-Jak się czujesz, Kate? - spytał Billie, lekarz prowadzący chorobę mamy i za razem jej przyjaciel z młodzieńczych lat.
-Głupie pytanie, Bill. - odparłam, trzymając w dłoni kubek gorącej kawy.
-Anna jest smutna, myślę, ż...
-Każdy by był, gdyby umierał na tą cholerną chorobę. - zacisnęłam zęby i spuściłam wzrok na spieniony wierzch kubka.
-Chodzi mi o to, że twój tata jej wcale nie odwiedza.
-Chciałbyś widywać ukochaną żonę czy osobę na łożu śmierci? - rzuciłam cynicznym tonem, a on odwrócił wzrok gdzieś w dal robiąc przy tym dziwną minę.
-Nie mogę operować przyjaciół ani rodziny... takie procedury...
-Operować? - spojrzałam na niego pytająco, a on znów zerknął na chwilę na mnie.
-Katie, to może być dobra wiadomość. Tylko, że ona nie chce podpisać zgody na operację.
-Zaraz, chwila, moment... O jaką operację ci się rozchodzi?
-Anna... to znaczy, twoja mama, ma szansę pożyć jeszcze rok, może dwa. W jej płucach jest coś w rodzaju sadzy, przez to, że paliła tyle lat i pali do teraz, przez chemie i lekarstwa zbiera się w jej płucach nadmiar powietrza. Przez to się dusi i musi być tutaj. Do tego jej stan jest fatalny, a ona nie chce sobie pomóc.
-Tata nie może podpisać za nią tego kawałka cholernego papieru?
-Dopóki twoja mama jest w pełni sprawna fizycznie i psychicznie, jest w stanie podejmować sama decyzje to niestety nie.
-Ale... przyjaźnicie się tyle lat... czemu Ciebie nie posłuchała, bo chyba próbowałeś ją przekonać.
-Oczywiście... ale może dlatego, że nie chce żyć w cierpieniu?
-Tak ci powiedziała... - parsknęłam i w chwili dostałam zastrzyku adrenaliny, zagotowało się we mnie i ruszyłam do sali, gdzie leżała mama.
Wparowałam do środka, wzięłam taboret szurając tak głośno, że obudziłabym pół szpitala i usiadłam jak najbliżej niej mogłam. Przez hałas, jaki zrobiłam mama otworzyła oczy i spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.
-Oh... Katie... - uśmiechnęła się poprawiając niezdarnie.
-Czemu nie podpiszesz tej zgody? Co?! - uniosłam się.
-Billie ci powiedział, a obowiązuje go tajemnica lekarska...
-Oszalałaś? Czy przez tą chemie odjęło ci totalnie rozum? - ugryzłam się w język.
Zawsze, ale to zawsze powiem coś nie tak...
-Nie będę ci się z tego tłumaczyć, wybacz córeczko.
Wstałam gwałtownie prawie przewracając taboret i wyszłam z sali trzaskając drzwiami. Gdy wyszłam na korytarz nie wiedziałam co mam robić - krzyczeć, płakać, wrzeszczeć czy rozwalić cały świat bombą atomową.
Usiadłam na jednym z plastikowych, tandetnie kolorowych siedzeń przy sali gdzie leży mama i zasłoniłam zimnymi dłońmi twarz. Wsunęłam palce we włosy, drapałam głowę paznokciami jednocześnie ciągnąć włosy i szarpiąc, a noga nerwowo tupała mi o podłogę jak u nałogowego palacza. Odgłosy wszelakie nie docierały do mnie w tej chwili, świat się zatrzymał i wirował nieznośnie w kółko.
-Co jest, wiedźmo? - usłyszałam głos przyjaciela.
Rozczochrana, z przekrwionymi oczami od nerwów i zmęczenia spojrzałam na Lee, uśmiechającego się od ucha do ucha. Nie ważne jaki mam stan, zawsze się uśmiecha. Poprawia mi to humor, niż miałby płakać razem ze mną.
Oparłam głowę bezsilnie o jego ramię i wpatrywałam się w okropne,mdłe kafelki szpitalne.
-Czemu nie możemy żyć wiecznie... - szepnęłam nie odrywając wzroku od punktu.
-Byłoby piekielnie nudno. - wzruszył ramionami.
-Ale chociaż nikt by nie chorował i ostatecznie nie umierał.
-Takie jest życie, Kate. Ja też kiedyś kopnę w kalendarz.
-Głupi jesteś. My - zdaje się - mieliśmy żyć wiecznie, być nieśmiertelni i nie umierać. - zaśmiałam się smutno.
-Ale nie ratujemy świata, albo nam to fatalnie wychodzi.
Kiedyś, jak byliśmy mali rozbiliśmy namiot u niego na wielkim ogródku, gdzieś na końcu podwórka. Dodaliśmy lampki ledowe które zabraliśmy jego mamie, wzięliśmy słodycze i rzecz jasna paluszki i spędzaliśmy noc w zabawach, marzeniach i wygłupiając się jak tylko się dało. Wtedy, w lesie - bo Lee ma go zaraz za drugą bramą - usłyszeliśmy przeraźliwe wycie, jednak brzmiało to jak wielka wilcza bestia. Wtedy wyobrażaliśmy sobie jak jesteśmy nieśmiertelni, tylko nasza dwójka na całym świecie i jako super bohaterowie ratujemy świat przed potworami i niestworzonymi rzeczami. Całe dzieciństwo się w to bawiliśmy, bez chwili znudzenia. Dwójka super bohaterów, ratująca świat przed bestiami... tak, to były cudowne czasy beztroskiego cudownego dzieciństwa.
-Lee...? - odezwałam się po długiej chwili milczenia.
-Tak?
-Czy powinnam pozwolić mamie podjąć decyzję, która przyspieszy jej odejście?
-Jeśli ona tego chce i wie, że poczuje ulgę powinnaś ją wspierać w tym czasie, który jej pozostał, żeby nie odeszła z myślą, że Cię zawiodła.
-To chore...
-Nic nie poradzisz na przeciwności losu.
-Gdybym mogła dać jej życie w zamian za swoje...
-Kate, to jest samo życie. Nic z tym nie zrobisz, musisz nauczyć się żyć z myślą, że w pewnych sprawach nie możesz mieć zdania. A ty we wszystkim i tak zabierasz głos.
Uśmiechnęłam się lekko.
-Chodź, odwiozę cię do domu.
-Nie wyjaśniłam wszystkiego z mamą...
-Daj jej czas, żeby to przemyślała. A może do niej coś dojdzie i zmieni zdanie.
Wstaliśmy. Lee odwiózł mnie do domu. Tata dużo pracował, mój brat zostawał zwykle z opiekunką Sophią, bo odkąd mama jest w szpitalu nikt nie ma wiele czasu dla tego brzdąca. Bardzo są zżyci z mamą, tylko, że nawet Billie nie pozwala mu wchodzić na salę, gdzie ona leży.
Zrzuciłam torbę z ramienia jak zwykle nic nie mówiąc, że wróciłam. Zerknęłam do salonu i ujrzałam tatę siedzącego tyłem do mnie. Pił whisky z lodem, którą z mamą dostał ode mnie na ich rocznicę. Najdroższa rzecz jaką kupiłam za parę ładnych dolców.
Oparłam się o framugę i spoglądałam chwilę w ciszy na ojca.
Patrzył na dłonie, obracając złotą obrączką na palcu.
-Co tam? Wszystko okej? - odezwałam się w końcu, lekko się uśmiechając.

-Tak, Kate. - odparł nawet nie ruszając centymetrem ciała.
-Nie odwiedzasz mamy w szpitalu.
-Bo pracuję, żeby utrzymać tą rodzinę w kupie i ten cholerny dom. - burknął.
-Możesz mi powiedzieć, co jest grane. - wzruszyłam ramionami.
-Idź do siebie, chcę być sam.
-Dobra,dobra... jak tam chcesz. Wiesz gdzie mnie szukać. - podniosłam ręce w geście obronnym i zgarniając plecak i idąc do siebie. Usiadłam przy oknie, wyjęłam z małej kieszonki folijkę, tzw. fotkę i wszystko położyłam na małą wagę, którą wyjęłam z szafki nocnej. Uniosłam brwi zaskoczona.
-No,no... 0.93... postarałeś się, Drew. - mruknęłam do siebie i wyjęłam z plecaka bletki i skręciłam blanta. Usiadłam na dachu, przed swoim oknem. Spoglądałam na osiedle domków naprzeciwko, wszędzie paliło się światło, słychać było gdzieniegdzie głosy, śmiechy dorosłych i dzieci.
Nagle świat stanął, wypuściłam powoli dym z płuc czując po chwili nieprzyjemny smak spalonych, zgniłych liści. To smak wolności, relaksu i chwili dla siebie... tylko dla siebie.
-A ty znowu to robisz. - zerknęłam wystraszona w bok widząc Lee.
-Cholera jasna, musisz mnie zawsze straszyć. Poza tym kto cię wpuścił, bo na pewno nie mój pijany tatuś.
-Wszedłem po tym krzaku rosnącym na twoim domu.
-To ma specjalną nazwę, wiesz?
-Krzak to krzak. Daj trochę.
Zaczęłam się głupkowato śmiać i podałam mu blanta.
-Kate, musisz z tym spasować... Drew w szkole bije na tobie największą kasę a to tylko skończony debil.
-Mam to pod kontrolą. - odparłam.
-Jasne. Codziennie go z tobą widzę.
-Nie biorę od niego codziennie.
-Słuchaj, on to nie tylko diler szkolny. Ma plecy, jest niebezpieczny.
-Czy ja kiedyś wpadłam w kłopoty i sama z nich nie wyszłam?
-No. Zawsze wpadałaś sama ale wychodziłaś jakimś cudem ze mną.
Zaśmiałam się.
-Zluzuj gacie, mam wszystko pod kontrolą, pajacu. - wyszczerzyłam zęby wpatrując się w przestrzeń.
Gdy Lee poszedł już ''zniszczony'' lolkiem usiadłam na łóżku i poczułam stres. Sytuacja z mamą mnie dopadała coraz bardziej... przytłaczało mnie to. Ścisnęłam mocno swoje przed ramie.
-Kate! - usłyszałam głos ojca idącego w stronę mojego pokoju. - Jarasz to zielsko, śmierdzi w całej chałupie! - otworzył drzwi z impetem spoglądając na mnie a ja na niego niewzruszona. - Słyszałaś?!
-No... i ? - wzruszyłam ramionami.
-Jak wylądujesz w kryminale to nie licz na mnie!
-Jasne, dzięki. - uśmiechnęłam się, a on trzasnął drzwiami i wyszedł.
Mały obudził się i przyszedł do mnie więc tak naprawdę zasnęłam z nim od razu...
Rano młody był już w przedszkolu a ojciec w robocie. Ja postanowiłam obudzić mojego przyjaciela w niedzielny poranek o ósmej i wybrałam się do niego. Jego rodziców nie było, za to był Noah i oczywiście otworzył mi drzwi bez koszulki.
-Na litość wszystkich świętych, raz mógłbyś się ubrać.
-Przecież spodnie mam.
-A gaci nie zapomniałeś? - warknęłam. - Mogę wejść, ja do Lee.
-O 8.30 rano?
-Mam taki kaprys.
-Hej, kiedy ci urosły cycki?
Oburzona spojrzałam na tego gnojka, uśmiechnęłam się tylko.
-W tym czasie, kiedy twój kolega w spodniach nawet nie urósł o milimetr.
Spojrzał na mnie zbity z tropu i żarciku.
-Dzban jeden... - mruknęłam pod nosem i poszłam do pokoju Lee.
Ich dom był tak wielki, że gdyby tu ktoś urządził imprezę to skończyłaby się trzy dni po jej rozpoczęciu... Jednak każdy kąt znałam jak swój własny. Ich rodzice mnie uwielbiali, oni też codziennie bywali u mamy.
Weszłam do pokoju przyjaciela a tam nic tylko smród trawy i spoconych skarpet. Spojrzałam na niego, tak... zawsze tak kończył po paru buchach... albo rzygał albo spał i spać będzie do wieczora.
Spojrzałam na niego żałośnie, nie wiedząc co ze sobą zrobić.
-Lee... kiedyś cię nauczę jarać z głową... - mruknęłam do siebie i z okna zobaczyłam jak Noah gdzieś jedzie na motocyklu. - Ale chyba teraz nic tu po mnie...
Poszłam przed dom, a raczej na plażę. W La Push mój dom mieścił się zaraz na plaży, dlatego uwielbiałam tu siedzieć. Tam trochę wiało, więc przebrałam się w domowe rzeczy i poszłam przemyśleć wszystko na spokojnie na piasek...






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz