Rano w piątkowy dzień już siedziałam po jednych z zajęć chemii i słuchałam kazań nauczycielki, która widocznie chciała mnie oblać. Ja nawet kłócąc się i pyskując nie mogłam dokończyć żadnego zdania, bo baba normalnie mi nie pozwalała.
-Albo się weźmiesz do roboty i w dwa tygodnie poprawisz oceny albo zrobię co w mojej mocy i cię stąd wykopię.
Zrezygnowana odwróciłam wzrok.
-Zajebiście, mogę iść?
-Kate! Co to za język, do cholery!?
-Pani też nie grzeszy kulturą językową. - uśmiechnęłam się złośliwie i wstałam biorąc torbę, po czym wyszłam. Jędza.
-Hej, co ty taka... - usłyszałam głos Reachel. Odwróciłam się w jej stronę zaskoczona, że w ogóle do mnie mówi.
-A co cię to interesuje?
-Nic, ale jestem ciekawska i wpycham się gdzie nie trzeba. To jak, powiesz?
-Rany, co ci do tego?
-Ładnie pojechałaś tej wiedźmie, stara kwoka. Masz gadane, lubię takie osoby. - usiadła na murku przy szkole.
-Zaraz, ty czegoś chcesz. Nie rozmawiasz do takich jak ja tak po prostu.
-No, chcę. I wiem, że od ciebie to dostanę i nikomu nie piśniesz słowa. - uśmiechnęła się do mnie.
-Zależy czego chcesz, mów konkrety albo mam to gdzieś.
-Załatwisz mi coś od Drew na dzisiejszą imprezę.
-Czemu tego sama nie zrobisz?
-Bo on wykorzystuje takich jak ja, lepszych i zdolniejszych i straszy, że jeśli czegoś ktoś nie zrobi to sprzeda. A ja nie chcę problemów. To jak?
-A ja mam ryzykować?
-Masz kasę, pieniądze to nie problem. - podała mi do ręki.
-Eh, dobra, w sumie jeden pies. - wzruszyłam ramionami. - A skąd wiesz, że ja... i Drew...?
-Stare dzieje, co? Spoko, pamiętaj, że masz we mnie oparcie gdyby był problemem. Dobrze, że się dogadałyśmy. - uśmiechnęła się i odeszła.
Ma dar przekonywania i wkurzania ludzi do potęgi... ale coraz bardziej ją lubię. Trochę jest jak ja, ale bardziej stanowcza.
Kombinowałam jak załatwić sprawę z Drew, by nauczyciele nie przyuważyli. Jednak nie trudno go złapać, nabijał się z małolatów, gdy się zjawiłam i wypuściłam jednego z młodszych z szafki Drew westchnął.
-Eh, słonko, musisz wchodzić w paradę?
-A ty dręczyć tych gówniarzy? Daj sobie siana.
-Siano to ty mi wisisz, i to sporo.
-Trzymaj. - podałam mu sporo gotówki. - To na oddanie kilku długów plus czegoś jeszcze.
-Czego?
-Coś mocnego i co mi nie zaszkodzi.
Zaśmiał się i podał mi folię z białym proszkiem i różowym.
-Co to?
-Coś mocnego. Tylko małe kreski, jasne?
-Spoko... - zmarszczyłam brwi. - I nikomu ani słowa bo cię rozjadę.
-Oczywiście moja gwiazdeczko. - złapał moją twarz w jego dłonie i odszedł.
Ta, Reachel... stare ''dzieje''...
-Wiedziałam, że przyjdziesz. - uśmiechnęłam się widząc przyjaciela przed drzwiami swojego domu. - Chodź. Ubierzesz coś spoko... masz to o co cie prosiłam?
-Tak... wziąłem pół szafy Noah... będzie wściekły.
-To kretyn, ale fajny ma styl. Ubierzesz się imprezowo, ale z klasą. No już, masz tą koszulę i... te czarne jeansy ze ściągaczami... o! Ta kurtka jest super.
-Skórzana? Serio?
-Będziesz wyglądał bosko.
-A ty jak się ubierasz?
-Na pewno nie sukienka,bo to tylko impreza więc... po swojemu, żeby się wyróżnić. Idź, no!
-Dobra dobra...
Gdy oboje się przebraliśmy patrzyliśmy na siebie rozbawieni i z niedowierzaniem pokręciliśmy głową.
-Tak idziesz na imprezę?
-No, a co?
-Ładnie wyglądasz. Tylko musisz się pomalować, bo odstraszysz ludzi.
-A tobie już nic nie pomoże, paskudzie. - zaśmialiśmy się.
-To będzie wieczór, co...?
-Najlepszy w twoim życiu, pamiętaj że to ja robię łaskę, że tam idziemy bo pewnie beze mnie byś nie poszedł.
-Ta. Chłopaki tam będą.
-I Reachel...
-Kate...
-No żartuję, na litość boską! - roześmiałam się. - Nie mówmy o niej i się zwijamy. Masz alkohol i resztę?
-Ta, 5 litrów wódki.
-Trzy sześciopaki i trochę trawy wyłącznie dla mnie. No i dla ciebie, na dodatkowe wrażenia z Sallie. - spojrzałam znacząco na przyjaciela.
Na miejscu podziwiałam wielki dom Sallie. Był podobny do Lee, tylko bardziej... oszklony. Basen i tak dalej... to to co widziałam u przyjaciela co dzień, jednak tu wszystko wydawało się inne. Gdy wyjęliśmy alkohol wszyscy byli pod wrażeniem i uściskali nas lekko wstawieni.
-To jeszcze nie wszyscy - zaczęła Fisherman. - To dopiero połowa szkoły a wy jesteście półtorej godziny przed czasem. - uśmiechnęła się.
-Ehm... Reachel mówiła, że impreza jest na 18...
-Ale ona kręci... - zaśmiała się. - To nic, już połowa jest nad basenem więc idźcie i się bawcie.
-To ja pójdę. Ty Lee pomóż jej w rozpakowaniu wszystkiego.
Odeszłam zostawiając ich samych, może do czegoś dojdzie... Nagle Reachel stanęła przede mną w salonie podając alkohol.
-Masz to co chciałam?
Odwróciłam wzrok. Naprawdę nie chciałam, by brała to świństwo. Przecież to taka porządna dziewczyna...
-No hej, co jest?
-Nie musisz tego brać... - pokręciłam głową. - Nie wiesz co tam nawet jest...
-Masz czy nie? - spytała ostrzej.
-No mam...
-To bierz drinka i chodź.
Zabrała mnie na górę do jednego z kilku pokoi w domu, do biura ojca Sallie. Podałam jej folię i usiadłam na blacie obserwując co robi. Wysypała amfetaminę i zrobiła dwie spore kreski. Wciągnęła do obu, powinna tylko do lewej bo prawa idzie do serca...
Napiła się od razu drinka zerując go i spojrzała na mnie. Wyglądała... zwyczajnie... Na razie. Znałam objawy wszystkich narkotyków, chociaż nie wszystkie próbowałam. Tak naprawdę tylko dwa, reszta była dla mnie nieznana, po prostu widziałam co robią ludzie po nich... albo giną, bo serce im wysiada.
-Reachel, to nie musi być konieczne. Odstaw to gówno.
-Sama jarasz trawkę i to od kolesia, który...
-Skąd ty to wszystko wiesz?! - krzyknęłam wściekła i upadłam na kanapę.
-Przepraszam, po prostu nie lubię jak ktoś mi mówi co powinnam a co nie. W domu już rodzice prawnicy mówią, co mam robić...
-Skąd wiesz o mnie?
-No wiesz... przyjaźniłam się z Drew gdy...
-Aha, i wtedy co ci pojechałam, że jesteś szmatą? Sorry za tamto.
-Rozumiem. Po prostu zapomnijmy o tym co złe, dobra? - podała mi rękę.
Westchnęłam i kiwnęłam głową oddając jej uścisk.
-Zgoda.
-Chodź na dół, są tam już pewnie sami przystojniacy...Jakbym robiła coś głupiego.... zamknij mnie gdzieś!
Zeszłyśmy na dół. To dopiero początek, a znów wszystko wydaje się... niepokojące. Raz widziałam jak koleś przekręcił się od prochów jak te, które ma aktualnie Reachel... oby nie skończyło się źle, bo wszyscy będą mieli przechlapane...
Zabrałam prochy z biurka, których zapomniała dziewczyna i schowałam do kieszeni spodni. Oby tego nie widziała więcej na oczy...
Sallie siedziała smutna na kanapie w wielkim salonie pośród bawiących się ludzi i co chwila przybywały tłumy, nie tylko ze szkoły ale chyba znajomi znajomych... i tak dalej. Usiadłam obok organizatorki imprezy.
-Co jest?
-Bo ty i Lee...
-Co? - zdziwiłam się.
-No głupio mi tobie to mówić...
-Mówże, nie gryzę, może czasem.
-Bo on mnie podrywa... pocałowaliśmy się i uciekłam bo...
-Czekaj, ty myślisz, że my jesteśmy razem? - roześmiałam się. -Nas nic nie łączy, tylko braterskie więzi.
-Serio? - zdziwiła się i wytrzeszczyła oczy.
-No tak, dziewczyno, ja w życiu bym się z nim nie związała nawet na godzinę.
-Czemu?
-Bo kazirodztwo jest nielegalne. - parsknęłam. - Idź i go znajdź, pogadaj z nim, że zaszła pomyłka. Zrozumie, to dobra dusza, w przeciwieństwie do mnie.
-Dzięki!
Wstała i pobiegła przeciskając się przez tłum. Rany... czy ja właśnie byłam miła?
-Muszę się napić.. - mruknęłam pod nosem z niedowierzaniem. Zawsze po alkoholu jestem gorsza niż zwykle, więc powinno pomóc w lepszym samopoczuciu. Dopiero 18sta godzina a impreza staje się coraz ciekawsza... większość to ludzie na dropsach albo pigułach, albo czymś jeszcze gorszym, jedni się prawie bzykają na kanapach a ja mam z czego się pośmiać. Ludzi przybywa... zobaczymy, co się jeszcze wydarzy.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz