele muszę cię nauczyć... o nas. Odzyskamy Lily a potem zrobisz o co poproszę. Jestem głodny, jeśli mam ci pomóc... musisz kogoś zabić.
-Oszalałeś...
Możemy się dogadać, James.
-Dobra... niech będzie.
I zmieniłem się... w to coś.
W pogoni za samochodem, który uciekał przez lasy nie dało się zmęczyć. Czułem taką siłę, podobało mi się to. Potwór który był we mnie to Venom, rasa, która pochodzi od demonów, jednak to przyziemne stworzenia. Potrafią wniknąć, zasiedlić się w ciele człowieka, w tzw, żywicielu. Żywiciel to dla Venoma osoba, która pozwala mu pożywić się, nakarmić poprzez wykorzystywanie całego organizmu człowieka. Nie szkodzi to zdrowiu, jednak jest obrzydliwe. Ja umiem panować nad Venomem, jednak... tym razem to było coś innego. Można stać się jednością, mieć władzę nad sobą tak silną, że dusza prawdziwego demona odchodzi zostawiając we mnie gen obcy, nadnaturalny. Jednak do tego nie doszedł nikt...bo nikt nie przeżył tak długo jak ja.
Dorwałem kolesia uciekającego w aucie.
-Czym ty jesteś?! - wykrzyczał.
-Gdzie jest Lily. - wypowiedziałem to głosem i ciałem potwora jakim byłem.
-Jaka kurwa Lily!?
-Uważaj na słowa... zaraz inaczej się zabawimy. Wiesz jak? - pokiwał w panice głową. Złapałem go za szmaty. - Połamię ci wszystkie kończyny, odgryzę każdą po kolei... mmm...
Po chwili dostałem kilka strzałów, jednak nie od łowców. Policja. Pociski nic mi nie zagrażały, żadne. Nawet te łowcze. Mnie może zabić tylko światło ultrafioletu. Tylko i wyłącznie, lub poważnie zranić.
Gdy rzuciłem faceta w mur budynku i widziałem krzyki ludzi nagle coś mnie tknęło.\
Venom, uciekajmy stąd.
-Nie! Jestem głodny, wybacz...
Rzuciłem się w wir walki i zabijałem każdego człowieka który strzelał do mnie. Gdy po chwili usłyszałem płacz Lily...
Poczułem bolesne pieczenie, zmieniłem się w człowieka i upadłem na ziemię. Jeszcze żywy, poobijany łysy koleś, który stał za grupą ludzi która porwała moje dziecko podszedł do mnie i nachylił się.
-Przydałoby ci się twoje dna w laboratorium... Pakować go! - krzyknął do ludzi w ciężarówce.
Czułem, jak umieram, jak moje nogi są połamane... nie mogłem nawet oddychać spokojnie.
Po chwili Venom zaczął mnie uleczać, goić rany i złamania...
-Już nie żyjesz. - odgryzłem mu głowę, po czym wyrwałem drzwi auta... jednak w środku był głośnik przenośny z nagraniem Lily.
-Odwrócił naszą uwagę. - zauważył Venom.
Brawo, Sherlocku. Dalej, musimy znaleźć Lily.
-Łowcy będą... się... niepokoić... odkryją cię...
Cholera... - przeklnąłem pod nosem i ulotniłem się zanim zbiegła się telewizja na zjawisko i ktokolwiek zdążył mnie zobaczyć. Siła demona przyda mi się nawet i na własność, jednak to opanuję z czasem... Najpierw Lily.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz