czwartek, 29 listopada 2018

Od Kate

   Weszłam do domu. Znów zdawało mi się, jakby wróciło to życie i dobra energie jak i miłość, którą mama nam przekazywała codziennie. Jednak wciąż wydawało mi się, że to dziwne, że mama nagle świetnie się czuje i Bilie wypuścił ją ot tak, bez trudności ze szpitala. Co to za przyjaciel, który w takiej chwili robi coś takiego?
-Gdzie byłaś tak długo, czekaliśmy z obiadem. - z salonu wyszedł tata. Mama siedziała na podłodze i bawiła się klockami Lego z Louisem.
   Spojrzałam na ojca bez wyrazu i emocji po czym pokręciłam głową.
-Nie udawaj, że wszystko wróciło do normy.
-Twoja matka chce żyć normalnie, a nie do reszty swoich dni siedzieć i umierać przy chemii.
-Chodź. - otworzyłam drzwi z ogrodu prowadzące na piaszczystą plażę.
   Ojciec dogonił mnie jeszcze ubierając kurtkę na siebie. Milczeliśmy chwilę, wpatrując się w wodę podtapiającą piasek. Dziś było wyjątkowo zimno jak na klimat La Push.
-Co się stało w szpitalu, że mama wróciła?
-Chce tobie i twojemu bratu dać najwięcej w tej chwili, a nie byście widzieli jak umiera.
   Spojrzałam na niego z politowaniem.
-Ja mam uwierzyć, że to główny powód? Odkąd mama wylądowała w szpitalu nie odwiedzałeś jej wcale, a teraz dobry mąż?

















-Jezu Chryste, Kate! - krzyknął nagle. - Możesz przestać narzekać i zacząć spędzać z nami czas? Potem będziesz miała do siebie pretensje, że nie dałaś mamie tego czego oczekiwała!
-Myślisz, że jestem na tyle ślepa, że nie widzę, że z dnia na dzień jej się pogarsza a ona tylko nie chce nas zawieźć. Całe życie myślała o nas, nie o sobie. Może czas najwyższy, żeby wydłużyła sobie życie chociażby o rok!
-Leżąc w szpitalu i umierając?
-Billie jest tak samo winny, że pozwolił jej wyjść.
-Nie mieszaj go w to. - ostrzegawczo pokiwał palcem.
-Zawsze byłeś o niego zazdrosny. - parsknęłam i odwróciłam wzrok na taflę wody.
-Jezu Kate, czemu ty taka jesteś? Co się z tobą stało ostatniego czasu?
-Nie chce mi się gadać, dążyć do ślepego punktu. Ty wiesz co jest na rzeczy i mama zresztą też. Dowiem się co się tutaj dzieje. - poszłam w stronę domu. Gdy weszłam mama robiła już jakąś dobrą kolację, poznając po zapachu to pewnie będzie jakaś wykwintna kaczka czy coś w tym guście.
-Jednak nie czekaliście z obiadem? - spytałam starając się być spokojna.
-Nie kochanie, bo kolacja będzie spora. Dziś Wood'owie przyjeżdżają. Lee, Noah i ich rodzice, jak co miesiąc.
-Super, to ja idę do sieb... eh... - przeczesałam włosy i zacisnęłam zęby. - Pomóc ci...?
-Jasne, słońce. - uśmiechnęła się i wytarła dłonie w ręcznik papierowy - Popilnuj kaczki i dodaj...
-Pamiętam - przerwałam jej zbyt nerwowo. - Żurawiny. - wysiliłam się jeszcze na uśmiech. Może to z boku wydaje się dziwne, ale to naprawdę trudne wiedząc, że twoja mama odejdzie w każdej chwili, gdy się tego nie spodziewasz. A ja wolałam odciąć widok matki od siebie bo wtedy cierpię jeszcze bardziej niż miałabym widzieć ją w szpitalu. Ale może ojciec ma rację, powinnam być milsza i docenić, że chce tu być. Jednak wciąż coś mi nie pasowało. Billie nawet się nie odzywa do nas jak kiedyś.
   Mama uśmiechnęła się i robiła zapiekane ziemniaki z ziołami. Niby jak za dawnych czasów, ale jednak tak bardzo bolał mnie ten widok... że niedługo mama będzie tylko wspomnieniem i na zdjęciach.
   Po rozłożeniu wszystkiego na stół, jak zawsze punktualnie przyjechali Beneth, czyli mama Lee i Noah, jak i ich tata Scott. Pani Wood rzuciła się delikatnie na mamę, radośnie głaszcząc po policzku, ze łzami w oczach śmiejąc się do niej. Tak, one przyjaźnią się od kołyski, razem dorastały w domu dziecka. Pan Scott, też równy gość zawsze lubił grać ze mną i Lee w kosza u nich na ich prywatnym mini ''orliku''. Ta... byli bogaci jak cholera.
   Gdy wszyscy się uściskali a ja to jakoś przetrwałam, usiedliśmy do kolacji. Mieszałam w resztkach słuchając jak wszyscy się śmieją, żartują i rozmawiają o wszystkich głupotach świata. Nasi rodzice w jednym pomieszczeniu to istne wariatkowo. Nawet Lee świetnie się bawił, a Noah tylko słuchał.
-Właśnie, Noah pochwal się! - zachwycona Pani Beneth klasnęła w dłonie.
   Chłopak wyprostował się i był wyższy od swojego taty siedząc, komicznie to wyglądało. Noah zakłopotany wpatrywał się we mnie sama nie wiem dlaczego... przecież się nienawidziliśmy. Pierwszy raz tak wyglądał, w szkole to chodząca elita, odważny, dobry uczeń i bożyszcze wszystkich lasek.
-No dobrze, to ja powiem... - uśmiechnął się jego tata. - Noah wyrusza wkrótce na Harvard.
-Wow, gratuluje! - uśmiechnęła się mama.
-Ta, idę zapalić. - wstałam z miejsca i poszłam powolnie do drzwi zakładając bluzę.
-Wróć kochanie, zaraz będzie wino i deser. - powiedział tata.
-Spoko. - rzuciłam na odchodne i usiadłam przed domem na schodach mając przed sobą sąsiednie domy. Zdecydowanie wolę widok po drugiej stronie domu - na dziką plażę i zachodzące słońce.
-Coś cię zdenerwowało, co nie? - usłyszałam głos przyjaciela zajmującego miejsce obok mnie.
-Nie, czemu?
-To co powiedział tata... o Noah... czy ty...
-Ocipiałeś chyba. - parsknęłam śmiechem. - Nie dobijaj mnie. Noah dla mnie to przygłup.
-Ale on chyba coś do ciebie...
-Lee, to kolejny koleś co chce zaliczyć, a ja nie dam mu tyłka jak wszystkie laski. - zaciągnęłam się i wypuściłam dym.
-Może i masz racje. - wzruszył ramionami.
-Ja zawsze mam racje, krytyczną i bezlitosną. Ale mam.
-Pamiętasz, że jutro jest impreza u Fisherman?
-Tak, i co?
-Widziałaś post, który dodała Reachel?
-No, i co?
-Idziemy?
-No jak mała owieczka chce lepiej poznać swoją wybrankę to czemu nie. - zaśmiałam się. - Będzie się z kogo nabijać... no i będę mogła w końcu się porządnie napić.
-Tym razem nie będę cię na plecach dźwigał.
-Nie będzie takiej potrzeby, jadę samochodem.
-I samochodem sama wrócisz pijana? Ty naprawdę oszalałaś.
-Mam mocną głowę.
-Pamiętaj, że tam będzie cała szkoła. Drew i jego pajace też.
-Wiem, nic nowego. A jak ci idzie z Sallie?
-Sporo rozmawiamy.
-Widziałam. - zaśmiałam się. - I jest taka słodka idiotka, na jaką wygląda?
-Za każdym razem gdy ją widzę wyobrażam sobie nas w jednym łóżku.













   Skrzywiłam się i z niesmakiem odparłam.
-Jezu, ale z ciebie prawdziwy nerd.
-No co? Ty nigdy nikogo nie wyobrażałaś sobie w ten sposób?
-Johnnego Deepa miliard razy po dziś dzień. - zaśmiałam się.
-To wiem, ale kogoś realnego, kogoś na wyciągnięcie ręki.
-Reachel Dann z teatralnej.
-Jesteś lesbijką? - wybuchnął.
-Nie, po prostu jakbym była lesbijką to bym ją puknęła. Poważnie, no co tak patrzysz?
-Bo nie wyobrażam sobie ciebie jako lesbijki ani jako hetero z żadnym chłopakiem u boku z wyjątkiem mnie.
-To było urocze. Przyjaźnimy się od dziecka do końca świata pamiętaj o tym zawsze. - oparłam głowę o jego ramie. To był mój jedyny i prawdziwy przyjaciel na całym globie.
-A co gdyby Sallie miała kogoś a dla mnie jest po prostu miła?
-Jest miła bo jest elitą. Czyli musi być miła. Przewodnicząca samorządu szkolnego musi być miła.
-A możesz choć raz nie czepiać się ludzi tylko być szczera?
-No właśnie byłam szczera, przed sekundą. - uśmiechnęłam się i podałam Lee jointa. - Rozpal a będę szczera według ciebie.
   Bez pytania rozpalił i zaciągnął się.
-Rodzice nie wyczują?
-Nie wiem, nie musimy do nich wracać.
-Dziewczyny są miłe albo żeby nikogo nie skrzywdzić, co potem się na nich odbija... albo miłe bo są zwyczajnie głupie albo miłe, bo coś chcą... no i ostatnie - miłe, bo ktoś się im podoba. Taka kolej rzeczy, żadna filozofia. A mi się wydaje, że naprawdę się jej podobasz, to nie jest skomplikowane.


-Wy jesteście skomplikowane. 
-Ale nasze zasady nie, jesteśmy zbyt inteligentne na wasz mały ptasi móżdżek. 
-Już sobie nie schlebiaj. 
-Słuchaj, żyjesz w cieniu Noah przez całe życie, jak ktoś cię dręczył i bił to on zawsze stawał po twojej stronie, laski leciały tylko na niego a nie na biednego Lee. 
-Nie pozwalałem mu na to ale zawsze był tam gdzie miałem kłopoty...
-To zacznij być ''badassem'', takim playboyem z magazynu. 
-Żartujesz sobie, powiedz, że tak...
-No oczywiście, że tak... nie zniosłabym drugiego Noah na pokładzie. - dałam mu kuksańca w ramię. - Bądź sobą, prędzej czy później znajdziesz kogoś a najładniejsza laska ze szkoły to same problemy.
-Czemu?
-Bo tak zwykle to się kończy. 
-Lee, Kate! Deser! - usłyszałam głos mamy i oboje spalając szybko jointa zeszliśmy na dół. 
   Oj jutro poszalejemy oboje... za wszystkie czasy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz