piątek, 21 grudnia 2018

Od Kate

   Koniec chwil jako nastolatka, niewinna, zbuntowana dziewczyna nosząca za sobą ciemną aurę. Ciemna aura tak właściwie towarzyszy mi ciągle, bez przerwy ze mną jest i podtrzymuje. Podtrzymuje na tym nudnym świecie jeszcze chwilę. Zanim zdążę cokolwiek pomyśleć to i tak wraca, wszystko po pewnym czasie wraca.
   Usiadłam przy barze, pełnego nastolatków i studentów, pijących wódkę. Ten klub był bardziej w głębi Seattle, ale najdroższym i najbardziej spacyfikowanym miejscem - pełnych kokainy - bo tylko takie materiały się tu liczyły. Szef jest grubą rybą, jednak wciąga tak samo jak każda osoba w tym miejscu, każda gwiazda, fotograf - każdy. Tutaj spojrzenie na świat zdaje się być... nieco smutniejsze i wyraziste.
   Od głośnej, remixowej muzyki bolą mnie uszy, a oczy od ruchomych świateł wciąż drażniąc moje spojówki. Biorę łyk piwa i czekam, bo tu miałam się stawić. Nigdy go nie wystawiam, ale równie lojalnie nienawidzę za to, czemu jestem gdzie jestem, czemu wiem to, czego ci na tej sali nie wiedzą i całe Seattle.
   Poczułam dotyk na ramieniu, Drew poklepał mnie i objął na pokaz prowadząc do znanego mi biura Vendigo. Vendigo to nazwa klubu jak i ksywy szefa, który swoją drogą nieźle się stoczył.
   Wiem więcej niż mogłoby się wydawać. Ja pomagam rozdawać karty i nie mogę się z tego wycofać. Za dużo mi płacą i jeśli nawet płacą - to będą mnie zmuszać do oddania całej forsy za ostatnie dwa lata.
  Weszłam do środka, był tam tylko Vendigo, Drew, ja i Jacob. Jacob rzadko tu bywał, chyba, że miał interes albo zaległą zapłatę u szefa. Zakładam, że ma dwa razy więcej kasy do oddania niż ma w banku na koncie.
-Zawsze, ale to zawsze, Drew, będę ci jej zazdrościć. - parsknął Jacob wpatrując się we mnie z lekkim uśmiechem.
   On nigdy się nie uśmiechał. Chyba, że kogoś szarpał, bił, próbował ''wybić'' pieniądze z tkanek, mięśni i z duszy klienta, jeśli zalega ze spłatą. Wtedy się uśmiechał. Nigdy do kobiet. Nie lubił kobiet. Z wyjątkiem mnie, bo do mnie ma wielkie, ogromne zaufanie.
-Siadajcie, co tak stoicie. - kiwnął głową na kanapy naprzeciwko siebie.











   Zajęliśmy miejsca, naprzeciw nas stały butelki z najdroższą whisky jaką można dostać na rynku, popielniczka, dość ubrudzona od kiepów jak i stół, choć był pewnie droższy od mojego telefonu.
-Nie mam, na litość boską, Jacob. Ja dostanę... w środę, mam ugadane, sto procent!
-Nie interesuje mnie - zaczął z powagą i spokojem, obierając pomarańczę - czy masz forsę czy nie, ty masz ją po prostu mieć.
-Nie mogę, teraz nie mam jak, Kubuś, nigdy ci nie kitowałem.
-Lubię cię, ale lubię pieniądze. I nie lubię, gdy ktoś zapożycza się na 90 tysięcy długu i zwleka, oddając, bo zakładam, że oddasz część kasy albo ćwierć.
-Swoje interesy możecie załatwiać między sobą. - dogryzłam, znudzona tematem długów Vendigo.
   Szef miał około czterdziestki piątki i był otyłym, łysiejącym typem z obrzydliwymi na twarzy bliznami. Nie raz ktoś go bił, zmasakrował czy poturbował do nieprzytomności za jego ''długi''. Jednak co jak co - jeśli Jacob go lubi to ma szansę na ulgę.
   Jacob sam załatwia takie rzeczy.
-A no tak - ocknął się - najpierw interesy.
   Wyciągnęłam przeliczenia za ostatni miesiąc, imiona, nazwiska i adresy. Stąd znam wszystkich w szkole i w La Push. Prawie, przynajmniej tych, co biorą to od Drew.
-Spora suma - dodał Szef.
-Sporą sumę to ty masz do oddania. - warknął mój kolega z budy.
-A kto ci takie limo zrobił? - roześmiał się, jak stara ropucha.
   Spojrzał na mnie znacząco, jednak udawałam, że nic nie wiem.
-Z nią nie ma żartów. Jest nietykalna - powiedział nagle Jacob przeglądając sumy i imiona. - Zaraz... brakuje mi tu tysiaka. - spojrzał na mnie znacząco.
-Tak, zgadza się. Dziewczyna z imprezy.
-Imię i nazwisko.
-Sama to ogarnę.
-Dała kasę... - wtrącił Drew.
-Nie wcinaj się nie pytany. - uciszył go Jacob. - Mów.
-Załatwię to, kant to nic takiego.
-Dla mnie kant załatwia się w pół godziny z trasą. To kokaina, Kate, nie szminka za tysiaka.
-Za kogo mnie masz? - warknęłam. - Reachel, taka laska ode mnie z budy. Sama bierze ale z innego źródła.
-Innego?
-Ktoś z La Push. Nie znam.
   Drew dziwnie zareagował, jakby chciał się ulotnić. Wygląda, jakby źle się poczuł albo coś w tym stylu. Skrzywiłam się i kontynuowałam.
-Co to za problem,Reachel to dobra dziewczyna, ja to załatwię.















-Zobaczymy. Ile masz materiału?
-Jeszcze z dziesięć wyrobię i czystka. - odparł Drew.
   Czemu tu jestem, pytacie? Bo ja to towarzysz ich biznesów, wciągnięta gdy jeszcze sypiałam z Drew, gdy jeszcze coś nas łączyło. Coś... tym czymś była żądza wejścia w dorosłe życie w jakimś stopniu i to z nim zrobiłam to pierwszy raz, i się sobą brzydzę. Jednak to właśnie on wciągnął mnie w trawę, całe babranie się z narkotykami.Przechowywał u mnie, ja nie miałam z tym problemów, po prostu wydawało mi się, że tak trzeba, bo to ''mój facet i wie co robi''. Potem były problemy, to Jacob mówił,że mam go mieć na oku bo kręci, zawsze kręcił. I dlatego ja mam nad wszystkim kontrolę bo nie mają nikogo kto to zrobi a jeśli bym odeszła to pewnie by mnie odstrzelili albo dali nauczkę bym wróciła jak dosłownie zbity pies. Poza tym kto rozpozna niewinną, wystrzałową laskę wyglądającą jak milion dolców o robienie miliona na takim czymś? Nikt. I o to im chodzi.
-Wyjdźcie. Kate zostaje.
   Wszyscy wyszli i zostałam ja i Jacob. Nie bałam się go, byliśmy jako jedyni jak bracia, jak przyjaciele, którzy umieli siebie nawzajem znieść. Rozmawialiśmy bez przywitań, tanich buziaków na przywitanie. Czegokolwiek, co robią zwykli przyjaciele. My byliśmy... naturalni w swoim toarzystwie, bez uczuć. Obojętni.
-Myślisz, że on nie kręci? - zaczął.
-Byłby aż tak głupi? - pytam, biorąc łyk whisky.
-Ty go masz na oku.
-Chciałabym mieć kogoś na oku 24 na dobę, Jacob.
   Uśmiechnął się.
   On nawet nie pomoże mi z tego wyjść. Nie może. Ma związane ręce, choć sam jest szefem swojego biznesu od ośmiu lat i bez złapania przez policję.
   Nagle zadzwonił jego telefon, który dzwoni ciągle, bez przerwy. Zwykle to klienci, ale tym razem miał inny, spokojniejszy głos.
-Ciociu, biznesy robię. - odparł. - Nie, nic nie wiem. Z Liamem nie mam kontaktu odkąd wyjechałem. Jestem blisko, mogę do was wpaść jak będę wolny. Na razie. - rozłączył się i odłożył telefon na stolik. - Cholera, jakbym miał dziesięć minut żeby wpaść do ciotki na herbatę.
-Liam, znam jakiegoś Liama.
-Na pewno nie z klientów, to mój kuzyn. O dwa lata młodszy, ale jego matka kiedyś mnie wychowywała, zanim nie uciekłem z domu. Liam od tamtej pory średnio chce mnie pamiętać.
-Fakt, bo gdy z nim rozmawiałam nic nie wspominał, chyba, że nie tego Liama masz na myśli.
-Wpadnę jutro, pogadamy.
-Nikt nas nie może razem widzieć. Nie znamy się, pamiętasz?
-Spokojnie, zdzwonimy się gdy nikogo przy tobie nie będzie. Odwieźć cię?
-Piłeś...
-Dwa łyki, ze mną się nie musisz obawiać. - wstał i zrobił miejsce.

   Jacob ma tyle dobrego, że jako handel traktuje pracę, a sam nie bierze tego gówna. Znam go odkąd Drew mnie wpakował w to świństwo, a on sam jest człowiekiem zabieganym. W godzinę może zarobić dwa razy tyle, ile zarabia miesięcznie nauczyciel. Nie robi przerw, ma tylko czas na spanie, jedzenie i trasy. Ściganie tych, którzy mają długi. Ale nie sądziłam, że zna Liama, jeśli to o niego chodzi, bo innego w La Push nie znam... jednak nikt nie może wiedzieć, że znam się z Jacobem, po prostu nikt. Od dość długiego czasu mamy to w tajemnicy, czy tego chcę czy nie muszę robić to wszystko. Jacob nie tylko handluje, raz zabił, może dwa... i tu zaczyna się cienka linia, która oznacza, że po prostu on mnie w jakimś sensie przeraża. Jednak po prostu go lubię, albo muszę go lubić bo czuje się bezpieczna. On to zapewnia, że zapominam o cholernej chorobie matki.
   Odwiózł mnie a ja sama wróciłam do domu. Potem jechał odwieźć Drew, co pewnie dobrze się nie skończy. A potem... zobaczymy co dalej.

wtorek, 11 grudnia 2018

Od Kate

   Sallie siedziała z nawalonym Lee na kanapie w salonie, gdy podeszłam widziałam niezadowolenie dziewczyny jednak nie interesowało mnie to za bardzo. Przyjaciel był o krok od zgonu, więc wzięłam go z drugiej strony pod ramię.
-Na co czekasz? - warknęłam, a Fisherman pomogła mi dotransportować go do pokoju. Walnęłam go na łóżko i spojrzałam na nią.
-Przynieś herbatę, gorzką. Ma być ciepła.
-Jasne... - kiwnęła zestresowana głową. Biedaczynka, nie była chyba przyzwyczajona do widoku rzygów.
   Lee odcięło gdy tylko się położył. Ja wpatrywałam się w niego lekko zaniepokojona... nie może tu zostać.














   Co jak co, ale nie należałam do miłych osób ani do tych, które lubią pomagać czy zawierać przyjaźnie. Ale Lee to jedna z najważniejszych osób w moim życiu i w takich sytuacjach wiem, że powinien wrócić do domu i powinnam się teraz nim zająć. Gdy Noah obecny na tej imprezie nie odbierał telefonów postanowiłam go poszukać jak tylko wróci do pokoju organizatorka imprezy. Wróciła z herbatą, z wielkim kubkiem i jaśkiem, prawdopodobnie żeby było mu wygodnie ale wątpiłam, by poczuł poduszkę pod głową w takim stanie.
-Zostań z nim, ja poszukam jego brata. - podeszłam do drzwi i otworzyłam je, gdy zatrzymała mnie Sallie.
-On jest na balkonie...
-Jasne. - wzruszyłam ramionami i poszłam w stronę brata Lee.
   Gdy go znalazłam obściskiwał się z jakąś laską z metalem na twarzy, milion kolczyków aż mnie odrzuciło na kilometr od tej paskudy.
-Sorry, ale...
-Nie teraz, Kate. - wymamrotał, połykając dziewczynę.
   Szarpnęłam Noah, co poruszyło nieznajomą.
-Odwal się! - krzyknęła, na co ja bez wzruszenia zignorowałam ją.
-Zabierz Lee do domu, źle wygląda. Nie wiem, czy czegoś mu ktoś nie dorzucił do drinka.
-Co? - zdenerwowany odszedł od laski. Nie wyglądał na dobrego brata, jednak był starszy... i troszczył się o niego. - Gdzie jest?
-Z Sallie w pokoju, pilnuje żeby nikt mu nie wparował nagle do pokoju ani...
-Który pokój?
   Gdy pokazałam mu gdzie leży jego brat uznałam, że jest bezpieczny i trafi do domu z dobrą eskortą. Ja natomiast gdy przechodziłam obok jednego z pokoi usłyszałam rozmowę Drew z jego kolegami. Warto było podsłuchać.
-Nie skapnie się, że został trafiony. - zaśmiał się jeden.
-Kate się zorientuje... - westchnął Drew.
-I tak masz dobrze. Dziewczyna płaci w naturze... - zaśmiał się trzeci.
   Zacisnęłam pięści i cofnęłam się do Noah który rozmawiał z Sallie. Nie spodobało mi się to, bo znając jego będzie próbował ją wyrwać a Lee tego nie zniesie... jednak nie to było teraz ważne.
-Noah... chodź na chwilę...
-Co jest?
-To Drew trafił Lee. Wiem, bo słyszałam ich rozmowę. No i mówili o mnie, że się puszczam i tak dalej...
   Nie zdążyłam dokończyć, Noah ruszył prosto do pokoju wskazanego przeze mnie i każdego z osobna poustawiał tak, że od razu... hm... ''zasnęli''...
-Odwiozę cię.
-Ty nie piłeś?
-Ktoś musi was pilnować.
-Dla mnie i Lee nie piłeś? - spytałam zaskoczona.
-Już się nie rozczulaj, chodźmy.
-Ja jeszcze zostanę. Weź go do domu...
-Wszystko okej?
-Jasne. - uśmiechnęłam się.
   Nagle dziwnie się zbliżył, w pokoju byliśmy tylko ja, on i nieprzytomny Lee... ale pocałował mnie. Noah, który zawsze mi dokuczał i nienawidził. Odepchnęłam go.
-Stary, to jak całowanie się z bratem. - odparłam i pokręciłam głową. - Nic do ciebie nie czuję, a o tym zapomnimy. - wyszłam i poszłam jeszcze po całej sytuacji po parę drinków.
   Przy barze znalazłam Liama, co prawda nie znam go zbyt dobrze ale chyba był wcięty. Takie miałam wrażenie, może przez to, że sama byłam lekko pijana? Lekko... to mało powiedziane.
   Barman, którego wynajęła Sallie specjalnie na tą imprezę czekał, aż złożę zamówienie.
-Pięć razy wściekłego psa. - zachwiałam się i usiadłam na taborecie.
-Chyba już masz fazę, co?
   Spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem.
-Mam mocną głowę, na to ile dziś wypiłam nie ma co się dziwić. Czemu ciągle widzę cię samego?
-Kumple się bawią, każdy znalazł partnerki na tą imprezę. - zaśmiał się i wziął łyk piwa.
-Widocznie obydwoje nikogo nie znaleźliśmy. - odparłam i właśnie barman podał mi drinki.
-Dzięki. - mrugnęłam do niego i wszystko wypiłam, po czym zamówiłam piwo.
-Nie przesadzasz trochę?
-Trzeba umieć się dobrze bawić.
-Wydaje mi się, że zapijasz smutki i zmartwienia.
-Psycholog się znalazł. - parsknęłam.
-Masz limo pod okiem...
-Ta, dostałam przypadkiem od koleżanki z łokcia. - wzruszyłam ramionami, mając nadzieję, że chociaż kilka osób tego nie widziało.
-A przypadkiem...
-Jesteś uroczy. Ale ja nie jestem fajną dziewczyną. - wtrąciłam, by ominąć temat.













-Inaczej mi się wydaje.
   Przegryzłam wargę i na chwilę pomyślałam o tym, jak bardzo mi się kręci w głowie. Aż nagle usłyszałam za plecami krzyk Reachel.
-Chodź! To moja piosenka a nikt nie chce już tańczyć!
-Nie... - pokręciłam głową.
-To poproszę tego przystojniaka...
-Dobra, dobra... chodź. - nie wiem, czemu jej nie pozwoliłam zaprosić Liama... to był odruch. Pijacki odruch.
   Tańczyłam z nią w tłumie ludzi, gdy Reachel podała mi rękę i właściwie to tańczyłyśmy na stole. Nie poznawałam siebie, coś tu nie grało. Nagle powinęła mi się noga i upadłam, przygotowana na to, że moja twarz zaraz mocno przytuli podłogę ale złapał mnie Liam.
-To może ja cię odwiozę. - zaśmiał się.
  Wyswobodziłam się z jego ramion i stanęłam chwiejnie na nogi. Patrzyliśmy chwilę sobie w oczy i pomyślałam, że w sumie to impreza i oboje jesteśmy pijani, nic z tego nie zapamiętamy...
   A raz się żyje.
   Pocałowałam go, ale... to trwało dłużej, niż sądziłam. Ani ja nie mogłam się oderwać ani on, gdy już od siebie się odsunęliśmy przeczesałam nerwowo włosy.
-Przepraszam... muszę iść... - wybiegłam i wsiadłam do samochodu.
   Tak, prowadziłam kompletnie pijana, ale to nie zmienia faktu, że nie dojadę. Nie w takich sytuacjach prowadziłam.
   Dojechałam do domu i weszłam do środka. Walnęłam się na łóżko...
-Niech ten dzień się już skończy...
 

   Rano miałam okropnego kaca jednak pomyślałam, że warto by odwiedzić Lee. Podejrzewałam, że nawet nie pójdzie do szkoły. Była sobota, jednak mieliśmy przygotowania wraz z ostatnimi klasami do egzaminów końcowych.
   Noah mi otworzył, usiadłam czekając aż przyjaciel zejdzie. Noah pisał z kimś na telefonie, a ja powoli się niecierpliwiłam.
-Nie piszesz z Fisherman, mam nadzieję.
-Co? Ach... nie, z kumplem o meczu.
-Jasne.
-No mam ci pokazać?
-Nie wierzę po prostu, że najlepszą laskę w szkole olewasz. Zawsze miałeś wszystkie.
-Byłem z nią, jest okej.
   Uniosłam brwi i z zaniemówienia aż wstałam.
-Idę do niego...
-Usiądź.
   Nagle usłyszałąm z góry krzyki... na pewno nie Lee... na górze w jego pokoju. Spojrzałam na sufit i na Noah.
-To może ja pójdę...
-Zostań. - odparł, prawie wybuchnął śmiechem.











-Czy on...
-Ta, zalicza właśnie Sallie. Dlatego do niej nie podbijam. W końcu mu się układa. - wzruszył ramionami i nagle roześmiał się. - Wyluzuj. Nie robiłaś tego nigdy czy jak?
-Trochę mi niedobrze słyszeć, jak rucha się z Fisherman.
-Ja mam to gdzieś.
   W końcu Lee zszedł na dół i wyszliśmy na ogród nad basen. Mierzyłam przyjaciela z niepokojem.
-Co? - parsknął.
-Sallie poszła?
-Nie, czeka w pokoju.
   Uniosłam brwi.
-Serio. - parsknęłam.
-Daj spokój, ty wczoraj z tego co słyszałem sama się z kimś całowałaś.
-Cholera... ale całowanie to nie seks.
-Kate...
-Potem wpadnij do mnie. Dziś nie idę na egzaminy, mam dość budy.
-Budy, czy głupio ci patrzeć w oczy temu przystojniakowi, Kapitan drużyny, hm? - zaśmiał się.
-Oboje byliśmy pijani.
-Ta, fakt.
-Do potem. - wzięłam torbę i wyszłam.
   Dobrze, że nie wie że Noah mnie pocałował... byłby wściekły... to jedna z naszych zasad od dziecka... oby nie wszystko wyszło na jaw ze wczoraj... I oby Drew mnie nie dopadł.

piątek, 7 grudnia 2018

Od Kate

   Obserwowałam z obawą Reachel... nie podobało mi się to, że tyle wciągnęła... co prawda nie wiem czemu zależy mi na niej i na jej bezpieczeństwu. To jest to słynne ''poczucie winy''? Ciekawe..
-Ty jeszcze tu siedzisz? - spojrzałam na nieznajomego.
-Jak widać.
-Jest tu tyle dziewczyn napompowanych narkotykami chętne na imprezowanie, nie jesteś chętny?
-Nie. - pokiwał głową z udawaną miną rezygnacji.
-Ale na szarą laskę z budy już owszem?
-Nie powiedziałem tego...
   Zaśmiałam się i wyzerowałam piwo, odkładając pustą butelkę na barek.
   Nagle całe krzyki ucichły, zrobił się tłum na środku wielkiego salonu, słychać było tylko muzykę, jakbym zamknęła się w pustym pomieszczeniu i sama głośno się w nią wsłuchiwała, czując jak bębenki powoli nie wytrzymują ciśnienia. Pobiegłam w zbiorowisko uczniów i na środku Reachel kłóciła się z jakimś kolesiem. Tym kolesiem był kumpel Drew, jednak nie jest od nas ze szkoły. A to wróży sam wielki kłopot.
-Ten koleś mnie obmacywał! - krzyknęła wściekła... ale i oczy jak talary świadczyły o jednym... i tłum uważał od razu, że jest naćpana. Jednak po napalonym typie też mogłabym sporo powiedzieć.
-Sama pchałaś mi ręce do spodni mała!
   Zacisnęłam pięści i przecisnęłam się przez tłum. Ktoś ściszył muzykę minimalnie, albo sama się ściszyła. Stałam w okręgu zbiegowiska, w samym centrum i czułam ten gorąc, nie do wytrzymania dobijającą się presję i żądną sensacji emocji tłumu. Wyrwałam wszystkim na przodzie telefony w rękach i rzuciłam na podłogę, stając obok Reachel.
-Wypad stąd.  - widziałam przerażenie w oczach Sallie, co nie za bardzo mną ruszyło ale chciałam wywołać aferę, no i mam.
-Ty szaraczku, będziesz mi mówić co mam robić?
-Ta, bo to nie twoja impreza. Wypad.
-Zawsze miałaś cięty język, a taki sam będziesz mieć na psiarni, jak wyjdę stąd i po nich zadzwonie?
-Nie obchodzi mnie to, wypierdalaj! - popchnęłam go, lekko nawalona przez wyzerowane piwo. Jednak trzymałam się świetnie.
   Reachel obrała taką postawę jak ja, choć wiedziałam że w duszy odetchnęła, że ktokolwiek się za nią wstawił.
-Szmato, zawsze musisz mi wchodzić w drogę a ja mam taką ochotę komuś zajebać...
   Uderzył mnie, to fakt, ale nic nie poczułam i Reachel rzuciła się na niego w furii, a ja szczerze mówiąc byłam tak wściekła, że wyrwałam się komuś gdy podawał mi rękę i poszłam za dwójką bijących się i szarpiących kolegów, no i Reachel zamknęła go w jednej ze schowków piwnicznych i po sprawie. Muzyka grała dalej, ludzie zapomnieli o sprawie i dalej brali dragi i tak dalej. Jakiś czas siedziałam i piłam, i piłam, i tak dalej... po czym tak jak słyszałam krzyki i dobijanie się do drzwi pijanego Cole'a w schowku. Dopiłam kolejne piwo i poszłam zobaczyć, o co chodzi, jednak drzwi były zamknięte.
-Szukasz kogoś? - spytał nagle Lee.
-Gdzieś ty był?!
-Czemu masz limo pod okiem, jezus... Kate...
-Trzeba było być a nie ruchać za ścianą! - krzyknęłam wychodząc z salonu na taras.
-Co się stało?!
-Spadaj! Wal się. - machnęłam ręką i usiadłam na krześle. Z drugiej strony domu wszyscy bawili się nad basenem.
   Obok mnie usiadł znów ten nieznajomy... Liam, chyba. Zapaliłam papierosa i wpatrywałam się w ulice bogatych domów.
-Kłótnia z chłopakiem? - uniósł brwi pijąc piwo.
-To przyjaciel od piaskownicy.
-Wierzę. A czemu taka ładna dziewczyna i pali?
-Bo nie jestem damą, tylko dziewczyną. - wzruszyłam ramionami. - Zaraz i tak spadam, mam dość.
-Jak wrócisz? Mieszkasz blisko tak?
-Daleko, ale jestem autem.
-Masz prawko i chcesz jechać po pijaku?
-Nie czuje się pijana i nie mam prawka.
-I jesteś autem? - roześmiał się.
-Zgadza się. Spadam jeszcze czegoś się napić i zjeżdżam.
   Gdy zobaczyłam wchodząc do środka jak Lee leży zezgonowany na kanapie nie mogłam tego znieść.
-Ta, to pobędę tu jeszcze do końca imprezy żeby go ogarnąć do jakiegoś wolnego łóżka. - westchnęłam i mozolnie ruszyłam na ''pomoc'' temu pajacowi.

czwartek, 6 grudnia 2018

Od Liama

Rano byłem jak trup. Zostałem w domu i przespałem cały dzień jednak wieczorem obudził mnie Eryk.
-Zamieszasz zostać w łóżku do śmierci?
-A jak tak to co?-powiedziałem twarzą w poduszce.
-Stary! Jest impreza! Wstawaj masz 15 minut na wykąpanie się i ogarnięcie i jedziemy.
-Nie wiem czy mi się chce..
-Nie chce Ci się iść na imprezę? Kim jesteś i co zrobiłeś z moim kumplem? Słuchaj! Będzie tam tłum pijanych lasek i chętnych na zabawy!
-I?
-Nie chcę tego słuchać wstawaj!
Zrzucił mnie z łóżka więc chcąc nie chcą musiałem wstać.
Szybki prysznic, przebrałem się i chwilę później byliśmy w drodze.
-Nie wiem czy to dobry pomysł..
-Z twoją tendencją organizmu do szybkiego zdrowienia i w efekcie bez możliwości opicia się masz duże szanse na wyrwanie sporej liczby lasek i zaliczenie.
-Jakoś mnie  to nie interesuje.
-Chcesz czy nie ja zamierzam się super bawić
-Ok... nie mieszaj mnie tylko w to.
-Dobra.
Weszliśmy do ogromnego domu pełnego pijanych nastolatków.
Typowa impreza. Pełno alkoholu, narkotyków i reszty tego świństwa. Eryk od razu poleciał do barku i przyniósł nam po piwie.
-Na zdrowie stary!
-Obym tylko nie musiał Cię stąd wynosić.
-Dobra dobra..
Kilka godzin później już tańczył z jakimiś dziewczynami na tarasie. Mogłem się założyć że był teraz w niebie.
JA stałem oparty o ścianę i popijałem piwo które dawało mi poczuć procenty tylko przez parę sekund.
Jako że moje ciało bardzo szybko się regenerowało nie mogłem się opić.
Próbowaliśmy miesiąc po moim pierwszym przemienieniu się. Eryk zezgonował a ja byłem trzeźwy mimo iż wypiłem więcej od niego a on potrafi dużo wypić. Musiałem go wpakować do samochodu a potem jeszcze zawlec do pokoju. Nie było to przyjemne.
Zastanawiałem się czy wycie które słyszałem należało do alfy który mnie przemienił. Miałem tyle pytań a zero odpowiedzi. Najbardziej męczyło mnie to dlaczego mnie porzucił? Beta bez alfy staje się omegą a to nie jest dobre dla wilka. Samotny wilk w naturze to prędzej czy później martwy wilk. Na szczęście i nie szczęście oprócz mnie nie było tu żadnych innych nadprzyrodzonych istot. Chociaż z przyjemnością poznał bym jakąś.
Zobaczyłem jakąś dziewczynę sączącą drinka i z uśmiechem patrzącą na tłum. Czemu siedziała sama? Po chwili ją poznałem.
Podszedłem do niej.
-Hej.. Kate?
-My się znamy?
-Nie, widziałem cię na próbie teatralnej. Jestem Liam.
-Co chcesz?
-Zauważyłem że siedzisz sama wiec postanowiłem zagadać. Mogę się przysiąść?
-A jak powiem nie to sobie pójdziesz?
-Nie koniecznie..
Przewróciła zrezygnowana oczami.
Usiadłem obok niej.
-Chyba nie za dobrze sie bawisz co?-zapytałem.
-Tak jak i ty najwyraźniej.
-To super bo ja sie bawię świetnie.
Znowu przewróciła oczami. Chyba miała to w nawyku.
-Co taka antyspołeczna jesteś?
-Bo lubię.
-A i rozmowna jesteś bardzo.-powiedziałem z uśmiechem i napiłem się łyka piwa.
Spojrzałem na kumpla który bajerował jakąś dziewczynę. Trzymałem za niego kciuki. Należy się chłopakowi znalezienie jakiejś dziewczyny.

piątek, 30 listopada 2018

Od Kate

   Rano w piątkowy dzień już siedziałam po jednych z zajęć chemii i słuchałam kazań nauczycielki, która widocznie chciała mnie oblać. Ja nawet kłócąc się i pyskując nie mogłam dokończyć żadnego zdania, bo baba normalnie mi nie pozwalała.
-Albo się weźmiesz do roboty i w dwa tygodnie poprawisz oceny albo zrobię co w mojej mocy i cię stąd wykopię.
   Zrezygnowana odwróciłam wzrok.












-Zajebiście, mogę iść?
-Kate! Co to za język, do cholery!?
-Pani też nie grzeszy kulturą językową. - uśmiechnęłam się złośliwie i wstałam biorąc torbę, po czym wyszłam. Jędza.
-Hej, co ty taka... - usłyszałam głos Reachel. Odwróciłam się w jej stronę zaskoczona, że w ogóle do mnie mówi.
-A co cię to interesuje?
-Nic, ale jestem ciekawska i wpycham się gdzie nie trzeba. To jak, powiesz?
-Rany, co ci do tego?
-Ładnie pojechałaś tej wiedźmie, stara kwoka. Masz gadane, lubię takie osoby. - usiadła na murku przy szkole.
-Zaraz, ty czegoś chcesz. Nie rozmawiasz do takich jak ja tak po prostu.
-No, chcę. I wiem, że od ciebie to dostanę i nikomu nie piśniesz słowa. - uśmiechnęła się do mnie.
-Zależy czego chcesz, mów konkrety albo mam to gdzieś.
-Załatwisz mi coś od Drew na dzisiejszą imprezę.
-Czemu tego sama nie zrobisz?
-Bo on wykorzystuje takich jak ja, lepszych i zdolniejszych i straszy, że jeśli czegoś ktoś nie zrobi to sprzeda. A ja nie chcę problemów. To jak?
-A ja mam ryzykować?
-Masz kasę, pieniądze to nie problem. - podała mi do ręki.
-Eh, dobra, w sumie jeden pies. - wzruszyłam ramionami. - A skąd wiesz, że ja... i Drew...?
-Stare dzieje, co?  Spoko, pamiętaj, że masz we mnie oparcie gdyby był problemem. Dobrze, że się dogadałyśmy. - uśmiechnęła się i odeszła.













   Ma dar przekonywania i wkurzania ludzi do potęgi... ale coraz bardziej ją lubię. Trochę jest jak ja, ale bardziej stanowcza.
   Kombinowałam jak załatwić sprawę z Drew, by nauczyciele nie przyuważyli. Jednak nie trudno go złapać, nabijał się z małolatów, gdy się zjawiłam i wypuściłam jednego z młodszych z szafki Drew westchnął.
-Eh, słonko, musisz wchodzić w paradę?
-A ty dręczyć tych gówniarzy? Daj sobie siana.
-Siano to ty mi wisisz, i to sporo.
-Trzymaj. - podałam mu sporo gotówki. - To na oddanie kilku długów plus czegoś jeszcze.
-Czego?
-Coś mocnego i co mi nie zaszkodzi.
   Zaśmiał się i podał mi folię z białym proszkiem i różowym.
-Co to?
-Coś mocnego. Tylko małe kreski, jasne?
-Spoko... - zmarszczyłam brwi. - I nikomu ani słowa bo cię rozjadę.
-Oczywiście moja gwiazdeczko. - złapał moją twarz w jego dłonie i odszedł.
   Ta, Reachel... stare ''dzieje''...




-Wiedziałam, że przyjdziesz. - uśmiechnęłam się widząc przyjaciela przed drzwiami swojego domu. - Chodź. Ubierzesz coś spoko... masz to o co cie prosiłam?
-Tak... wziąłem pół szafy Noah... będzie wściekły.
-To kretyn, ale fajny ma styl. Ubierzesz się imprezowo, ale z klasą. No już, masz tą koszulę i... te czarne jeansy ze ściągaczami... o! Ta kurtka jest super.
-Skórzana? Serio?
-Będziesz wyglądał bosko.
-A ty jak się ubierasz?
-Na pewno nie sukienka,bo to tylko impreza więc... po swojemu, żeby się wyróżnić. Idź, no!
-Dobra dobra...
   Gdy oboje się przebraliśmy patrzyliśmy na siebie rozbawieni i z niedowierzaniem pokręciliśmy głową.
-Tak idziesz na imprezę?
-No, a co?
-Ładnie wyglądasz. Tylko musisz się pomalować, bo odstraszysz ludzi.
-A tobie już nic nie pomoże, paskudzie. - zaśmialiśmy się.











-To będzie wieczór, co...?
-Najlepszy w twoim życiu, pamiętaj że to ja robię łaskę, że tam idziemy bo pewnie beze mnie byś nie poszedł.
-Ta. Chłopaki tam będą.
-I Reachel...
-Kate...
-No żartuję, na litość boską! - roześmiałam się. - Nie mówmy o niej i się zwijamy. Masz alkohol i resztę?
-Ta, 5 litrów wódki.
-Trzy sześciopaki i trochę trawy wyłącznie dla mnie. No i dla ciebie, na dodatkowe wrażenia z Sallie. - spojrzałam znacząco na przyjaciela.
 
   Na miejscu podziwiałam wielki dom Sallie. Był podobny do Lee, tylko bardziej... oszklony. Basen i tak dalej... to to co widziałam u przyjaciela co dzień, jednak tu wszystko wydawało się inne. Gdy wyjęliśmy alkohol wszyscy byli pod wrażeniem i uściskali nas lekko wstawieni.
-To jeszcze nie wszyscy - zaczęła Fisherman. - To dopiero połowa szkoły a wy jesteście półtorej godziny przed czasem. - uśmiechnęła się.
-Ehm... Reachel mówiła, że impreza jest na 18...
-Ale ona kręci... - zaśmiała się. - To nic, już połowa jest nad basenem więc idźcie i się bawcie.
-To ja pójdę. Ty Lee pomóż jej w rozpakowaniu wszystkiego.
   Odeszłam zostawiając ich samych, może do czegoś dojdzie... Nagle Reachel stanęła przede mną w salonie podając alkohol.
-Masz to co chciałam?
   Odwróciłam wzrok. Naprawdę nie chciałam, by brała to świństwo. Przecież to taka porządna dziewczyna...

 









-No hej, co jest?
-Nie musisz tego brać... - pokręciłam głową. - Nie wiesz co tam nawet jest...
-Masz czy nie? - spytała ostrzej.
-No mam...
-To bierz drinka i chodź.
   Zabrała mnie na górę do jednego z kilku pokoi w domu, do biura ojca Sallie. Podałam jej folię i usiadłam na blacie obserwując co robi. Wysypała amfetaminę i zrobiła dwie spore kreski. Wciągnęła do obu, powinna tylko do lewej bo prawa idzie do serca...
   Napiła się od razu drinka zerując go i spojrzała na mnie. Wyglądała... zwyczajnie... Na razie. Znałam objawy wszystkich narkotyków, chociaż nie wszystkie próbowałam. Tak naprawdę tylko dwa, reszta była dla mnie nieznana, po prostu widziałam co robią ludzie po nich... albo giną, bo serce im wysiada.
-Reachel, to nie musi być konieczne. Odstaw to gówno.
-Sama jarasz trawkę i to od kolesia, który...
-Skąd ty to wszystko wiesz?! - krzyknęłam wściekła i upadłam na kanapę.
-Przepraszam, po prostu nie lubię jak ktoś mi mówi co powinnam a co nie. W domu już rodzice prawnicy mówią, co mam robić...
-Skąd wiesz o mnie?
-No wiesz... przyjaźniłam się z Drew gdy...
-Aha, i wtedy co ci pojechałam, że jesteś szmatą? Sorry za tamto.
-Rozumiem. Po prostu zapomnijmy o tym co złe, dobra? - podała mi rękę.
   Westchnęłam i kiwnęłam głową oddając jej uścisk.
-Zgoda.
-Chodź na dół, są tam już pewnie sami przystojniacy...Jakbym robiła coś głupiego.... zamknij mnie gdzieś!
   Zeszłyśmy na dół. To dopiero początek, a znów wszystko wydaje się... niepokojące. Raz widziałam jak koleś przekręcił się od prochów jak te, które ma aktualnie Reachel... oby nie skończyło się źle, bo wszyscy będą mieli przechlapane...
  Zabrałam prochy z biurka, których zapomniała dziewczyna i schowałam do kieszeni spodni. Oby tego nie widziała więcej na oczy...
   Sallie siedziała smutna na kanapie w wielkim salonie pośród bawiących się ludzi i co chwila przybywały tłumy, nie tylko ze szkoły ale chyba znajomi znajomych... i tak dalej. Usiadłam obok organizatorki imprezy.
-Co jest?
-Bo ty i Lee...
-Co? - zdziwiłam się.
-No głupio mi tobie to mówić...
-Mówże, nie gryzę, może czasem.
-Bo on mnie podrywa... pocałowaliśmy się i uciekłam bo...
-Czekaj, ty myślisz, że my jesteśmy razem? - roześmiałam się. -Nas nic nie łączy, tylko braterskie więzi.












-Serio? - zdziwiła się i wytrzeszczyła oczy.
-No tak, dziewczyno, ja w życiu bym się z nim nie związała nawet na godzinę.
-Czemu?
-Bo kazirodztwo jest nielegalne. - parsknęłam. - Idź i go znajdź, pogadaj z nim, że zaszła pomyłka. Zrozumie, to dobra dusza, w przeciwieństwie do mnie.
-Dzięki!
   Wstała i pobiegła przeciskając się przez tłum. Rany... czy ja właśnie byłam miła?
-Muszę się napić.. - mruknęłam pod nosem z niedowierzaniem. Zawsze po alkoholu jestem gorsza niż zwykle, więc powinno pomóc w lepszym samopoczuciu. Dopiero 18sta godzina a impreza staje się coraz ciekawsza... większość to ludzie na dropsach albo pigułach, albo czymś jeszcze gorszym, jedni się prawie bzykają na kanapach a ja mam z czego się pośmiać. Ludzi przybywa... zobaczymy, co się jeszcze wydarzy.

czwartek, 29 listopada 2018

Od Kate

   Weszłam do domu. Znów zdawało mi się, jakby wróciło to życie i dobra energie jak i miłość, którą mama nam przekazywała codziennie. Jednak wciąż wydawało mi się, że to dziwne, że mama nagle świetnie się czuje i Bilie wypuścił ją ot tak, bez trudności ze szpitala. Co to za przyjaciel, który w takiej chwili robi coś takiego?
-Gdzie byłaś tak długo, czekaliśmy z obiadem. - z salonu wyszedł tata. Mama siedziała na podłodze i bawiła się klockami Lego z Louisem.
   Spojrzałam na ojca bez wyrazu i emocji po czym pokręciłam głową.
-Nie udawaj, że wszystko wróciło do normy.
-Twoja matka chce żyć normalnie, a nie do reszty swoich dni siedzieć i umierać przy chemii.
-Chodź. - otworzyłam drzwi z ogrodu prowadzące na piaszczystą plażę.
   Ojciec dogonił mnie jeszcze ubierając kurtkę na siebie. Milczeliśmy chwilę, wpatrując się w wodę podtapiającą piasek. Dziś było wyjątkowo zimno jak na klimat La Push.
-Co się stało w szpitalu, że mama wróciła?
-Chce tobie i twojemu bratu dać najwięcej w tej chwili, a nie byście widzieli jak umiera.
   Spojrzałam na niego z politowaniem.
-Ja mam uwierzyć, że to główny powód? Odkąd mama wylądowała w szpitalu nie odwiedzałeś jej wcale, a teraz dobry mąż?

















-Jezu Chryste, Kate! - krzyknął nagle. - Możesz przestać narzekać i zacząć spędzać z nami czas? Potem będziesz miała do siebie pretensje, że nie dałaś mamie tego czego oczekiwała!
-Myślisz, że jestem na tyle ślepa, że nie widzę, że z dnia na dzień jej się pogarsza a ona tylko nie chce nas zawieźć. Całe życie myślała o nas, nie o sobie. Może czas najwyższy, żeby wydłużyła sobie życie chociażby o rok!
-Leżąc w szpitalu i umierając?
-Billie jest tak samo winny, że pozwolił jej wyjść.
-Nie mieszaj go w to. - ostrzegawczo pokiwał palcem.
-Zawsze byłeś o niego zazdrosny. - parsknęłam i odwróciłam wzrok na taflę wody.
-Jezu Kate, czemu ty taka jesteś? Co się z tobą stało ostatniego czasu?
-Nie chce mi się gadać, dążyć do ślepego punktu. Ty wiesz co jest na rzeczy i mama zresztą też. Dowiem się co się tutaj dzieje. - poszłam w stronę domu. Gdy weszłam mama robiła już jakąś dobrą kolację, poznając po zapachu to pewnie będzie jakaś wykwintna kaczka czy coś w tym guście.
-Jednak nie czekaliście z obiadem? - spytałam starając się być spokojna.
-Nie kochanie, bo kolacja będzie spora. Dziś Wood'owie przyjeżdżają. Lee, Noah i ich rodzice, jak co miesiąc.
-Super, to ja idę do sieb... eh... - przeczesałam włosy i zacisnęłam zęby. - Pomóc ci...?
-Jasne, słońce. - uśmiechnęła się i wytarła dłonie w ręcznik papierowy - Popilnuj kaczki i dodaj...
-Pamiętam - przerwałam jej zbyt nerwowo. - Żurawiny. - wysiliłam się jeszcze na uśmiech. Może to z boku wydaje się dziwne, ale to naprawdę trudne wiedząc, że twoja mama odejdzie w każdej chwili, gdy się tego nie spodziewasz. A ja wolałam odciąć widok matki od siebie bo wtedy cierpię jeszcze bardziej niż miałabym widzieć ją w szpitalu. Ale może ojciec ma rację, powinnam być milsza i docenić, że chce tu być. Jednak wciąż coś mi nie pasowało. Billie nawet się nie odzywa do nas jak kiedyś.
   Mama uśmiechnęła się i robiła zapiekane ziemniaki z ziołami. Niby jak za dawnych czasów, ale jednak tak bardzo bolał mnie ten widok... że niedługo mama będzie tylko wspomnieniem i na zdjęciach.
   Po rozłożeniu wszystkiego na stół, jak zawsze punktualnie przyjechali Beneth, czyli mama Lee i Noah, jak i ich tata Scott. Pani Wood rzuciła się delikatnie na mamę, radośnie głaszcząc po policzku, ze łzami w oczach śmiejąc się do niej. Tak, one przyjaźnią się od kołyski, razem dorastały w domu dziecka. Pan Scott, też równy gość zawsze lubił grać ze mną i Lee w kosza u nich na ich prywatnym mini ''orliku''. Ta... byli bogaci jak cholera.
   Gdy wszyscy się uściskali a ja to jakoś przetrwałam, usiedliśmy do kolacji. Mieszałam w resztkach słuchając jak wszyscy się śmieją, żartują i rozmawiają o wszystkich głupotach świata. Nasi rodzice w jednym pomieszczeniu to istne wariatkowo. Nawet Lee świetnie się bawił, a Noah tylko słuchał.
-Właśnie, Noah pochwal się! - zachwycona Pani Beneth klasnęła w dłonie.
   Chłopak wyprostował się i był wyższy od swojego taty siedząc, komicznie to wyglądało. Noah zakłopotany wpatrywał się we mnie sama nie wiem dlaczego... przecież się nienawidziliśmy. Pierwszy raz tak wyglądał, w szkole to chodząca elita, odważny, dobry uczeń i bożyszcze wszystkich lasek.
-No dobrze, to ja powiem... - uśmiechnął się jego tata. - Noah wyrusza wkrótce na Harvard.
-Wow, gratuluje! - uśmiechnęła się mama.
-Ta, idę zapalić. - wstałam z miejsca i poszłam powolnie do drzwi zakładając bluzę.
-Wróć kochanie, zaraz będzie wino i deser. - powiedział tata.
-Spoko. - rzuciłam na odchodne i usiadłam przed domem na schodach mając przed sobą sąsiednie domy. Zdecydowanie wolę widok po drugiej stronie domu - na dziką plażę i zachodzące słońce.
-Coś cię zdenerwowało, co nie? - usłyszałam głos przyjaciela zajmującego miejsce obok mnie.
-Nie, czemu?
-To co powiedział tata... o Noah... czy ty...
-Ocipiałeś chyba. - parsknęłam śmiechem. - Nie dobijaj mnie. Noah dla mnie to przygłup.
-Ale on chyba coś do ciebie...
-Lee, to kolejny koleś co chce zaliczyć, a ja nie dam mu tyłka jak wszystkie laski. - zaciągnęłam się i wypuściłam dym.
-Może i masz racje. - wzruszył ramionami.
-Ja zawsze mam racje, krytyczną i bezlitosną. Ale mam.
-Pamiętasz, że jutro jest impreza u Fisherman?
-Tak, i co?
-Widziałaś post, który dodała Reachel?
-No, i co?
-Idziemy?
-No jak mała owieczka chce lepiej poznać swoją wybrankę to czemu nie. - zaśmiałam się. - Będzie się z kogo nabijać... no i będę mogła w końcu się porządnie napić.
-Tym razem nie będę cię na plecach dźwigał.
-Nie będzie takiej potrzeby, jadę samochodem.
-I samochodem sama wrócisz pijana? Ty naprawdę oszalałaś.
-Mam mocną głowę.
-Pamiętaj, że tam będzie cała szkoła. Drew i jego pajace też.
-Wiem, nic nowego. A jak ci idzie z Sallie?
-Sporo rozmawiamy.
-Widziałam. - zaśmiałam się. - I jest taka słodka idiotka, na jaką wygląda?
-Za każdym razem gdy ją widzę wyobrażam sobie nas w jednym łóżku.













   Skrzywiłam się i z niesmakiem odparłam.
-Jezu, ale z ciebie prawdziwy nerd.
-No co? Ty nigdy nikogo nie wyobrażałaś sobie w ten sposób?
-Johnnego Deepa miliard razy po dziś dzień. - zaśmiałam się.
-To wiem, ale kogoś realnego, kogoś na wyciągnięcie ręki.
-Reachel Dann z teatralnej.
-Jesteś lesbijką? - wybuchnął.
-Nie, po prostu jakbym była lesbijką to bym ją puknęła. Poważnie, no co tak patrzysz?
-Bo nie wyobrażam sobie ciebie jako lesbijki ani jako hetero z żadnym chłopakiem u boku z wyjątkiem mnie.
-To było urocze. Przyjaźnimy się od dziecka do końca świata pamiętaj o tym zawsze. - oparłam głowę o jego ramie. To był mój jedyny i prawdziwy przyjaciel na całym globie.
-A co gdyby Sallie miała kogoś a dla mnie jest po prostu miła?
-Jest miła bo jest elitą. Czyli musi być miła. Przewodnicząca samorządu szkolnego musi być miła.
-A możesz choć raz nie czepiać się ludzi tylko być szczera?
-No właśnie byłam szczera, przed sekundą. - uśmiechnęłam się i podałam Lee jointa. - Rozpal a będę szczera według ciebie.
   Bez pytania rozpalił i zaciągnął się.
-Rodzice nie wyczują?
-Nie wiem, nie musimy do nich wracać.
-Dziewczyny są miłe albo żeby nikogo nie skrzywdzić, co potem się na nich odbija... albo miłe bo są zwyczajnie głupie albo miłe, bo coś chcą... no i ostatnie - miłe, bo ktoś się im podoba. Taka kolej rzeczy, żadna filozofia. A mi się wydaje, że naprawdę się jej podobasz, to nie jest skomplikowane.


-Wy jesteście skomplikowane. 
-Ale nasze zasady nie, jesteśmy zbyt inteligentne na wasz mały ptasi móżdżek. 
-Już sobie nie schlebiaj. 
-Słuchaj, żyjesz w cieniu Noah przez całe życie, jak ktoś cię dręczył i bił to on zawsze stawał po twojej stronie, laski leciały tylko na niego a nie na biednego Lee. 
-Nie pozwalałem mu na to ale zawsze był tam gdzie miałem kłopoty...
-To zacznij być ''badassem'', takim playboyem z magazynu. 
-Żartujesz sobie, powiedz, że tak...
-No oczywiście, że tak... nie zniosłabym drugiego Noah na pokładzie. - dałam mu kuksańca w ramię. - Bądź sobą, prędzej czy później znajdziesz kogoś a najładniejsza laska ze szkoły to same problemy.
-Czemu?
-Bo tak zwykle to się kończy. 
-Lee, Kate! Deser! - usłyszałam głos mamy i oboje spalając szybko jointa zeszliśmy na dół. 
   Oj jutro poszalejemy oboje... za wszystkie czasy. 

środa, 28 listopada 2018

Od Liama

Po szkole czekałem na Eryka pod szkołą. Chodził na te całe zajęcia teatralne więc musiałem na niego czekać godzinę. W zasadzie nie musiałem, do domu miałem parę kilometrów które przebiegłbym nawet w ludzkiej postaci w kilka minut nawet nie męcząc się przy tym. Jednak nie śpieszyło mi się. Od miesięcy nigdzie mi się nie śpieszyło. Bo gdzie? Nie miałem stada z którym mógłbym się spotkać po szkole, moje życie było normalne nie licząc faktu że byłem wilkołakiem.
Zobaczyłem jak jakaś dziewczyna wychodzi ze szkoły. Nie musiałem używać wilkołaczych mocy aby wiedzieć że jest zła? Pokazywała to sposobem poruszania się. Chyba chodziła do młodszej klasy... jakoś specjalnie jej nie kojarzyłem.
Jeszcze trochę poczekałem aż wreszcie wyszedł Eryk.
-Ile można czekać..
-Daj spokój.. trochę afera. Blond królowa robi aferę a nauczyciel jak zwykle nic nie ogarnia. W dodatku dołączyła do nas jakaś dziewczyna z młodszej klasy. Po zachowaniu nie trudno wywnioskować że jakby nie była zmuszona to by nawet nie przychodziła.
-Taka chodząca negatywna energia?
-Znasz ja?
-Nie, widziałem jak wymaszerowała ze szkoły.
-Noo... to ona.
-Dobra jedziemy? Miałem mamie pomóc przy naprawie dachu.
-Pomóc? Koleś.. sam wszystko być zrobił w chwilkę.
-Wiesz że staram się żyć w miarę normalnie.
-Jestem uparty i niewdzięczny.. masz super słuch, zwinność i prędkość a w dodatku twoje rany się leczą i nigdy nie zachorujesz! To dar!
-Nie ty przemieniasz się w potwora.
-Oj, marudzisz... to tylko efekt uboczny.
Odjechaliśmy.
-Dawno byłeś u mechanika?
-Nie zaczynaj...
-Wiesz że mógłbym ci pomóc naprawić to i tamto..?
-Może kiedyś. Na razie jeszcze jeździ.
Uśmiechnąłem się.
I kto tu jest uparty?

***

Wieczorem wyszedłem przez okno do lasu. Przemieniłem się w wilka.
Biegłem prosto przed siebie. Co noc zwiedzałem coraz to nowsze części lasu. Zaglądałem w każde miejsce. Szukałem alfy który mnie przemienił.
Cały czas zastanawiałem się dlaczego się ukrywa? A może byłem jego małą wpadką i nie planował mnie przemieniać wiec nie obchodzę go?
Samotny wilk to omega... jest słabsza nawet od bety. Beta to wilk ze stada alfy. Tylko alfa potrafi przemieniać. Wątpiłem że ktoś przypadkiem mnie przemienił. I cały czas zastanawiałem się czy tą dziewczynę, której zwłoki były wtedy w lesie, nie zabił alfa. Może mnie też chciał ale ktoś mu przeszkodził? To był czarny scenariusz. Jednak najgorsze nadal było to że nie znalazłem jeszcze nikogo kto byłby taki jak ja, kto byłby wilkołakiem.
Po północy kiedy miałem już wracać do domu, usłyszałem wycie wilka. Zatrzymałem się i nasłuchiwałem. Było mi jednocześnie obce i znajome. Zawyłem ale odpowiedzi nie usłyszałem.
Czekałem jeszcze trochę i wróciłem do domu.
Wszedłem przez okno i wtedy zdałem sobie sprawę że ktoś był w moim pokoju.
-Eryk?
-Liam?-powiedział budząc się.
Spał na fotelu.
-A kto inny? Co ty tu robisz?
-Byłem niedaleko, słyszałem dwa wycia. Znalazłeś?
-Ktoś zawył.. nie był to zwykły wilk ale niestety nie odpowiedział. Był daleko to wiem na pewno.
-To super wiadomość! Po prawie roku wreszcie mamy jakiś ślad!!!
-Chłopcy?-zapaliło się światło.
Oboje się przestraszyliśmy widoku mojej mamy w drzwiach.
-Emm.. obudziliśmy Cię?
-Tak, ale to nie ważne. Co tu się dzieje?
-Nic... Eryk miał sprawę ale już idzie i idę spać. Przepraszam.
-Tak.. już wszystko obgadaliśmy..
-Super.. ale jest 3 w nocy.. macie przechlapane.. ale zanim wymyślę jak was ukarać muszę się wyspać. Eryk do siebie do domu a Liam spać. Jesteście dorośli a zachowujecie się jak dzieci.
Wyszła a Eryk zaraz za nią. Z emocji nie mogłem usnąć do końca nocy.
Słyszałem wycie! Nie jestem sam!