Koniec chwil jako nastolatka, niewinna, zbuntowana dziewczyna nosząca za sobą ciemną aurę. Ciemna aura tak właściwie towarzyszy mi ciągle, bez przerwy ze mną jest i podtrzymuje. Podtrzymuje na tym nudnym świecie jeszcze chwilę. Zanim zdążę cokolwiek pomyśleć to i tak wraca, wszystko po pewnym czasie wraca.
Usiadłam przy barze, pełnego nastolatków i studentów, pijących wódkę. Ten klub był bardziej w głębi Seattle, ale najdroższym i najbardziej spacyfikowanym miejscem - pełnych kokainy - bo tylko takie materiały się tu liczyły. Szef jest grubą rybą, jednak wciąga tak samo jak każda osoba w tym miejscu, każda gwiazda, fotograf - każdy. Tutaj spojrzenie na świat zdaje się być... nieco smutniejsze i wyraziste.
Od głośnej, remixowej muzyki bolą mnie uszy, a oczy od ruchomych świateł wciąż drażniąc moje spojówki. Biorę łyk piwa i czekam, bo tu miałam się stawić. Nigdy go nie wystawiam, ale równie lojalnie nienawidzę za to, czemu jestem gdzie jestem, czemu wiem to, czego ci na tej sali nie wiedzą i całe Seattle.
Poczułam dotyk na ramieniu, Drew poklepał mnie i objął na pokaz prowadząc do znanego mi biura Vendigo. Vendigo to nazwa klubu jak i ksywy szefa, który swoją drogą nieźle się stoczył.
Wiem więcej niż mogłoby się wydawać. Ja pomagam rozdawać karty i nie mogę się z tego wycofać. Za dużo mi płacą i jeśli nawet płacą - to będą mnie zmuszać do oddania całej forsy za ostatnie dwa lata.
Weszłam do środka, był tam tylko Vendigo, Drew, ja i Jacob. Jacob rzadko tu bywał, chyba, że miał interes albo zaległą zapłatę u szefa. Zakładam, że ma dwa razy więcej kasy do oddania niż ma w banku na koncie.
-Zawsze, ale to zawsze, Drew, będę ci jej zazdrościć. - parsknął Jacob wpatrując się we mnie z lekkim uśmiechem.
On nigdy się nie uśmiechał. Chyba, że kogoś szarpał, bił, próbował ''wybić'' pieniądze z tkanek, mięśni i z duszy klienta, jeśli zalega ze spłatą. Wtedy się uśmiechał. Nigdy do kobiet. Nie lubił kobiet. Z wyjątkiem mnie, bo do mnie ma wielkie, ogromne zaufanie.
-Siadajcie, co tak stoicie. - kiwnął głową na kanapy naprzeciwko siebie.
Zajęliśmy miejsca, naprzeciw nas stały butelki z najdroższą whisky jaką można dostać na rynku, popielniczka, dość ubrudzona od kiepów jak i stół, choć był pewnie droższy od mojego telefonu.
-Nie mam, na litość boską, Jacob. Ja dostanę... w środę, mam ugadane, sto procent!
-Nie interesuje mnie - zaczął z powagą i spokojem, obierając pomarańczę - czy masz forsę czy nie, ty masz ją po prostu mieć.
-Nie mogę, teraz nie mam jak, Kubuś, nigdy ci nie kitowałem.
-Lubię cię, ale lubię pieniądze. I nie lubię, gdy ktoś zapożycza się na 90 tysięcy długu i zwleka, oddając, bo zakładam, że oddasz część kasy albo ćwierć.
-Swoje interesy możecie załatwiać między sobą. - dogryzłam, znudzona tematem długów Vendigo.
Szef miał około czterdziestki piątki i był otyłym, łysiejącym typem z obrzydliwymi na twarzy bliznami. Nie raz ktoś go bił, zmasakrował czy poturbował do nieprzytomności za jego ''długi''. Jednak co jak co - jeśli Jacob go lubi to ma szansę na ulgę.
Jacob sam załatwia takie rzeczy.
-A no tak - ocknął się - najpierw interesy.
Wyciągnęłam przeliczenia za ostatni miesiąc, imiona, nazwiska i adresy. Stąd znam wszystkich w szkole i w La Push. Prawie, przynajmniej tych, co biorą to od Drew.
-Spora suma - dodał Szef.
-Sporą sumę to ty masz do oddania. - warknął mój kolega z budy.
-A kto ci takie limo zrobił? - roześmiał się, jak stara ropucha.
Spojrzał na mnie znacząco, jednak udawałam, że nic nie wiem.
-Z nią nie ma żartów. Jest nietykalna - powiedział nagle Jacob przeglądając sumy i imiona. - Zaraz... brakuje mi tu tysiaka. - spojrzał na mnie znacząco.
-Tak, zgadza się. Dziewczyna z imprezy.
-Imię i nazwisko.
-Sama to ogarnę.
-Dała kasę... - wtrącił Drew.
-Nie wcinaj się nie pytany. - uciszył go Jacob. - Mów.
-Załatwię to, kant to nic takiego.
-Dla mnie kant załatwia się w pół godziny z trasą. To kokaina, Kate, nie szminka za tysiaka.
-Za kogo mnie masz? - warknęłam. - Reachel, taka laska ode mnie z budy. Sama bierze ale z innego źródła.
-Innego?
-Ktoś z La Push. Nie znam.
Drew dziwnie zareagował, jakby chciał się ulotnić. Wygląda, jakby źle się poczuł albo coś w tym stylu. Skrzywiłam się i kontynuowałam.
-Co to za problem,Reachel to dobra dziewczyna, ja to załatwię.
-Zobaczymy. Ile masz materiału?
-Jeszcze z dziesięć wyrobię i czystka. - odparł Drew.
Czemu tu jestem, pytacie? Bo ja to towarzysz ich biznesów, wciągnięta gdy jeszcze sypiałam z Drew, gdy jeszcze coś nas łączyło. Coś... tym czymś była żądza wejścia w dorosłe życie w jakimś stopniu i to z nim zrobiłam to pierwszy raz, i się sobą brzydzę. Jednak to właśnie on wciągnął mnie w trawę, całe babranie się z narkotykami.Przechowywał u mnie, ja nie miałam z tym problemów, po prostu wydawało mi się, że tak trzeba, bo to ''mój facet i wie co robi''. Potem były problemy, to Jacob mówił,że mam go mieć na oku bo kręci, zawsze kręcił. I dlatego ja mam nad wszystkim kontrolę bo nie mają nikogo kto to zrobi a jeśli bym odeszła to pewnie by mnie odstrzelili albo dali nauczkę bym wróciła jak dosłownie zbity pies. Poza tym kto rozpozna niewinną, wystrzałową laskę wyglądającą jak milion dolców o robienie miliona na takim czymś? Nikt. I o to im chodzi.
-Wyjdźcie. Kate zostaje.
Wszyscy wyszli i zostałam ja i Jacob. Nie bałam się go, byliśmy jako jedyni jak bracia, jak przyjaciele, którzy umieli siebie nawzajem znieść. Rozmawialiśmy bez przywitań, tanich buziaków na przywitanie. Czegokolwiek, co robią zwykli przyjaciele. My byliśmy... naturalni w swoim toarzystwie, bez uczuć. Obojętni.
-Myślisz, że on nie kręci? - zaczął.
-Byłby aż tak głupi? - pytam, biorąc łyk whisky.
-Ty go masz na oku.
-Chciałabym mieć kogoś na oku 24 na dobę, Jacob.
Uśmiechnął się.
On nawet nie pomoże mi z tego wyjść. Nie może. Ma związane ręce, choć sam jest szefem swojego biznesu od ośmiu lat i bez złapania przez policję.
Nagle zadzwonił jego telefon, który dzwoni ciągle, bez przerwy. Zwykle to klienci, ale tym razem miał inny, spokojniejszy głos.
-Ciociu, biznesy robię. - odparł. - Nie, nic nie wiem. Z Liamem nie mam kontaktu odkąd wyjechałem. Jestem blisko, mogę do was wpaść jak będę wolny. Na razie. - rozłączył się i odłożył telefon na stolik. - Cholera, jakbym miał dziesięć minut żeby wpaść do ciotki na herbatę.
-Liam, znam jakiegoś Liama.
-Na pewno nie z klientów, to mój kuzyn. O dwa lata młodszy, ale jego matka kiedyś mnie wychowywała, zanim nie uciekłem z domu. Liam od tamtej pory średnio chce mnie pamiętać.
-Fakt, bo gdy z nim rozmawiałam nic nie wspominał, chyba, że nie tego Liama masz na myśli.
-Wpadnę jutro, pogadamy.
-Nikt nas nie może razem widzieć. Nie znamy się, pamiętasz?
-Spokojnie, zdzwonimy się gdy nikogo przy tobie nie będzie. Odwieźć cię?
-Piłeś...
-Dwa łyki, ze mną się nie musisz obawiać. - wstał i zrobił miejsce.
Jacob ma tyle dobrego, że jako handel traktuje pracę, a sam nie bierze tego gówna. Znam go odkąd Drew mnie wpakował w to świństwo, a on sam jest człowiekiem zabieganym. W godzinę może zarobić dwa razy tyle, ile zarabia miesięcznie nauczyciel. Nie robi przerw, ma tylko czas na spanie, jedzenie i trasy. Ściganie tych, którzy mają długi. Ale nie sądziłam, że zna Liama, jeśli to o niego chodzi, bo innego w La Push nie znam... jednak nikt nie może wiedzieć, że znam się z Jacobem, po prostu nikt. Od dość długiego czasu mamy to w tajemnicy, czy tego chcę czy nie muszę robić to wszystko. Jacob nie tylko handluje, raz zabił, może dwa... i tu zaczyna się cienka linia, która oznacza, że po prostu on mnie w jakimś sensie przeraża. Jednak po prostu go lubię, albo muszę go lubić bo czuje się bezpieczna. On to zapewnia, że zapominam o cholernej chorobie matki.
Odwiózł mnie a ja sama wróciłam do domu. Potem jechał odwieźć Drew, co pewnie dobrze się nie skończy. A potem... zobaczymy co dalej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz