piątek, 21 grudnia 2018

Od Kate

   Koniec chwil jako nastolatka, niewinna, zbuntowana dziewczyna nosząca za sobą ciemną aurę. Ciemna aura tak właściwie towarzyszy mi ciągle, bez przerwy ze mną jest i podtrzymuje. Podtrzymuje na tym nudnym świecie jeszcze chwilę. Zanim zdążę cokolwiek pomyśleć to i tak wraca, wszystko po pewnym czasie wraca.
   Usiadłam przy barze, pełnego nastolatków i studentów, pijących wódkę. Ten klub był bardziej w głębi Seattle, ale najdroższym i najbardziej spacyfikowanym miejscem - pełnych kokainy - bo tylko takie materiały się tu liczyły. Szef jest grubą rybą, jednak wciąga tak samo jak każda osoba w tym miejscu, każda gwiazda, fotograf - każdy. Tutaj spojrzenie na świat zdaje się być... nieco smutniejsze i wyraziste.
   Od głośnej, remixowej muzyki bolą mnie uszy, a oczy od ruchomych świateł wciąż drażniąc moje spojówki. Biorę łyk piwa i czekam, bo tu miałam się stawić. Nigdy go nie wystawiam, ale równie lojalnie nienawidzę za to, czemu jestem gdzie jestem, czemu wiem to, czego ci na tej sali nie wiedzą i całe Seattle.
   Poczułam dotyk na ramieniu, Drew poklepał mnie i objął na pokaz prowadząc do znanego mi biura Vendigo. Vendigo to nazwa klubu jak i ksywy szefa, który swoją drogą nieźle się stoczył.
   Wiem więcej niż mogłoby się wydawać. Ja pomagam rozdawać karty i nie mogę się z tego wycofać. Za dużo mi płacą i jeśli nawet płacą - to będą mnie zmuszać do oddania całej forsy za ostatnie dwa lata.
  Weszłam do środka, był tam tylko Vendigo, Drew, ja i Jacob. Jacob rzadko tu bywał, chyba, że miał interes albo zaległą zapłatę u szefa. Zakładam, że ma dwa razy więcej kasy do oddania niż ma w banku na koncie.
-Zawsze, ale to zawsze, Drew, będę ci jej zazdrościć. - parsknął Jacob wpatrując się we mnie z lekkim uśmiechem.
   On nigdy się nie uśmiechał. Chyba, że kogoś szarpał, bił, próbował ''wybić'' pieniądze z tkanek, mięśni i z duszy klienta, jeśli zalega ze spłatą. Wtedy się uśmiechał. Nigdy do kobiet. Nie lubił kobiet. Z wyjątkiem mnie, bo do mnie ma wielkie, ogromne zaufanie.
-Siadajcie, co tak stoicie. - kiwnął głową na kanapy naprzeciwko siebie.











   Zajęliśmy miejsca, naprzeciw nas stały butelki z najdroższą whisky jaką można dostać na rynku, popielniczka, dość ubrudzona od kiepów jak i stół, choć był pewnie droższy od mojego telefonu.
-Nie mam, na litość boską, Jacob. Ja dostanę... w środę, mam ugadane, sto procent!
-Nie interesuje mnie - zaczął z powagą i spokojem, obierając pomarańczę - czy masz forsę czy nie, ty masz ją po prostu mieć.
-Nie mogę, teraz nie mam jak, Kubuś, nigdy ci nie kitowałem.
-Lubię cię, ale lubię pieniądze. I nie lubię, gdy ktoś zapożycza się na 90 tysięcy długu i zwleka, oddając, bo zakładam, że oddasz część kasy albo ćwierć.
-Swoje interesy możecie załatwiać między sobą. - dogryzłam, znudzona tematem długów Vendigo.
   Szef miał około czterdziestki piątki i był otyłym, łysiejącym typem z obrzydliwymi na twarzy bliznami. Nie raz ktoś go bił, zmasakrował czy poturbował do nieprzytomności za jego ''długi''. Jednak co jak co - jeśli Jacob go lubi to ma szansę na ulgę.
   Jacob sam załatwia takie rzeczy.
-A no tak - ocknął się - najpierw interesy.
   Wyciągnęłam przeliczenia za ostatni miesiąc, imiona, nazwiska i adresy. Stąd znam wszystkich w szkole i w La Push. Prawie, przynajmniej tych, co biorą to od Drew.
-Spora suma - dodał Szef.
-Sporą sumę to ty masz do oddania. - warknął mój kolega z budy.
-A kto ci takie limo zrobił? - roześmiał się, jak stara ropucha.
   Spojrzał na mnie znacząco, jednak udawałam, że nic nie wiem.
-Z nią nie ma żartów. Jest nietykalna - powiedział nagle Jacob przeglądając sumy i imiona. - Zaraz... brakuje mi tu tysiaka. - spojrzał na mnie znacząco.
-Tak, zgadza się. Dziewczyna z imprezy.
-Imię i nazwisko.
-Sama to ogarnę.
-Dała kasę... - wtrącił Drew.
-Nie wcinaj się nie pytany. - uciszył go Jacob. - Mów.
-Załatwię to, kant to nic takiego.
-Dla mnie kant załatwia się w pół godziny z trasą. To kokaina, Kate, nie szminka za tysiaka.
-Za kogo mnie masz? - warknęłam. - Reachel, taka laska ode mnie z budy. Sama bierze ale z innego źródła.
-Innego?
-Ktoś z La Push. Nie znam.
   Drew dziwnie zareagował, jakby chciał się ulotnić. Wygląda, jakby źle się poczuł albo coś w tym stylu. Skrzywiłam się i kontynuowałam.
-Co to za problem,Reachel to dobra dziewczyna, ja to załatwię.















-Zobaczymy. Ile masz materiału?
-Jeszcze z dziesięć wyrobię i czystka. - odparł Drew.
   Czemu tu jestem, pytacie? Bo ja to towarzysz ich biznesów, wciągnięta gdy jeszcze sypiałam z Drew, gdy jeszcze coś nas łączyło. Coś... tym czymś była żądza wejścia w dorosłe życie w jakimś stopniu i to z nim zrobiłam to pierwszy raz, i się sobą brzydzę. Jednak to właśnie on wciągnął mnie w trawę, całe babranie się z narkotykami.Przechowywał u mnie, ja nie miałam z tym problemów, po prostu wydawało mi się, że tak trzeba, bo to ''mój facet i wie co robi''. Potem były problemy, to Jacob mówił,że mam go mieć na oku bo kręci, zawsze kręcił. I dlatego ja mam nad wszystkim kontrolę bo nie mają nikogo kto to zrobi a jeśli bym odeszła to pewnie by mnie odstrzelili albo dali nauczkę bym wróciła jak dosłownie zbity pies. Poza tym kto rozpozna niewinną, wystrzałową laskę wyglądającą jak milion dolców o robienie miliona na takim czymś? Nikt. I o to im chodzi.
-Wyjdźcie. Kate zostaje.
   Wszyscy wyszli i zostałam ja i Jacob. Nie bałam się go, byliśmy jako jedyni jak bracia, jak przyjaciele, którzy umieli siebie nawzajem znieść. Rozmawialiśmy bez przywitań, tanich buziaków na przywitanie. Czegokolwiek, co robią zwykli przyjaciele. My byliśmy... naturalni w swoim toarzystwie, bez uczuć. Obojętni.
-Myślisz, że on nie kręci? - zaczął.
-Byłby aż tak głupi? - pytam, biorąc łyk whisky.
-Ty go masz na oku.
-Chciałabym mieć kogoś na oku 24 na dobę, Jacob.
   Uśmiechnął się.
   On nawet nie pomoże mi z tego wyjść. Nie może. Ma związane ręce, choć sam jest szefem swojego biznesu od ośmiu lat i bez złapania przez policję.
   Nagle zadzwonił jego telefon, który dzwoni ciągle, bez przerwy. Zwykle to klienci, ale tym razem miał inny, spokojniejszy głos.
-Ciociu, biznesy robię. - odparł. - Nie, nic nie wiem. Z Liamem nie mam kontaktu odkąd wyjechałem. Jestem blisko, mogę do was wpaść jak będę wolny. Na razie. - rozłączył się i odłożył telefon na stolik. - Cholera, jakbym miał dziesięć minut żeby wpaść do ciotki na herbatę.
-Liam, znam jakiegoś Liama.
-Na pewno nie z klientów, to mój kuzyn. O dwa lata młodszy, ale jego matka kiedyś mnie wychowywała, zanim nie uciekłem z domu. Liam od tamtej pory średnio chce mnie pamiętać.
-Fakt, bo gdy z nim rozmawiałam nic nie wspominał, chyba, że nie tego Liama masz na myśli.
-Wpadnę jutro, pogadamy.
-Nikt nas nie może razem widzieć. Nie znamy się, pamiętasz?
-Spokojnie, zdzwonimy się gdy nikogo przy tobie nie będzie. Odwieźć cię?
-Piłeś...
-Dwa łyki, ze mną się nie musisz obawiać. - wstał i zrobił miejsce.

   Jacob ma tyle dobrego, że jako handel traktuje pracę, a sam nie bierze tego gówna. Znam go odkąd Drew mnie wpakował w to świństwo, a on sam jest człowiekiem zabieganym. W godzinę może zarobić dwa razy tyle, ile zarabia miesięcznie nauczyciel. Nie robi przerw, ma tylko czas na spanie, jedzenie i trasy. Ściganie tych, którzy mają długi. Ale nie sądziłam, że zna Liama, jeśli to o niego chodzi, bo innego w La Push nie znam... jednak nikt nie może wiedzieć, że znam się z Jacobem, po prostu nikt. Od dość długiego czasu mamy to w tajemnicy, czy tego chcę czy nie muszę robić to wszystko. Jacob nie tylko handluje, raz zabił, może dwa... i tu zaczyna się cienka linia, która oznacza, że po prostu on mnie w jakimś sensie przeraża. Jednak po prostu go lubię, albo muszę go lubić bo czuje się bezpieczna. On to zapewnia, że zapominam o cholernej chorobie matki.
   Odwiózł mnie a ja sama wróciłam do domu. Potem jechał odwieźć Drew, co pewnie dobrze się nie skończy. A potem... zobaczymy co dalej.

wtorek, 11 grudnia 2018

Od Kate

   Sallie siedziała z nawalonym Lee na kanapie w salonie, gdy podeszłam widziałam niezadowolenie dziewczyny jednak nie interesowało mnie to za bardzo. Przyjaciel był o krok od zgonu, więc wzięłam go z drugiej strony pod ramię.
-Na co czekasz? - warknęłam, a Fisherman pomogła mi dotransportować go do pokoju. Walnęłam go na łóżko i spojrzałam na nią.
-Przynieś herbatę, gorzką. Ma być ciepła.
-Jasne... - kiwnęła zestresowana głową. Biedaczynka, nie była chyba przyzwyczajona do widoku rzygów.
   Lee odcięło gdy tylko się położył. Ja wpatrywałam się w niego lekko zaniepokojona... nie może tu zostać.














   Co jak co, ale nie należałam do miłych osób ani do tych, które lubią pomagać czy zawierać przyjaźnie. Ale Lee to jedna z najważniejszych osób w moim życiu i w takich sytuacjach wiem, że powinien wrócić do domu i powinnam się teraz nim zająć. Gdy Noah obecny na tej imprezie nie odbierał telefonów postanowiłam go poszukać jak tylko wróci do pokoju organizatorka imprezy. Wróciła z herbatą, z wielkim kubkiem i jaśkiem, prawdopodobnie żeby było mu wygodnie ale wątpiłam, by poczuł poduszkę pod głową w takim stanie.
-Zostań z nim, ja poszukam jego brata. - podeszłam do drzwi i otworzyłam je, gdy zatrzymała mnie Sallie.
-On jest na balkonie...
-Jasne. - wzruszyłam ramionami i poszłam w stronę brata Lee.
   Gdy go znalazłam obściskiwał się z jakąś laską z metalem na twarzy, milion kolczyków aż mnie odrzuciło na kilometr od tej paskudy.
-Sorry, ale...
-Nie teraz, Kate. - wymamrotał, połykając dziewczynę.
   Szarpnęłam Noah, co poruszyło nieznajomą.
-Odwal się! - krzyknęła, na co ja bez wzruszenia zignorowałam ją.
-Zabierz Lee do domu, źle wygląda. Nie wiem, czy czegoś mu ktoś nie dorzucił do drinka.
-Co? - zdenerwowany odszedł od laski. Nie wyglądał na dobrego brata, jednak był starszy... i troszczył się o niego. - Gdzie jest?
-Z Sallie w pokoju, pilnuje żeby nikt mu nie wparował nagle do pokoju ani...
-Który pokój?
   Gdy pokazałam mu gdzie leży jego brat uznałam, że jest bezpieczny i trafi do domu z dobrą eskortą. Ja natomiast gdy przechodziłam obok jednego z pokoi usłyszałam rozmowę Drew z jego kolegami. Warto było podsłuchać.
-Nie skapnie się, że został trafiony. - zaśmiał się jeden.
-Kate się zorientuje... - westchnął Drew.
-I tak masz dobrze. Dziewczyna płaci w naturze... - zaśmiał się trzeci.
   Zacisnęłam pięści i cofnęłam się do Noah który rozmawiał z Sallie. Nie spodobało mi się to, bo znając jego będzie próbował ją wyrwać a Lee tego nie zniesie... jednak nie to było teraz ważne.
-Noah... chodź na chwilę...
-Co jest?
-To Drew trafił Lee. Wiem, bo słyszałam ich rozmowę. No i mówili o mnie, że się puszczam i tak dalej...
   Nie zdążyłam dokończyć, Noah ruszył prosto do pokoju wskazanego przeze mnie i każdego z osobna poustawiał tak, że od razu... hm... ''zasnęli''...
-Odwiozę cię.
-Ty nie piłeś?
-Ktoś musi was pilnować.
-Dla mnie i Lee nie piłeś? - spytałam zaskoczona.
-Już się nie rozczulaj, chodźmy.
-Ja jeszcze zostanę. Weź go do domu...
-Wszystko okej?
-Jasne. - uśmiechnęłam się.
   Nagle dziwnie się zbliżył, w pokoju byliśmy tylko ja, on i nieprzytomny Lee... ale pocałował mnie. Noah, który zawsze mi dokuczał i nienawidził. Odepchnęłam go.
-Stary, to jak całowanie się z bratem. - odparłam i pokręciłam głową. - Nic do ciebie nie czuję, a o tym zapomnimy. - wyszłam i poszłam jeszcze po całej sytuacji po parę drinków.
   Przy barze znalazłam Liama, co prawda nie znam go zbyt dobrze ale chyba był wcięty. Takie miałam wrażenie, może przez to, że sama byłam lekko pijana? Lekko... to mało powiedziane.
   Barman, którego wynajęła Sallie specjalnie na tą imprezę czekał, aż złożę zamówienie.
-Pięć razy wściekłego psa. - zachwiałam się i usiadłam na taborecie.
-Chyba już masz fazę, co?
   Spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem.
-Mam mocną głowę, na to ile dziś wypiłam nie ma co się dziwić. Czemu ciągle widzę cię samego?
-Kumple się bawią, każdy znalazł partnerki na tą imprezę. - zaśmiał się i wziął łyk piwa.
-Widocznie obydwoje nikogo nie znaleźliśmy. - odparłam i właśnie barman podał mi drinki.
-Dzięki. - mrugnęłam do niego i wszystko wypiłam, po czym zamówiłam piwo.
-Nie przesadzasz trochę?
-Trzeba umieć się dobrze bawić.
-Wydaje mi się, że zapijasz smutki i zmartwienia.
-Psycholog się znalazł. - parsknęłam.
-Masz limo pod okiem...
-Ta, dostałam przypadkiem od koleżanki z łokcia. - wzruszyłam ramionami, mając nadzieję, że chociaż kilka osób tego nie widziało.
-A przypadkiem...
-Jesteś uroczy. Ale ja nie jestem fajną dziewczyną. - wtrąciłam, by ominąć temat.













-Inaczej mi się wydaje.
   Przegryzłam wargę i na chwilę pomyślałam o tym, jak bardzo mi się kręci w głowie. Aż nagle usłyszałam za plecami krzyk Reachel.
-Chodź! To moja piosenka a nikt nie chce już tańczyć!
-Nie... - pokręciłam głową.
-To poproszę tego przystojniaka...
-Dobra, dobra... chodź. - nie wiem, czemu jej nie pozwoliłam zaprosić Liama... to był odruch. Pijacki odruch.
   Tańczyłam z nią w tłumie ludzi, gdy Reachel podała mi rękę i właściwie to tańczyłyśmy na stole. Nie poznawałam siebie, coś tu nie grało. Nagle powinęła mi się noga i upadłam, przygotowana na to, że moja twarz zaraz mocno przytuli podłogę ale złapał mnie Liam.
-To może ja cię odwiozę. - zaśmiał się.
  Wyswobodziłam się z jego ramion i stanęłam chwiejnie na nogi. Patrzyliśmy chwilę sobie w oczy i pomyślałam, że w sumie to impreza i oboje jesteśmy pijani, nic z tego nie zapamiętamy...
   A raz się żyje.
   Pocałowałam go, ale... to trwało dłużej, niż sądziłam. Ani ja nie mogłam się oderwać ani on, gdy już od siebie się odsunęliśmy przeczesałam nerwowo włosy.
-Przepraszam... muszę iść... - wybiegłam i wsiadłam do samochodu.
   Tak, prowadziłam kompletnie pijana, ale to nie zmienia faktu, że nie dojadę. Nie w takich sytuacjach prowadziłam.
   Dojechałam do domu i weszłam do środka. Walnęłam się na łóżko...
-Niech ten dzień się już skończy...
 

   Rano miałam okropnego kaca jednak pomyślałam, że warto by odwiedzić Lee. Podejrzewałam, że nawet nie pójdzie do szkoły. Była sobota, jednak mieliśmy przygotowania wraz z ostatnimi klasami do egzaminów końcowych.
   Noah mi otworzył, usiadłam czekając aż przyjaciel zejdzie. Noah pisał z kimś na telefonie, a ja powoli się niecierpliwiłam.
-Nie piszesz z Fisherman, mam nadzieję.
-Co? Ach... nie, z kumplem o meczu.
-Jasne.
-No mam ci pokazać?
-Nie wierzę po prostu, że najlepszą laskę w szkole olewasz. Zawsze miałeś wszystkie.
-Byłem z nią, jest okej.
   Uniosłam brwi i z zaniemówienia aż wstałam.
-Idę do niego...
-Usiądź.
   Nagle usłyszałąm z góry krzyki... na pewno nie Lee... na górze w jego pokoju. Spojrzałam na sufit i na Noah.
-To może ja pójdę...
-Zostań. - odparł, prawie wybuchnął śmiechem.











-Czy on...
-Ta, zalicza właśnie Sallie. Dlatego do niej nie podbijam. W końcu mu się układa. - wzruszył ramionami i nagle roześmiał się. - Wyluzuj. Nie robiłaś tego nigdy czy jak?
-Trochę mi niedobrze słyszeć, jak rucha się z Fisherman.
-Ja mam to gdzieś.
   W końcu Lee zszedł na dół i wyszliśmy na ogród nad basen. Mierzyłam przyjaciela z niepokojem.
-Co? - parsknął.
-Sallie poszła?
-Nie, czeka w pokoju.
   Uniosłam brwi.
-Serio. - parsknęłam.
-Daj spokój, ty wczoraj z tego co słyszałem sama się z kimś całowałaś.
-Cholera... ale całowanie to nie seks.
-Kate...
-Potem wpadnij do mnie. Dziś nie idę na egzaminy, mam dość budy.
-Budy, czy głupio ci patrzeć w oczy temu przystojniakowi, Kapitan drużyny, hm? - zaśmiał się.
-Oboje byliśmy pijani.
-Ta, fakt.
-Do potem. - wzięłam torbę i wyszłam.
   Dobrze, że nie wie że Noah mnie pocałował... byłby wściekły... to jedna z naszych zasad od dziecka... oby nie wszystko wyszło na jaw ze wczoraj... I oby Drew mnie nie dopadł.

piątek, 7 grudnia 2018

Od Kate

   Obserwowałam z obawą Reachel... nie podobało mi się to, że tyle wciągnęła... co prawda nie wiem czemu zależy mi na niej i na jej bezpieczeństwu. To jest to słynne ''poczucie winy''? Ciekawe..
-Ty jeszcze tu siedzisz? - spojrzałam na nieznajomego.
-Jak widać.
-Jest tu tyle dziewczyn napompowanych narkotykami chętne na imprezowanie, nie jesteś chętny?
-Nie. - pokiwał głową z udawaną miną rezygnacji.
-Ale na szarą laskę z budy już owszem?
-Nie powiedziałem tego...
   Zaśmiałam się i wyzerowałam piwo, odkładając pustą butelkę na barek.
   Nagle całe krzyki ucichły, zrobił się tłum na środku wielkiego salonu, słychać było tylko muzykę, jakbym zamknęła się w pustym pomieszczeniu i sama głośno się w nią wsłuchiwała, czując jak bębenki powoli nie wytrzymują ciśnienia. Pobiegłam w zbiorowisko uczniów i na środku Reachel kłóciła się z jakimś kolesiem. Tym kolesiem był kumpel Drew, jednak nie jest od nas ze szkoły. A to wróży sam wielki kłopot.
-Ten koleś mnie obmacywał! - krzyknęła wściekła... ale i oczy jak talary świadczyły o jednym... i tłum uważał od razu, że jest naćpana. Jednak po napalonym typie też mogłabym sporo powiedzieć.
-Sama pchałaś mi ręce do spodni mała!
   Zacisnęłam pięści i przecisnęłam się przez tłum. Ktoś ściszył muzykę minimalnie, albo sama się ściszyła. Stałam w okręgu zbiegowiska, w samym centrum i czułam ten gorąc, nie do wytrzymania dobijającą się presję i żądną sensacji emocji tłumu. Wyrwałam wszystkim na przodzie telefony w rękach i rzuciłam na podłogę, stając obok Reachel.
-Wypad stąd.  - widziałam przerażenie w oczach Sallie, co nie za bardzo mną ruszyło ale chciałam wywołać aferę, no i mam.
-Ty szaraczku, będziesz mi mówić co mam robić?
-Ta, bo to nie twoja impreza. Wypad.
-Zawsze miałaś cięty język, a taki sam będziesz mieć na psiarni, jak wyjdę stąd i po nich zadzwonie?
-Nie obchodzi mnie to, wypierdalaj! - popchnęłam go, lekko nawalona przez wyzerowane piwo. Jednak trzymałam się świetnie.
   Reachel obrała taką postawę jak ja, choć wiedziałam że w duszy odetchnęła, że ktokolwiek się za nią wstawił.
-Szmato, zawsze musisz mi wchodzić w drogę a ja mam taką ochotę komuś zajebać...
   Uderzył mnie, to fakt, ale nic nie poczułam i Reachel rzuciła się na niego w furii, a ja szczerze mówiąc byłam tak wściekła, że wyrwałam się komuś gdy podawał mi rękę i poszłam za dwójką bijących się i szarpiących kolegów, no i Reachel zamknęła go w jednej ze schowków piwnicznych i po sprawie. Muzyka grała dalej, ludzie zapomnieli o sprawie i dalej brali dragi i tak dalej. Jakiś czas siedziałam i piłam, i piłam, i tak dalej... po czym tak jak słyszałam krzyki i dobijanie się do drzwi pijanego Cole'a w schowku. Dopiłam kolejne piwo i poszłam zobaczyć, o co chodzi, jednak drzwi były zamknięte.
-Szukasz kogoś? - spytał nagle Lee.
-Gdzieś ty był?!
-Czemu masz limo pod okiem, jezus... Kate...
-Trzeba było być a nie ruchać za ścianą! - krzyknęłam wychodząc z salonu na taras.
-Co się stało?!
-Spadaj! Wal się. - machnęłam ręką i usiadłam na krześle. Z drugiej strony domu wszyscy bawili się nad basenem.
   Obok mnie usiadł znów ten nieznajomy... Liam, chyba. Zapaliłam papierosa i wpatrywałam się w ulice bogatych domów.
-Kłótnia z chłopakiem? - uniósł brwi pijąc piwo.
-To przyjaciel od piaskownicy.
-Wierzę. A czemu taka ładna dziewczyna i pali?
-Bo nie jestem damą, tylko dziewczyną. - wzruszyłam ramionami. - Zaraz i tak spadam, mam dość.
-Jak wrócisz? Mieszkasz blisko tak?
-Daleko, ale jestem autem.
-Masz prawko i chcesz jechać po pijaku?
-Nie czuje się pijana i nie mam prawka.
-I jesteś autem? - roześmiał się.
-Zgadza się. Spadam jeszcze czegoś się napić i zjeżdżam.
   Gdy zobaczyłam wchodząc do środka jak Lee leży zezgonowany na kanapie nie mogłam tego znieść.
-Ta, to pobędę tu jeszcze do końca imprezy żeby go ogarnąć do jakiegoś wolnego łóżka. - westchnęłam i mozolnie ruszyłam na ''pomoc'' temu pajacowi.

czwartek, 6 grudnia 2018

Od Liama

Rano byłem jak trup. Zostałem w domu i przespałem cały dzień jednak wieczorem obudził mnie Eryk.
-Zamieszasz zostać w łóżku do śmierci?
-A jak tak to co?-powiedziałem twarzą w poduszce.
-Stary! Jest impreza! Wstawaj masz 15 minut na wykąpanie się i ogarnięcie i jedziemy.
-Nie wiem czy mi się chce..
-Nie chce Ci się iść na imprezę? Kim jesteś i co zrobiłeś z moim kumplem? Słuchaj! Będzie tam tłum pijanych lasek i chętnych na zabawy!
-I?
-Nie chcę tego słuchać wstawaj!
Zrzucił mnie z łóżka więc chcąc nie chcą musiałem wstać.
Szybki prysznic, przebrałem się i chwilę później byliśmy w drodze.
-Nie wiem czy to dobry pomysł..
-Z twoją tendencją organizmu do szybkiego zdrowienia i w efekcie bez możliwości opicia się masz duże szanse na wyrwanie sporej liczby lasek i zaliczenie.
-Jakoś mnie  to nie interesuje.
-Chcesz czy nie ja zamierzam się super bawić
-Ok... nie mieszaj mnie tylko w to.
-Dobra.
Weszliśmy do ogromnego domu pełnego pijanych nastolatków.
Typowa impreza. Pełno alkoholu, narkotyków i reszty tego świństwa. Eryk od razu poleciał do barku i przyniósł nam po piwie.
-Na zdrowie stary!
-Obym tylko nie musiał Cię stąd wynosić.
-Dobra dobra..
Kilka godzin później już tańczył z jakimiś dziewczynami na tarasie. Mogłem się założyć że był teraz w niebie.
JA stałem oparty o ścianę i popijałem piwo które dawało mi poczuć procenty tylko przez parę sekund.
Jako że moje ciało bardzo szybko się regenerowało nie mogłem się opić.
Próbowaliśmy miesiąc po moim pierwszym przemienieniu się. Eryk zezgonował a ja byłem trzeźwy mimo iż wypiłem więcej od niego a on potrafi dużo wypić. Musiałem go wpakować do samochodu a potem jeszcze zawlec do pokoju. Nie było to przyjemne.
Zastanawiałem się czy wycie które słyszałem należało do alfy który mnie przemienił. Miałem tyle pytań a zero odpowiedzi. Najbardziej męczyło mnie to dlaczego mnie porzucił? Beta bez alfy staje się omegą a to nie jest dobre dla wilka. Samotny wilk w naturze to prędzej czy później martwy wilk. Na szczęście i nie szczęście oprócz mnie nie było tu żadnych innych nadprzyrodzonych istot. Chociaż z przyjemnością poznał bym jakąś.
Zobaczyłem jakąś dziewczynę sączącą drinka i z uśmiechem patrzącą na tłum. Czemu siedziała sama? Po chwili ją poznałem.
Podszedłem do niej.
-Hej.. Kate?
-My się znamy?
-Nie, widziałem cię na próbie teatralnej. Jestem Liam.
-Co chcesz?
-Zauważyłem że siedzisz sama wiec postanowiłem zagadać. Mogę się przysiąść?
-A jak powiem nie to sobie pójdziesz?
-Nie koniecznie..
Przewróciła zrezygnowana oczami.
Usiadłem obok niej.
-Chyba nie za dobrze sie bawisz co?-zapytałem.
-Tak jak i ty najwyraźniej.
-To super bo ja sie bawię świetnie.
Znowu przewróciła oczami. Chyba miała to w nawyku.
-Co taka antyspołeczna jesteś?
-Bo lubię.
-A i rozmowna jesteś bardzo.-powiedziałem z uśmiechem i napiłem się łyka piwa.
Spojrzałem na kumpla który bajerował jakąś dziewczynę. Trzymałem za niego kciuki. Należy się chłopakowi znalezienie jakiejś dziewczyny.