piątek, 30 listopada 2018

Od Kate

   Rano w piątkowy dzień już siedziałam po jednych z zajęć chemii i słuchałam kazań nauczycielki, która widocznie chciała mnie oblać. Ja nawet kłócąc się i pyskując nie mogłam dokończyć żadnego zdania, bo baba normalnie mi nie pozwalała.
-Albo się weźmiesz do roboty i w dwa tygodnie poprawisz oceny albo zrobię co w mojej mocy i cię stąd wykopię.
   Zrezygnowana odwróciłam wzrok.












-Zajebiście, mogę iść?
-Kate! Co to za język, do cholery!?
-Pani też nie grzeszy kulturą językową. - uśmiechnęłam się złośliwie i wstałam biorąc torbę, po czym wyszłam. Jędza.
-Hej, co ty taka... - usłyszałam głos Reachel. Odwróciłam się w jej stronę zaskoczona, że w ogóle do mnie mówi.
-A co cię to interesuje?
-Nic, ale jestem ciekawska i wpycham się gdzie nie trzeba. To jak, powiesz?
-Rany, co ci do tego?
-Ładnie pojechałaś tej wiedźmie, stara kwoka. Masz gadane, lubię takie osoby. - usiadła na murku przy szkole.
-Zaraz, ty czegoś chcesz. Nie rozmawiasz do takich jak ja tak po prostu.
-No, chcę. I wiem, że od ciebie to dostanę i nikomu nie piśniesz słowa. - uśmiechnęła się do mnie.
-Zależy czego chcesz, mów konkrety albo mam to gdzieś.
-Załatwisz mi coś od Drew na dzisiejszą imprezę.
-Czemu tego sama nie zrobisz?
-Bo on wykorzystuje takich jak ja, lepszych i zdolniejszych i straszy, że jeśli czegoś ktoś nie zrobi to sprzeda. A ja nie chcę problemów. To jak?
-A ja mam ryzykować?
-Masz kasę, pieniądze to nie problem. - podała mi do ręki.
-Eh, dobra, w sumie jeden pies. - wzruszyłam ramionami. - A skąd wiesz, że ja... i Drew...?
-Stare dzieje, co?  Spoko, pamiętaj, że masz we mnie oparcie gdyby był problemem. Dobrze, że się dogadałyśmy. - uśmiechnęła się i odeszła.













   Ma dar przekonywania i wkurzania ludzi do potęgi... ale coraz bardziej ją lubię. Trochę jest jak ja, ale bardziej stanowcza.
   Kombinowałam jak załatwić sprawę z Drew, by nauczyciele nie przyuważyli. Jednak nie trudno go złapać, nabijał się z małolatów, gdy się zjawiłam i wypuściłam jednego z młodszych z szafki Drew westchnął.
-Eh, słonko, musisz wchodzić w paradę?
-A ty dręczyć tych gówniarzy? Daj sobie siana.
-Siano to ty mi wisisz, i to sporo.
-Trzymaj. - podałam mu sporo gotówki. - To na oddanie kilku długów plus czegoś jeszcze.
-Czego?
-Coś mocnego i co mi nie zaszkodzi.
   Zaśmiał się i podał mi folię z białym proszkiem i różowym.
-Co to?
-Coś mocnego. Tylko małe kreski, jasne?
-Spoko... - zmarszczyłam brwi. - I nikomu ani słowa bo cię rozjadę.
-Oczywiście moja gwiazdeczko. - złapał moją twarz w jego dłonie i odszedł.
   Ta, Reachel... stare ''dzieje''...




-Wiedziałam, że przyjdziesz. - uśmiechnęłam się widząc przyjaciela przed drzwiami swojego domu. - Chodź. Ubierzesz coś spoko... masz to o co cie prosiłam?
-Tak... wziąłem pół szafy Noah... będzie wściekły.
-To kretyn, ale fajny ma styl. Ubierzesz się imprezowo, ale z klasą. No już, masz tą koszulę i... te czarne jeansy ze ściągaczami... o! Ta kurtka jest super.
-Skórzana? Serio?
-Będziesz wyglądał bosko.
-A ty jak się ubierasz?
-Na pewno nie sukienka,bo to tylko impreza więc... po swojemu, żeby się wyróżnić. Idź, no!
-Dobra dobra...
   Gdy oboje się przebraliśmy patrzyliśmy na siebie rozbawieni i z niedowierzaniem pokręciliśmy głową.
-Tak idziesz na imprezę?
-No, a co?
-Ładnie wyglądasz. Tylko musisz się pomalować, bo odstraszysz ludzi.
-A tobie już nic nie pomoże, paskudzie. - zaśmialiśmy się.











-To będzie wieczór, co...?
-Najlepszy w twoim życiu, pamiętaj że to ja robię łaskę, że tam idziemy bo pewnie beze mnie byś nie poszedł.
-Ta. Chłopaki tam będą.
-I Reachel...
-Kate...
-No żartuję, na litość boską! - roześmiałam się. - Nie mówmy o niej i się zwijamy. Masz alkohol i resztę?
-Ta, 5 litrów wódki.
-Trzy sześciopaki i trochę trawy wyłącznie dla mnie. No i dla ciebie, na dodatkowe wrażenia z Sallie. - spojrzałam znacząco na przyjaciela.
 
   Na miejscu podziwiałam wielki dom Sallie. Był podobny do Lee, tylko bardziej... oszklony. Basen i tak dalej... to to co widziałam u przyjaciela co dzień, jednak tu wszystko wydawało się inne. Gdy wyjęliśmy alkohol wszyscy byli pod wrażeniem i uściskali nas lekko wstawieni.
-To jeszcze nie wszyscy - zaczęła Fisherman. - To dopiero połowa szkoły a wy jesteście półtorej godziny przed czasem. - uśmiechnęła się.
-Ehm... Reachel mówiła, że impreza jest na 18...
-Ale ona kręci... - zaśmiała się. - To nic, już połowa jest nad basenem więc idźcie i się bawcie.
-To ja pójdę. Ty Lee pomóż jej w rozpakowaniu wszystkiego.
   Odeszłam zostawiając ich samych, może do czegoś dojdzie... Nagle Reachel stanęła przede mną w salonie podając alkohol.
-Masz to co chciałam?
   Odwróciłam wzrok. Naprawdę nie chciałam, by brała to świństwo. Przecież to taka porządna dziewczyna...

 









-No hej, co jest?
-Nie musisz tego brać... - pokręciłam głową. - Nie wiesz co tam nawet jest...
-Masz czy nie? - spytała ostrzej.
-No mam...
-To bierz drinka i chodź.
   Zabrała mnie na górę do jednego z kilku pokoi w domu, do biura ojca Sallie. Podałam jej folię i usiadłam na blacie obserwując co robi. Wysypała amfetaminę i zrobiła dwie spore kreski. Wciągnęła do obu, powinna tylko do lewej bo prawa idzie do serca...
   Napiła się od razu drinka zerując go i spojrzała na mnie. Wyglądała... zwyczajnie... Na razie. Znałam objawy wszystkich narkotyków, chociaż nie wszystkie próbowałam. Tak naprawdę tylko dwa, reszta była dla mnie nieznana, po prostu widziałam co robią ludzie po nich... albo giną, bo serce im wysiada.
-Reachel, to nie musi być konieczne. Odstaw to gówno.
-Sama jarasz trawkę i to od kolesia, który...
-Skąd ty to wszystko wiesz?! - krzyknęłam wściekła i upadłam na kanapę.
-Przepraszam, po prostu nie lubię jak ktoś mi mówi co powinnam a co nie. W domu już rodzice prawnicy mówią, co mam robić...
-Skąd wiesz o mnie?
-No wiesz... przyjaźniłam się z Drew gdy...
-Aha, i wtedy co ci pojechałam, że jesteś szmatą? Sorry za tamto.
-Rozumiem. Po prostu zapomnijmy o tym co złe, dobra? - podała mi rękę.
   Westchnęłam i kiwnęłam głową oddając jej uścisk.
-Zgoda.
-Chodź na dół, są tam już pewnie sami przystojniacy...Jakbym robiła coś głupiego.... zamknij mnie gdzieś!
   Zeszłyśmy na dół. To dopiero początek, a znów wszystko wydaje się... niepokojące. Raz widziałam jak koleś przekręcił się od prochów jak te, które ma aktualnie Reachel... oby nie skończyło się źle, bo wszyscy będą mieli przechlapane...
  Zabrałam prochy z biurka, których zapomniała dziewczyna i schowałam do kieszeni spodni. Oby tego nie widziała więcej na oczy...
   Sallie siedziała smutna na kanapie w wielkim salonie pośród bawiących się ludzi i co chwila przybywały tłumy, nie tylko ze szkoły ale chyba znajomi znajomych... i tak dalej. Usiadłam obok organizatorki imprezy.
-Co jest?
-Bo ty i Lee...
-Co? - zdziwiłam się.
-No głupio mi tobie to mówić...
-Mówże, nie gryzę, może czasem.
-Bo on mnie podrywa... pocałowaliśmy się i uciekłam bo...
-Czekaj, ty myślisz, że my jesteśmy razem? - roześmiałam się. -Nas nic nie łączy, tylko braterskie więzi.












-Serio? - zdziwiła się i wytrzeszczyła oczy.
-No tak, dziewczyno, ja w życiu bym się z nim nie związała nawet na godzinę.
-Czemu?
-Bo kazirodztwo jest nielegalne. - parsknęłam. - Idź i go znajdź, pogadaj z nim, że zaszła pomyłka. Zrozumie, to dobra dusza, w przeciwieństwie do mnie.
-Dzięki!
   Wstała i pobiegła przeciskając się przez tłum. Rany... czy ja właśnie byłam miła?
-Muszę się napić.. - mruknęłam pod nosem z niedowierzaniem. Zawsze po alkoholu jestem gorsza niż zwykle, więc powinno pomóc w lepszym samopoczuciu. Dopiero 18sta godzina a impreza staje się coraz ciekawsza... większość to ludzie na dropsach albo pigułach, albo czymś jeszcze gorszym, jedni się prawie bzykają na kanapach a ja mam z czego się pośmiać. Ludzi przybywa... zobaczymy, co się jeszcze wydarzy.

czwartek, 29 listopada 2018

Od Kate

   Weszłam do domu. Znów zdawało mi się, jakby wróciło to życie i dobra energie jak i miłość, którą mama nam przekazywała codziennie. Jednak wciąż wydawało mi się, że to dziwne, że mama nagle świetnie się czuje i Bilie wypuścił ją ot tak, bez trudności ze szpitala. Co to za przyjaciel, który w takiej chwili robi coś takiego?
-Gdzie byłaś tak długo, czekaliśmy z obiadem. - z salonu wyszedł tata. Mama siedziała na podłodze i bawiła się klockami Lego z Louisem.
   Spojrzałam na ojca bez wyrazu i emocji po czym pokręciłam głową.
-Nie udawaj, że wszystko wróciło do normy.
-Twoja matka chce żyć normalnie, a nie do reszty swoich dni siedzieć i umierać przy chemii.
-Chodź. - otworzyłam drzwi z ogrodu prowadzące na piaszczystą plażę.
   Ojciec dogonił mnie jeszcze ubierając kurtkę na siebie. Milczeliśmy chwilę, wpatrując się w wodę podtapiającą piasek. Dziś było wyjątkowo zimno jak na klimat La Push.
-Co się stało w szpitalu, że mama wróciła?
-Chce tobie i twojemu bratu dać najwięcej w tej chwili, a nie byście widzieli jak umiera.
   Spojrzałam na niego z politowaniem.
-Ja mam uwierzyć, że to główny powód? Odkąd mama wylądowała w szpitalu nie odwiedzałeś jej wcale, a teraz dobry mąż?

















-Jezu Chryste, Kate! - krzyknął nagle. - Możesz przestać narzekać i zacząć spędzać z nami czas? Potem będziesz miała do siebie pretensje, że nie dałaś mamie tego czego oczekiwała!
-Myślisz, że jestem na tyle ślepa, że nie widzę, że z dnia na dzień jej się pogarsza a ona tylko nie chce nas zawieźć. Całe życie myślała o nas, nie o sobie. Może czas najwyższy, żeby wydłużyła sobie życie chociażby o rok!
-Leżąc w szpitalu i umierając?
-Billie jest tak samo winny, że pozwolił jej wyjść.
-Nie mieszaj go w to. - ostrzegawczo pokiwał palcem.
-Zawsze byłeś o niego zazdrosny. - parsknęłam i odwróciłam wzrok na taflę wody.
-Jezu Kate, czemu ty taka jesteś? Co się z tobą stało ostatniego czasu?
-Nie chce mi się gadać, dążyć do ślepego punktu. Ty wiesz co jest na rzeczy i mama zresztą też. Dowiem się co się tutaj dzieje. - poszłam w stronę domu. Gdy weszłam mama robiła już jakąś dobrą kolację, poznając po zapachu to pewnie będzie jakaś wykwintna kaczka czy coś w tym guście.
-Jednak nie czekaliście z obiadem? - spytałam starając się być spokojna.
-Nie kochanie, bo kolacja będzie spora. Dziś Wood'owie przyjeżdżają. Lee, Noah i ich rodzice, jak co miesiąc.
-Super, to ja idę do sieb... eh... - przeczesałam włosy i zacisnęłam zęby. - Pomóc ci...?
-Jasne, słońce. - uśmiechnęła się i wytarła dłonie w ręcznik papierowy - Popilnuj kaczki i dodaj...
-Pamiętam - przerwałam jej zbyt nerwowo. - Żurawiny. - wysiliłam się jeszcze na uśmiech. Może to z boku wydaje się dziwne, ale to naprawdę trudne wiedząc, że twoja mama odejdzie w każdej chwili, gdy się tego nie spodziewasz. A ja wolałam odciąć widok matki od siebie bo wtedy cierpię jeszcze bardziej niż miałabym widzieć ją w szpitalu. Ale może ojciec ma rację, powinnam być milsza i docenić, że chce tu być. Jednak wciąż coś mi nie pasowało. Billie nawet się nie odzywa do nas jak kiedyś.
   Mama uśmiechnęła się i robiła zapiekane ziemniaki z ziołami. Niby jak za dawnych czasów, ale jednak tak bardzo bolał mnie ten widok... że niedługo mama będzie tylko wspomnieniem i na zdjęciach.
   Po rozłożeniu wszystkiego na stół, jak zawsze punktualnie przyjechali Beneth, czyli mama Lee i Noah, jak i ich tata Scott. Pani Wood rzuciła się delikatnie na mamę, radośnie głaszcząc po policzku, ze łzami w oczach śmiejąc się do niej. Tak, one przyjaźnią się od kołyski, razem dorastały w domu dziecka. Pan Scott, też równy gość zawsze lubił grać ze mną i Lee w kosza u nich na ich prywatnym mini ''orliku''. Ta... byli bogaci jak cholera.
   Gdy wszyscy się uściskali a ja to jakoś przetrwałam, usiedliśmy do kolacji. Mieszałam w resztkach słuchając jak wszyscy się śmieją, żartują i rozmawiają o wszystkich głupotach świata. Nasi rodzice w jednym pomieszczeniu to istne wariatkowo. Nawet Lee świetnie się bawił, a Noah tylko słuchał.
-Właśnie, Noah pochwal się! - zachwycona Pani Beneth klasnęła w dłonie.
   Chłopak wyprostował się i był wyższy od swojego taty siedząc, komicznie to wyglądało. Noah zakłopotany wpatrywał się we mnie sama nie wiem dlaczego... przecież się nienawidziliśmy. Pierwszy raz tak wyglądał, w szkole to chodząca elita, odważny, dobry uczeń i bożyszcze wszystkich lasek.
-No dobrze, to ja powiem... - uśmiechnął się jego tata. - Noah wyrusza wkrótce na Harvard.
-Wow, gratuluje! - uśmiechnęła się mama.
-Ta, idę zapalić. - wstałam z miejsca i poszłam powolnie do drzwi zakładając bluzę.
-Wróć kochanie, zaraz będzie wino i deser. - powiedział tata.
-Spoko. - rzuciłam na odchodne i usiadłam przed domem na schodach mając przed sobą sąsiednie domy. Zdecydowanie wolę widok po drugiej stronie domu - na dziką plażę i zachodzące słońce.
-Coś cię zdenerwowało, co nie? - usłyszałam głos przyjaciela zajmującego miejsce obok mnie.
-Nie, czemu?
-To co powiedział tata... o Noah... czy ty...
-Ocipiałeś chyba. - parsknęłam śmiechem. - Nie dobijaj mnie. Noah dla mnie to przygłup.
-Ale on chyba coś do ciebie...
-Lee, to kolejny koleś co chce zaliczyć, a ja nie dam mu tyłka jak wszystkie laski. - zaciągnęłam się i wypuściłam dym.
-Może i masz racje. - wzruszył ramionami.
-Ja zawsze mam racje, krytyczną i bezlitosną. Ale mam.
-Pamiętasz, że jutro jest impreza u Fisherman?
-Tak, i co?
-Widziałaś post, który dodała Reachel?
-No, i co?
-Idziemy?
-No jak mała owieczka chce lepiej poznać swoją wybrankę to czemu nie. - zaśmiałam się. - Będzie się z kogo nabijać... no i będę mogła w końcu się porządnie napić.
-Tym razem nie będę cię na plecach dźwigał.
-Nie będzie takiej potrzeby, jadę samochodem.
-I samochodem sama wrócisz pijana? Ty naprawdę oszalałaś.
-Mam mocną głowę.
-Pamiętaj, że tam będzie cała szkoła. Drew i jego pajace też.
-Wiem, nic nowego. A jak ci idzie z Sallie?
-Sporo rozmawiamy.
-Widziałam. - zaśmiałam się. - I jest taka słodka idiotka, na jaką wygląda?
-Za każdym razem gdy ją widzę wyobrażam sobie nas w jednym łóżku.













   Skrzywiłam się i z niesmakiem odparłam.
-Jezu, ale z ciebie prawdziwy nerd.
-No co? Ty nigdy nikogo nie wyobrażałaś sobie w ten sposób?
-Johnnego Deepa miliard razy po dziś dzień. - zaśmiałam się.
-To wiem, ale kogoś realnego, kogoś na wyciągnięcie ręki.
-Reachel Dann z teatralnej.
-Jesteś lesbijką? - wybuchnął.
-Nie, po prostu jakbym była lesbijką to bym ją puknęła. Poważnie, no co tak patrzysz?
-Bo nie wyobrażam sobie ciebie jako lesbijki ani jako hetero z żadnym chłopakiem u boku z wyjątkiem mnie.
-To było urocze. Przyjaźnimy się od dziecka do końca świata pamiętaj o tym zawsze. - oparłam głowę o jego ramie. To był mój jedyny i prawdziwy przyjaciel na całym globie.
-A co gdyby Sallie miała kogoś a dla mnie jest po prostu miła?
-Jest miła bo jest elitą. Czyli musi być miła. Przewodnicząca samorządu szkolnego musi być miła.
-A możesz choć raz nie czepiać się ludzi tylko być szczera?
-No właśnie byłam szczera, przed sekundą. - uśmiechnęłam się i podałam Lee jointa. - Rozpal a będę szczera według ciebie.
   Bez pytania rozpalił i zaciągnął się.
-Rodzice nie wyczują?
-Nie wiem, nie musimy do nich wracać.
-Dziewczyny są miłe albo żeby nikogo nie skrzywdzić, co potem się na nich odbija... albo miłe bo są zwyczajnie głupie albo miłe, bo coś chcą... no i ostatnie - miłe, bo ktoś się im podoba. Taka kolej rzeczy, żadna filozofia. A mi się wydaje, że naprawdę się jej podobasz, to nie jest skomplikowane.


-Wy jesteście skomplikowane. 
-Ale nasze zasady nie, jesteśmy zbyt inteligentne na wasz mały ptasi móżdżek. 
-Już sobie nie schlebiaj. 
-Słuchaj, żyjesz w cieniu Noah przez całe życie, jak ktoś cię dręczył i bił to on zawsze stawał po twojej stronie, laski leciały tylko na niego a nie na biednego Lee. 
-Nie pozwalałem mu na to ale zawsze był tam gdzie miałem kłopoty...
-To zacznij być ''badassem'', takim playboyem z magazynu. 
-Żartujesz sobie, powiedz, że tak...
-No oczywiście, że tak... nie zniosłabym drugiego Noah na pokładzie. - dałam mu kuksańca w ramię. - Bądź sobą, prędzej czy później znajdziesz kogoś a najładniejsza laska ze szkoły to same problemy.
-Czemu?
-Bo tak zwykle to się kończy. 
-Lee, Kate! Deser! - usłyszałam głos mamy i oboje spalając szybko jointa zeszliśmy na dół. 
   Oj jutro poszalejemy oboje... za wszystkie czasy. 

środa, 28 listopada 2018

Od Liama

Po szkole czekałem na Eryka pod szkołą. Chodził na te całe zajęcia teatralne więc musiałem na niego czekać godzinę. W zasadzie nie musiałem, do domu miałem parę kilometrów które przebiegłbym nawet w ludzkiej postaci w kilka minut nawet nie męcząc się przy tym. Jednak nie śpieszyło mi się. Od miesięcy nigdzie mi się nie śpieszyło. Bo gdzie? Nie miałem stada z którym mógłbym się spotkać po szkole, moje życie było normalne nie licząc faktu że byłem wilkołakiem.
Zobaczyłem jak jakaś dziewczyna wychodzi ze szkoły. Nie musiałem używać wilkołaczych mocy aby wiedzieć że jest zła? Pokazywała to sposobem poruszania się. Chyba chodziła do młodszej klasy... jakoś specjalnie jej nie kojarzyłem.
Jeszcze trochę poczekałem aż wreszcie wyszedł Eryk.
-Ile można czekać..
-Daj spokój.. trochę afera. Blond królowa robi aferę a nauczyciel jak zwykle nic nie ogarnia. W dodatku dołączyła do nas jakaś dziewczyna z młodszej klasy. Po zachowaniu nie trudno wywnioskować że jakby nie była zmuszona to by nawet nie przychodziła.
-Taka chodząca negatywna energia?
-Znasz ja?
-Nie, widziałem jak wymaszerowała ze szkoły.
-Noo... to ona.
-Dobra jedziemy? Miałem mamie pomóc przy naprawie dachu.
-Pomóc? Koleś.. sam wszystko być zrobił w chwilkę.
-Wiesz że staram się żyć w miarę normalnie.
-Jestem uparty i niewdzięczny.. masz super słuch, zwinność i prędkość a w dodatku twoje rany się leczą i nigdy nie zachorujesz! To dar!
-Nie ty przemieniasz się w potwora.
-Oj, marudzisz... to tylko efekt uboczny.
Odjechaliśmy.
-Dawno byłeś u mechanika?
-Nie zaczynaj...
-Wiesz że mógłbym ci pomóc naprawić to i tamto..?
-Może kiedyś. Na razie jeszcze jeździ.
Uśmiechnąłem się.
I kto tu jest uparty?

***

Wieczorem wyszedłem przez okno do lasu. Przemieniłem się w wilka.
Biegłem prosto przed siebie. Co noc zwiedzałem coraz to nowsze części lasu. Zaglądałem w każde miejsce. Szukałem alfy który mnie przemienił.
Cały czas zastanawiałem się dlaczego się ukrywa? A może byłem jego małą wpadką i nie planował mnie przemieniać wiec nie obchodzę go?
Samotny wilk to omega... jest słabsza nawet od bety. Beta to wilk ze stada alfy. Tylko alfa potrafi przemieniać. Wątpiłem że ktoś przypadkiem mnie przemienił. I cały czas zastanawiałem się czy tą dziewczynę, której zwłoki były wtedy w lesie, nie zabił alfa. Może mnie też chciał ale ktoś mu przeszkodził? To był czarny scenariusz. Jednak najgorsze nadal było to że nie znalazłem jeszcze nikogo kto byłby taki jak ja, kto byłby wilkołakiem.
Po północy kiedy miałem już wracać do domu, usłyszałem wycie wilka. Zatrzymałem się i nasłuchiwałem. Było mi jednocześnie obce i znajome. Zawyłem ale odpowiedzi nie usłyszałem.
Czekałem jeszcze trochę i wróciłem do domu.
Wszedłem przez okno i wtedy zdałem sobie sprawę że ktoś był w moim pokoju.
-Eryk?
-Liam?-powiedział budząc się.
Spał na fotelu.
-A kto inny? Co ty tu robisz?
-Byłem niedaleko, słyszałem dwa wycia. Znalazłeś?
-Ktoś zawył.. nie był to zwykły wilk ale niestety nie odpowiedział. Był daleko to wiem na pewno.
-To super wiadomość! Po prawie roku wreszcie mamy jakiś ślad!!!
-Chłopcy?-zapaliło się światło.
Oboje się przestraszyliśmy widoku mojej mamy w drzwiach.
-Emm.. obudziliśmy Cię?
-Tak, ale to nie ważne. Co tu się dzieje?
-Nic... Eryk miał sprawę ale już idzie i idę spać. Przepraszam.
-Tak.. już wszystko obgadaliśmy..
-Super.. ale jest 3 w nocy.. macie przechlapane.. ale zanim wymyślę jak was ukarać muszę się wyspać. Eryk do siebie do domu a Liam spać. Jesteście dorośli a zachowujecie się jak dzieci.
Wyszła a Eryk zaraz za nią. Z emocji nie mogłem usnąć do końca nocy.
Słyszałem wycie! Nie jestem sam!

piątek, 23 listopada 2018

Od Kate

  Stanęłam w przejściu na parkingu szkoły i zapaliłam papierosa. Powoli wypuściłam dym z płuc i spojrzałam na obskurny budynek - nudny koloru obdartej, białej farby z wielkimi schodami prowadzącymi do wejścia głównego i bilbordem ''Sportowy Rezerwat'' wywołał u mnie mdłości.  Ta szkoła słynęła z licznych osiągnięć sportowych jak kosz, siatkówka i tak dalej i tak dalej. Ja nie lubiłam sportu odkąd mama zachorowała, w ogóle odkąd zachorowała - wiele rzeczy przestałam lubić i tolerować.
  Rzuciłam papierosa na chodnik, zdeptałam i poprawiwszy plecak na ramieniu weszłam do szkoły z powrotem. Gdy trwały jeszcze lekcje, korytarze były takie puste i ciche, że przyjemnie by tu zostać.
-Elevance - usłyszałam głos dyrektorki, powoli doprowadzający mnie do choroby na wściekliznę.
  Zatrzymałam się więc, powoli odwracając do niej na pięcie bez wyrazu emocji i zaskoczenia. Wołała mnie co dzień, albo rozmawiała o mnie z nauczycielami, z którymi wspólnie nie dowierzała, jak bardzo upadłam z nauką i ocenami jak i frekwencją.
-Słucham?
-Pozwól ze mną.
-Jasne, super. - mruknęłam i podążyłam zaraz za nią, w niewielkim odstępie.
   Szłyśmy w stronę jej gabinetu, przewróciłam oczami - bywałam tu więcej niż we własnym pokoju. Usiadłam bez pozwolenia na wygodnym, miękkim krześle i patrzyłam na nią spokojna duchem.
   Powiedz mi coś, czego nie wiem. - pomyślałam, kpiąc sobie z jej metod wychowawczych tych lepszych uczniów albo tych, których da się odratować z sytuacji.
-Chciałabym - zaczęła, wyjmując jakiś świstek pomarańczowej kartki, zdaje się była to ulotka ze szkolnego sekretariatu. - żebyś zaczęła o siebie walczyć. Jeśli nie zrobisz tego, o co cię teraz poproszę będę zmusz...
-Do sedna, pani dyrektor. - poprawiłam się na krześle wpatrując zniecierpliwiona w kamienną twarz kobiety. Mogłabym z nią iść na zawody, która dłużej tak wytrzyma. Dostałabym złoty medal.
-To są zapisy do kółka teatralnego pani wicedyrektor. Chcę, żebyś na nie chodziła i podłapała oceny z kolegami którzy tam chodzą.
-Kolegami? - parsknęłam. - To grupka szkolnych elit, co ja mam tam robić?
-Postarać się nie wylecieć ze szkoły, panno Elevance.
-I że... ja mam chodzić na jakieś pseudo kółko? - uniosłam brwi zaskoczona i wzięłam powoli od niej tą cholerną ulotkę.
-Inaczej zostaniesz...
-Ta, zrozumiałam. - weszłam jej w zdanie nie mając kompletnie ochoty słuchać wywodów i rad, które i tak nic mi nie dadzą.
-To jak będzie? Mam szykować papiery do zabrania?
   Zmrużyłam oczy wkurzona i zaciskając zęby doszłam do wniosku, że na razie nie ma co robić więcej problemów rodzinie niż mają...
-Dobra, niech pani będzie. Niech stracę 45 minut z życia. - uśmiechnęłam się usilnie.
-Dobrze, że się zrozumieliśmy. Na wszelki wypadek ugadałam z nauczycielem aktorstwa, że zajmiesz się scenariuszami.
-Jest pani pewna, że jestem idealną osobą do korekt scenariuszy pisanych przez ''idealne, dobre dzieciaki''?
-Ty też taka jesteś, Kate.
-Oczywiście. Mogę iść?
-To wszystko.
  Na korytarzu zrobiło się tłoczno, a w tłumie szukałam przyjaciela. Gdy przeszłam obok jednej z męskich toalet na parterze wpadłam na Noah.
-Nie wiedziałem, że i ty na mnie lecisz. - parsknął.
-Goń się. Widziałeś Lee?
-Nie?
Odepchnęłam go i poszłam dalej. Szukałam i szukałam, aż trafiłam do ostatniego miejsca, gdzie mógłby być... biblioteka.
   Weszłam do środka. Kiedyś spędzałam tu dużo czasu na wkuwanie... stare czasy.  Ku mojemu zaskoczeniu, Lee właśnie rozmawiał z Sallie Fisherman. Uśmiechnęłam się w geście gratulacji gdy oboje byli zajęci sobą i wyszłam przed szkołę.
-Siema śliczna. - usłyszałam za plecami głos Drew.
-No siema, stary dobry przyjacielu. - uśmiechnęłam się odwracając do niego.
-Co tam, może potrzebujesz pomocy? - mrugnął porozumiewawczo, jednak ja skwasiłam minę. Może rzeczywiście przystopuję, choć jeden dzień.
-Niee, na razie pass. - odeszłam do auta ojca wkładając kluczyk.
-Czas cię goni, Kate. Nie będę czekał kolejnego roku, żebyś oddała kasę.. albo się policzymy.
   Uśmiechnęłam się delikatnie i podeszłam do niego kładąc mu dłoń na policzku.
-Drew, słonko... Nie podskakuj mi, bo jeszcze się sam przez to przewrócisz.
   Odeszłam, lekko zestresowana. No tak... kasa...
   Po zajęciach ruszyłam do sali wcześniej wrzucając do auta plecak. Po co mi on na durnowate 45 minut tracenia cennego czasu?   Gdy weszłam do sali ze sceną i grupą ludzi liczącą 15 osób wszyscy zaniemówili, wpatrując się we mnie tępo.
-A TY co tutaj robisz, Elevance? - spytała Ruby, słodka cheerleaderka, a zarazem liderka grupy. Musi wepchnąć swój wielki, tłusty tyłek wszędzie.
   Klasnęłam w dłonie z cynicznym uśmiechem.
-A nie mam lepszych pomysłów na to jak marnować moje cenne 45 minut z życia więc przyszłam tutaj.
-Tylko... niczego nie dotykaj i... najlepiej nie przeszkadzaj. - pogroziła palcem.
-Hm... tak się składa, że jestem tu na troszkę dłużej i będę wprowadzała przeróżne korekty w scenariuszu.
-Kto ci niby tak powiedział?! - oburzyła się.
-Ruby, daj jej spokój i pilnuj własnego nosa. - ze sceny zeskoczyła Reachel, jedyna zdaje się spokojna i w porządku osoba w tym pomieszczeniu. - A co do tego to i tak wychodzi na to, że musisz grać główną rolę. - zwróciła się do mnie.
-Bo co?
-Bo takie są zasady Finnegean'a.
-On jest szurnięty. Dobra, nie ważne, jestem tu po to żeby zadość uczynić i spadać stąd, więc róbcie co tam macie do roboty.
   Usiadłam na kolumnie po turecku, która stała sobie na scenie i znudzona obserwowałam komiczną, a za razem fatalną grę aktorską. Aż tu nagle drzwi trzasnęły niemiłosiernie głośno i wszyscy zamilkli, wpatrując się w jedynego w swoim rodzaju nauczyciela-świra.
-Co dziś dla mnie macie? - stanął i wpatrywał się w grupkę.
   To koleś około 45-tki, wyglądającego trochę jak hipis a trochę jak menel i na dodatek pierdzielnięty. Nie wiem, jakim cudem dostał się na nauczyciela aktorstwa, albo bardzo dobrze gra wariata.
-Nie możemy ustalić, kto będzie zakochanym uciekinierem z sierocińca...
-No mężczyzn macie tu... połowę grupy, tak się składa. Co za problem? - zaśmiał się pod nosem do rozhisteryzowanej Ruby.
-To, że musi być to książę z bajki.. żeby lepiej grało mi się rolę.
-Co za pustak... - mruknął Marlon, czarnoskóry skrzydłowy naszej drużyny kosza.
   Nagle ktoś znów przerwał wchodząc do środka trzaskając drewnianymi, ozdobnymi drzwiami. Jakiś nienzajomy mi chłopak ze starszej klasy.
-Bardzo przepraszam za spóźnienie. - odparł monotonnie, jakby mówił to codziennie tak samo. Jak wyuczona wyrecytowana, znudzona kwestia w teatrze.
-Szanowny Eryczek jak zwykle punktualnie. - parsknął ironicznie Finnegean.
-Właśnie, może Eryk? - zaproponowała złośliwie Reachel, obserwując chłopaka.
-Ja nie gram głupkowatych ról. Zależy, kto gra tę drugą. - spojrzał dziwnie znacząco na blond piękność Reachel, a ta wyśmiała go cicho i poszła a kurtynę. Nauczyciel położył dłoń na swojej łysinie i rozejrzał się po grupie zebranych osób.  No i zauważył mnie.
-Nie do wiary, Kate Elevance! - uśmiechnęłam się do niego szeroko, jednak biło ode mnie cynizmem. - To idealna osoba do zagrania roli głównej zbuntowanej dz...
-Nie ma mowy. Za dopłatą nawet nie podejmę się tego zaszczytu.
-Ile chcesz? - spytał żartobliwie nauczyciel, jednak nikt się nie zaśmiał. No, może Arthur, szkolny kujon i jeden z samorządu uczniowskiego.
-Nie, raczej podziękuję. - wstałam, zeskoczyłam ze sceny i poszłam w stronę wyjścia.
-A Ty gdzie?! - krzyknęła Ruby.
-Nara. - rzuciłam przez ramię na odchodne i wyszłam.
   Jezu, za jakie grzechy muszę słuchać pierdół?
   Weszłam na parking, już prawie pusty i dopadła mnie Reachel. Ta dziewczyna była równie szurnięta i nieobliczalna, zarazem wkurzająca jak ja. Jednak oceny miała o wiele lepsze.
-Może jednak fajnie ponabijać się z reszty i zagrać rolę główną? Tak for fun?
-Nie dzięki. Nie kręci mnie robienie z siebie debila na oczach szkoły. Ani nie mam na to ochoty.
-Nie będziesz musiała się z nikim lizać, jeśli o to chodzi. - zaparła się, mrużąc oczy w chińczyka, złośliwie starając się mnie przekonać.
-Myślisz, że tu leży problem? - parsknęłam. - Słuchaj, nie mam ochoty na żadne debilne kółko aktorskie z pajacami, nie aktorami.
-Może zmienisz zdanie, jak wieczorem wkręcisz się na imprezę u Fisherman? Wiem, że Lee za nią szaleje.
-Nie twój interes... - pogroziłam jej palcem.
   Zaśmiała się i z telefonem w ręku wysłała jakąś wiadomość na jakąś grupę.
   Spojrzałam na swój wyświetlacz, gdy przyszło mi powiadomienie - ''Lee i Kate wpadają na szkolny wielki melanż! Wezmą alkohol na wejściówkę!''. Uniosłam wzrok wściekła na nią po czym wsiadłam bez słowa do auta a ona bez słowa patrzyła na mnie.
-Czekamy! - krzyknęła, a ja pokazałam jej środkowy palec odpalając silnik.
   Zołza, z uśmiechem wpatrywała się jak odjeżdżam aż do chwili, gdy wjechałam w zakręt... prostą drogą do domu.

środa, 21 listopada 2018

Od Kate

   Wstałam rano, spóźniona już do szkoły w poniedziałek. Poczułam nieprzyjemne uczucie w ustach, gdy wzięłam większy oddech zaczęłam się krztusić. Słyszałam szum w uszach, nie mogłam dojść do siebie przez pierwszą chwilę. Gdy otworzyłam oczy zauważyłam, że zasnęłam na plaży zaraz przy trawie od mojego domu.
-Chyba mnie powaliło... - westchnęłam i poszłam szybko do domu.
   Wzięłam torbę sprzed piątku nie przejmując się, że dziś zajęcia są kompletnie inne. Szybko wzięłam prysznic i przebrałam się po czym zeszłam na dół drugimi schodami prowadzącymi do kuchni. Zamurowało mnie.
-Mama..?










-Spokojnie córeczko... - spojrzałam na Louisa, zadowolonego tak bardzo, że wcina wszystkie płatki z miski, czego nigdy wcześniej nie robił. Zamilkłam więc, wyjątkowo. - Billie powiedział, że na własne życzenie mogę wyjść...
-I go posłuchałaś? - parsknęłam. - Nie wierzę... A ty nawet się nie odezwiesz?! - spojrzałam na ojca stojącego plecami do nas. -Idę do szkoły.
-Wszystkie autobusy odjechały, odwiozę cię.
-Sama pojadę. - wzięłam kluczyki z blatu od samochodu mamy.
-Zaraz,zaraz nie masz prawa jazdy! - usłyszałam tatę.
-Nagle odzyskałeś mowę? - uniosłam brwi. - Spadam, nara. - zatrzasnęłam za sobą drzwi i spokojnie ruszyłam do auta.
   Rodzice nawet nie pójdą za mną bo wiedzą, że nic nie poradzą. Nawet teraz nie za bardzo zwracają uwagę na resztę. Tak jak ja. Nie obchodzi mnie kompletnie nic odkąd mama umiera. I w końcu mogę to powiedzieć na głos...
-Moja mama umiera!!! - krzyknęłam siedząc w aucie, walnęłam pięścią w kierownicę gdy jechałam w stronę szkoły. - Kurwa...!

   Wysiadłam z samochodu trafiając na drugą przerwę. Lee dopadł mnie od razu odbiegając od chłopaków.
-A ty co? Przecież nie masz prawa jazdy. - spojrzał na mnie zaszokowany.
-I co, a jeżdżę lepiej od większości pacanów w tej szkole.
-Kate, przeginasz...
-Odwal się. - warknęłam i zatrzymałam się spoglądając na przyjaciela. - Dobra, sorry. Mama wróciła do domu na własne żądanie.
   Usiedliśmy na murze na uboczu parkingu gdzie całe życie szkolne właśnie tam miało miejsce. Parking był duży, ludzie zawsze siedzieli na samochodach albo po prostu na ławkach, które dyrektor postanowiła postawić specjalnie z tego oto powodu. Hojność naszych pedagogów nie zna granic.
-Mam pytać o szczegóły i dlaczego bez prawa jazdy jechałaś taki kawał?
-Nie, nie pytaj. - wzruszyłam ramionami, jakby to była błahostka. - A ty co taki podniecony, hamburgery są na stołówce? - parsknęłam.
-Śmieszne... - mruknął. - Chcę iść na imprezę do Sallie.
   Zakrztusiłam się własną śliną, słowo daję.
-Sallie Fisherman? Ona jest najlepszą, najbogatszą i najbardziej pustą laską w tej szkole.










-Nie prawda. Już daj spokój...
-Hm... no dobra... ale jak się czujesz z tym, że Noah ją rok temu puknął gdy była w pierwszej klasie?
   Spojrzał na mnie zły.
-Czy ty zawsze, ale to ZAWSZE musisz powiedzieć coś złośliwie?
-Po prostu nie wiem, czy chcesz przyprowadzać do domu laskę którą pukał twój starszy br...
-Na litość boską, pomóż mi a nie dopiekasz!
-Aaaa... Ty chcesz ją zaliczyć! - klasnęłam w dłonie. - Dobra, romantyku. Siedzi non stop w bibliotece, więc może chodź tam często, zagaduj, ale nie jak upośledzona ameba tylko jak facet. Laski lubią odważnych i pewnych siebie.
-Ja pewny siebie...
   Dzwonek i pierwsza lekcja biologii. Najpierw musiałam zapalić,więc spóźniłam się, żeby było wiarygodniej, że zaspałam.
   Weszłam do klasy bez słowa zajmując swoje miejsce zaraz za Lee, czyli w przed ostatniej.
-Pani Elevance, dyrektor chce z panią rozmawiać.
   Uniosłam brwi.
-No bez jaj, tym razem to nie ja...
-Co ''NIE TY''?
-E... nic. Już ruszam na dywanik Panie Rinolds.
   Wyszłam pospiesznie i zapukałam do dyrektorki. Usłyszałam jej poważne i mrożące krew w żyłach ''proszę'' i nacisnęłam klamkę.
-O, Kate, wreszcie.
-O co chodzi?
-O to, że jeżeli nie poprawisz ocen z przedmiotów ścisłych twoja sytuacja w szkole...
-Mam dobre oceny.
-Ostatnio zasnęłaś na egzaminie, Kate. Z hiszpańskiego. Dostałaś mierną, bez możliwości poprawy. Albo zaczniesz dbać o swoją przyszłość, albo...
-Albo co? Wywali mnie pani? Spoko, powodzenia. - machnęłam ręką i wyszłam z gabinetu.

Od Liama

Wyszedłem z łazienki. Coś usłyszałem. Mama była na nocnej zmianie więc to na pewno nie ona. Chwyciłem kij bejsbolowy i zszedłem na dół. W domu panował mrok, wyszedłem na taras.
-Matko!-wrzasnąłem kiedy nagle z dachu w krzaki pod dom ktoś spadł.-Eryk! Co ty tam robiłeś?
-Drzwi były zamknięte.. mam sprawę-powiedział mój przyjaciel wychodząc z krzaków.
-Co się stało?
-Znaleźli ciało.. a dosłownie połowę ciała. Mój tata zebrał ludzi. Szukają w lesie. Idziemy.
-Po co?
-Mówiłeś że ostatnio brakuje Ci wrażeń. Dawaj bo nie zdążymy.
-No dobra..-powiedziałem mimo iż nadal uważałem że to głupi pomysł.
Wsiedliśmy do jego samochodu i pojechaliśmy do lasu. zostawiliśmy pojazd na parkingu i poszliśmy w las. Za latarki służyły nam telefony.
-Którą połowę ciała znaleźli?
-Nie mówili.-powiedział.
-Zimno się robi..
-Ciii!!-krzyknął popychając mnie za drzewo.
Zobaczyliśmy w oddali latarki policjantów i usłyszeliśmy psy.
-Dawaj
Pobiegliśmy dalej od nich. Eryk potknął się i upadł. Zauważył to pies i zaczął biec do niego. JA byłem schowany za drzewem. Niestety okazało się że pies jest na smyczy którą trzymał.. szeryf, tata Eryka.
-Eryk? Co ty tu robisz?-zapytał szeryf.
-Spaceruję?
-Liam!Wyłaź!
-Nie ma go tu.-powiedział szybko Eryk.
Siedziałem cicho w ukryciu.
-Nie wierzę. Liam!
-NA prawdę..
-To co robi Liam?
-Uczy się, chciałem by jechał ze mną ale nie mógł.
-Dobra wstawaj.  Idziemy, masz wracać do domu.
Odeszli a ja wyszedłem z kryjówki i poszedłem prosto do domu. Niestety stąd do mojego domu najszybciej było przez las.
Zrobiło się jeszcze zimniej. Nagle potknąłem się i sturlałem się z górki.
-Gdzie jest ten telefon..-szukałem go po upadku.
Zobaczyłem światło z wyświetlacza. Podszedłem i podniosłem go...
Krzyknąłem. Leżał zaraz obok ciała dziewczyny. Jej martwe oczy patrzyły się prosto na mnie.
Nagle usłyszałem coś w oddali. Było to jakieś zwierze. Zacząłem biec przerażony a to coś ruszyło za mną. Dogoniło mnie, przewróciło. Krzyknąłem kiedy zęby zwierzęcia wbiły mi się w ramię.
Musiałem stracić przytomność na chwilę ale kiedy się ocknąłem byłem sam. Pobiegłem szybko do domu trzymając się za ramię.

OBECNIE

Budzik dzwonił niemiłosiernie długo.
-Liam!-usłyszałam głos mamy.-Wstawaj bo zaśpisz do szkoły!
-Już wstaję..-wymruczałem.
Może i moje ciało szybko się regenerowało ale nadal musiałam spać, kolejna nieprzespana noc była wykańczająca.
-Chyba muszę porozmawiać z twoim szefem na temat twoich późnych powrotów do domu. Który to raz zostajesz w tym tygodniu po godzinach? Trzeci.. a pragnę zauważyć że dziś czwartek. Masz szkołę, pracować będziesz później.
-Dobrze, dobrze..-wymamrotałem zwlekając się z łóżka.
-Niedługo pełnia.. musisz odpoczywać.
Wiedziała o wszystkim.. tylko parę miesięcy udawało mi się ją okłamywać. Chciałem ją chronić jednak okazało się że wiedza bardziej ją ochroniła.
Zobaczyłem że mam kilka wiadomości od Eryka. Zignorowałem je bo za chwilę i tak się zobaczymy.

Piętnaście minut później Eryk czekał na mnie w samochodzie pod domem.
Wsiadłem.
-Jak tam?
-Musimy przestać, mama się czepia.
-Dobra.. i tak już opanowałeś wszystko. Ale będzie mi brakować tych nocnych wypadów.
-Nie tylko tobie.. ale to nie musi oznaczać końca.
-Dobra dobra..
Od pół roku szukaliśmy osoby która mi to zrobiła.
A co takiego wtedy się stało? W tym lesie? Ugryzł mnie wilkołak. Od 8 miesięcy co pełnia muszę się przemieniać... umiem już to kontrolować ale nadal chcę wiedzieć... dlaczego? DLACZEGO JA?

Od Kate

  Dziś znów byłam u mamy w szpitalu. Nie mogłam myśleć o niczym innym, gdy lekarze nic nie byli w stanie zrobić.
-Jak się czujesz, Kate? - spytał Billie, lekarz prowadzący chorobę mamy i za razem jej przyjaciel z młodzieńczych lat.
-Głupie pytanie, Bill. - odparłam, trzymając w dłoni kubek gorącej kawy.
-Anna jest smutna, myślę, ż...
-Każdy by był, gdyby umierał na tą cholerną chorobę. - zacisnęłam zęby i spuściłam wzrok na spieniony wierzch kubka.
-Chodzi mi o to, że twój tata jej wcale nie odwiedza.
-Chciałbyś widywać ukochaną żonę czy osobę na łożu śmierci? - rzuciłam cynicznym tonem, a on odwrócił wzrok gdzieś w dal robiąc przy tym dziwną minę.
-Nie mogę operować przyjaciół ani rodziny... takie procedury...
-Operować? - spojrzałam na niego pytająco, a on znów zerknął na chwilę na mnie.
-Katie, to może być dobra wiadomość. Tylko, że ona nie chce podpisać zgody na operację.
-Zaraz, chwila, moment... O jaką operację ci się rozchodzi?














-Anna... to znaczy, twoja mama, ma szansę pożyć jeszcze rok, może dwa. W jej płucach jest coś w rodzaju sadzy, przez to, że paliła tyle lat i pali do teraz, przez chemie i lekarstwa zbiera się w jej płucach nadmiar powietrza. Przez to się dusi i musi być tutaj. Do tego jej stan jest fatalny, a ona nie chce sobie pomóc.
-Tata nie może podpisać za nią tego kawałka cholernego papieru?
-Dopóki twoja mama jest w pełni sprawna fizycznie i psychicznie, jest w stanie podejmować sama decyzje to niestety nie.
-Ale... przyjaźnicie się tyle lat... czemu Ciebie nie posłuchała, bo chyba próbowałeś ją przekonać.
-Oczywiście... ale może dlatego, że nie chce żyć w cierpieniu?
-Tak ci powiedziała... - parsknęłam i w chwili dostałam zastrzyku adrenaliny, zagotowało się we mnie i ruszyłam do sali, gdzie leżała mama.
  Wparowałam do środka, wzięłam taboret szurając tak głośno, że obudziłabym pół szpitala i usiadłam jak najbliżej niej mogłam. Przez hałas, jaki zrobiłam mama otworzyła oczy i spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.
-Oh... Katie... - uśmiechnęła się poprawiając niezdarnie.
-Czemu nie podpiszesz tej zgody? Co?! - uniosłam się.
-Billie ci powiedział, a obowiązuje go tajemnica lekarska...
-Oszalałaś? Czy przez tą chemie odjęło ci totalnie rozum? - ugryzłam się w język.
   Zawsze, ale to zawsze powiem coś nie tak...
-Nie będę ci się z tego tłumaczyć, wybacz córeczko.
   Wstałam gwałtownie prawie przewracając taboret i wyszłam z sali trzaskając drzwiami. Gdy wyszłam na korytarz nie wiedziałam co mam robić - krzyczeć, płakać, wrzeszczeć czy rozwalić cały świat bombą atomową.
  Usiadłam na jednym z plastikowych, tandetnie kolorowych siedzeń przy sali gdzie leży mama i zasłoniłam zimnymi dłońmi twarz. Wsunęłam palce we włosy, drapałam głowę paznokciami jednocześnie ciągnąć włosy i szarpiąc, a noga nerwowo tupała mi o podłogę jak u nałogowego palacza. Odgłosy wszelakie nie docierały do mnie w tej chwili, świat się zatrzymał i wirował nieznośnie w kółko.
-Co jest, wiedźmo? - usłyszałam głos przyjaciela.
   Rozczochrana, z przekrwionymi oczami od nerwów i zmęczenia spojrzałam na Lee, uśmiechającego się od ucha do ucha. Nie ważne jaki mam stan, zawsze się uśmiecha. Poprawia mi to humor, niż miałby płakać razem ze mną.
   Oparłam głowę bezsilnie o jego ramię i wpatrywałam się w okropne,mdłe kafelki szpitalne.
-Czemu nie możemy żyć wiecznie... - szepnęłam nie odrywając wzroku od punktu.
-Byłoby piekielnie nudno. - wzruszył ramionami.
-Ale chociaż nikt by nie chorował i ostatecznie nie umierał.
-Takie jest życie, Kate. Ja też kiedyś kopnę w kalendarz.
-Głupi jesteś. My - zdaje się - mieliśmy żyć wiecznie, być nieśmiertelni i nie umierać. - zaśmiałam się smutno.
-Ale nie ratujemy świata, albo nam to fatalnie wychodzi.
   Kiedyś, jak byliśmy mali rozbiliśmy namiot u niego na wielkim ogródku, gdzieś na końcu podwórka. Dodaliśmy lampki ledowe które zabraliśmy jego mamie, wzięliśmy słodycze i rzecz jasna paluszki i spędzaliśmy noc w zabawach, marzeniach i wygłupiając się jak tylko się dało. Wtedy, w lesie - bo Lee ma go zaraz za drugą bramą - usłyszeliśmy przeraźliwe wycie, jednak brzmiało to jak wielka wilcza bestia. Wtedy wyobrażaliśmy sobie jak jesteśmy nieśmiertelni, tylko nasza dwójka na całym świecie i jako super bohaterowie ratujemy świat przed potworami i niestworzonymi rzeczami. Całe dzieciństwo się w to bawiliśmy, bez chwili znudzenia. Dwójka super bohaterów, ratująca świat przed bestiami... tak, to były cudowne czasy beztroskiego cudownego dzieciństwa.
-Lee...? - odezwałam się po długiej chwili milczenia.
-Tak?
-Czy powinnam pozwolić mamie podjąć decyzję, która przyspieszy jej odejście?
-Jeśli ona tego chce i wie, że poczuje ulgę powinnaś ją wspierać w tym czasie, który jej pozostał, żeby nie odeszła z myślą, że Cię zawiodła.
-To chore...
-Nic nie poradzisz na przeciwności losu.
-Gdybym mogła dać jej życie w zamian za swoje...
-Kate, to jest samo życie. Nic z tym nie zrobisz, musisz nauczyć się żyć z myślą, że w pewnych sprawach nie możesz mieć zdania. A ty we wszystkim i tak zabierasz głos.
   Uśmiechnęłam się lekko.
-Chodź, odwiozę cię do domu.
-Nie wyjaśniłam wszystkiego z mamą...
-Daj jej czas, żeby to przemyślała. A może do niej coś dojdzie i zmieni zdanie.

   Wstaliśmy. Lee odwiózł mnie do domu. Tata dużo pracował, mój brat zostawał zwykle z opiekunką Sophią, bo odkąd mama jest w szpitalu nikt nie ma wiele czasu dla tego brzdąca. Bardzo są zżyci z mamą, tylko, że nawet Billie nie pozwala mu wchodzić na salę, gdzie ona leży.
  Zrzuciłam torbę z ramienia jak zwykle nic nie mówiąc, że wróciłam. Zerknęłam do salonu i ujrzałam tatę siedzącego tyłem do mnie. Pił whisky z lodem, którą z mamą dostał ode mnie na ich rocznicę. Najdroższa rzecz jaką kupiłam za parę ładnych dolców.
   Oparłam się o framugę i spoglądałam chwilę w ciszy na ojca.
   Patrzył na dłonie, obracając złotą obrączką na palcu.
-Co tam? Wszystko okej? - odezwałam się w końcu, lekko się uśmiechając.

















-Tak, Kate. - odparł nawet nie ruszając centymetrem ciała.
-Nie odwiedzasz mamy w szpitalu.
-Bo pracuję, żeby utrzymać tą rodzinę w kupie i ten cholerny dom. - burknął.
-Możesz mi powiedzieć, co jest grane. - wzruszyłam ramionami.
-Idź do siebie, chcę być sam.
-Dobra,dobra... jak tam chcesz. Wiesz gdzie mnie szukać. - podniosłam ręce w geście obronnym i zgarniając plecak i idąc do siebie. Usiadłam przy oknie, wyjęłam z małej kieszonki folijkę, tzw. fotkę i wszystko położyłam na małą wagę, którą wyjęłam z szafki nocnej. Uniosłam brwi zaskoczona.
-No,no... 0.93... postarałeś się, Drew. - mruknęłam do siebie i wyjęłam z plecaka bletki i skręciłam blanta. Usiadłam na dachu, przed swoim oknem. Spoglądałam na osiedle domków naprzeciwko, wszędzie paliło się światło, słychać było gdzieniegdzie głosy, śmiechy dorosłych i dzieci.
   Nagle świat stanął, wypuściłam powoli dym z płuc czując po chwili nieprzyjemny smak spalonych, zgniłych liści. To smak wolności, relaksu i chwili dla siebie... tylko dla siebie.
-A ty znowu to robisz. - zerknęłam wystraszona w bok widząc Lee.
-Cholera jasna, musisz mnie zawsze straszyć. Poza tym kto cię wpuścił, bo na pewno nie mój pijany tatuś.
-Wszedłem po tym krzaku rosnącym na twoim domu.
-To ma specjalną nazwę, wiesz?
-Krzak to krzak. Daj trochę.
   Zaczęłam się głupkowato śmiać i podałam mu blanta.
-Kate, musisz z tym spasować... Drew w szkole bije na tobie największą kasę a to tylko skończony debil.
-Mam to pod kontrolą. - odparłam.













-Jasne. Codziennie go z tobą widzę.
-Nie biorę od niego codziennie.
-Słuchaj, on to nie tylko diler szkolny. Ma plecy, jest niebezpieczny.
-Czy ja kiedyś wpadłam w kłopoty i sama z nich nie wyszłam?
-No. Zawsze wpadałaś sama ale wychodziłaś jakimś cudem ze mną.
   Zaśmiałam się.
-Zluzuj gacie, mam wszystko pod kontrolą, pajacu. - wyszczerzyłam zęby wpatrując się w przestrzeń.

   Gdy Lee poszedł już ''zniszczony'' lolkiem usiadłam na łóżku i poczułam stres. Sytuacja z mamą mnie dopadała coraz bardziej... przytłaczało mnie to. Ścisnęłam mocno swoje przed ramie.














-Kate! - usłyszałam głos ojca idącego w stronę mojego pokoju. - Jarasz to zielsko, śmierdzi w całej chałupie! - otworzył drzwi z impetem spoglądając na mnie a ja na niego niewzruszona. - Słyszałaś?!
-No... i ? - wzruszyłam ramionami.
-Jak wylądujesz w kryminale to nie licz na mnie!
-Jasne, dzięki. - uśmiechnęłam się, a on trzasnął drzwiami i wyszedł.
   Mały obudził się i przyszedł do mnie więc tak naprawdę zasnęłam z nim od razu...

   Rano młody był już w przedszkolu a ojciec w robocie. Ja postanowiłam obudzić mojego przyjaciela w niedzielny poranek o ósmej i wybrałam się do niego. Jego rodziców nie było, za to był Noah i oczywiście otworzył mi drzwi bez koszulki.
-Na litość wszystkich świętych, raz mógłbyś się ubrać.
-Przecież spodnie mam.
-A gaci nie zapomniałeś? - warknęłam. - Mogę wejść, ja do Lee.
-O 8.30 rano?
-Mam taki kaprys.
-Hej, kiedy ci urosły cycki?
   Oburzona spojrzałam na tego gnojka, uśmiechnęłam się tylko.
-W tym czasie, kiedy twój kolega w spodniach nawet nie urósł o milimetr.
   Spojrzał na mnie zbity z tropu i żarciku.












-Dzban jeden... - mruknęłam pod nosem i poszłam do pokoju Lee.
   Ich dom był tak wielki, że gdyby tu ktoś urządził imprezę to skończyłaby się trzy dni po jej rozpoczęciu... Jednak każdy kąt znałam jak swój własny. Ich rodzice mnie uwielbiali, oni też codziennie bywali u mamy.
   Weszłam do pokoju przyjaciela a tam nic tylko smród trawy i spoconych skarpet. Spojrzałam na niego, tak... zawsze tak kończył po paru buchach... albo rzygał albo spał i spać będzie do wieczora.
   Spojrzałam na niego żałośnie, nie wiedząc co ze sobą zrobić.















-Lee... kiedyś cię nauczę jarać z głową... - mruknęłam do siebie i z okna zobaczyłam jak Noah gdzieś jedzie na motocyklu. - Ale chyba teraz nic tu po mnie...


   Poszłam przed dom, a raczej na plażę. W La Push mój dom mieścił się zaraz na plaży, dlatego uwielbiałam tu siedzieć. Tam trochę wiało, więc przebrałam się w domowe rzeczy i poszłam przemyśleć wszystko na spokojnie na piasek...