Jak co tydzień, w każdy weekend odbierałem ją od niej. W końcu, czekałem na ten moment całe okrągłe 5 dni. Mimo tego, że musiałem widzieć Julie i jej zafajdanego faceta to w spokoju starałem się wytrwać by odebrać małą. W domu jaki musiałem przebudować specjalnie dla nich, bo nie miał wiele pokoi głównie dwa biura, które teraz służą jako pokoje gościnne, sala bilardowa która aktualnie robi za graciarnię i pokój, który miał z założeniem stać się drugą wielką łazienką, jednak kompletnie zmieniłem plany dla Lily. Jest dla mnie jak córka, której może w planach nigdy nie miałem ale gdy się pojawiła w moim życiu zwariowałem na jej punkcie. Świata poza nią nie widzę. Mimo utraty wielu kancelarii adwokackiej, swojego dobrego imienia i całego życia została mi ona i jakiś mały kawałek swojego zawodu.
Zapukałem w drzwi domku Julie, która mieszkała ledwie w centrum miasta na niewielkim osiedlu. Miałem szczerą nadzieję, że otworzy mi drzwi sama Julie a nie jej fagas, bo przysięgam, że gdyby nie obecność małej to bym go...
-O cześć, jesteś już. - wyrwała mnie z zamyślenia moja była, otworzyła szeroko drzwi i zaprosiła do środka. Od razu przeszliśmy do kuchni, przyjrzałem się jej, coś wyraźnie nie grało.
-Coś nie tak? - nie lubiłem jej o to pytać, bo zawsze udawała i kłamała, że jest dobrze. Nie moja sprawa, nic do niej nie czuję jednak... mieliśmy wspólną przyszłość i nie mogę patrzeć jak jest smutna. Zawsze Lily to czuje, jako dziecko ma wspaniałe zmysły.
-Nie... - odparła z niepewnym, udawanym wręcz uśmiechem i sprzątała zabawki i ubranka Niny. - James... wiesz, że Lily to nieformalnie twoja córka... uznajesz ją za taką, nie mam nic do tego... Jesteś dobrym ojcem, James.
-Do czego zmierzasz? - spytałem wyostrzonym tonem nie zważając na jej miłe słowa, zawsze to oznacza, że ma złą wiadomość.
-Ja i John bierzemy ślub...
-Co takiego? - spiąłem się, Julie od razu się skuliła... poczułem się okropnie, przez to co jej zrobiłem i jak mnie zostawiła powinienem dziękować Bogu, że pozwala mi widywać się z Lily.
Zamknąłem usta i mimowolnie pozwoliłem jej kontynuować w duszy błagając, by przekazała mi małą w celu ulotnienia się jak najdalej.
-James, to nie tak, że chcę... ci ograniczyć prawa...
-Jakie prawa, przecież formalnie jestem dla niej nikim. - parsknąłem powstrzymując się.
-Nie, to nie o to chodzi. Dla mnie i dla Lily będziesz zawsze kimś ważnym...
-Och, przestań Julie, chodzi ci tylko o swój tyłek. Zawsze tak było. Nie chce tego słuchać, gdzie jest moja córka? - zawsze ją tak nazywałem. Była moja, niczyja inna.
-James...
-Myśl, że ten pieprzony gnój ją usypia do snu mnie po prostu...
-Spokojnie, nie denerwuj się... - zbliżyła się by mnie uspokoić jednak odszedłem z dala od niej. - Kiedy ostatnim razem miałeś... atak... ?
-Nie twój zasrany interes, Julie. Interesuj się swoim facetem, dobra? Mnie obchodzi tylko Lily.
-Dobrze... Pójdę po jej rzeczy i przyprowadzę ją.
Wyszła, na szczęście.
Od chwili gdy pierwszy raz miałem ''atak'', jak ona to nazwała minęło sporo czasu. Rok, jak nie więcej, wtedy wiele się wydarzyło, skrzywdziłem ją i siebie, na szczęście nie Lily. Obwiniam siebie o to kim jestem jednak nie mogę zostawić małej, wiem, że załamała by się.
-Tata! - krzyknęła mała i przytuliła się do moich nóg.
-Hej księżniczko. - podrzuciłem ją, wtulając w siebie delikatnie.
-Proszę, tu są jej rzeczy. Słuchaj, przepraszam...
-Na razie. - wyszedłem, spakowałem rzeczy Lily, choć u mnie miała ich mnóstwo i zapiąłem ją w fotelik.
-Jedziemy do babci? - wymruczała niewyspana.
Uśmiechnąłem się i spojrzałem na nią wychylając się do tyłu.
-Tak kochanie, dziadkowie nie mogą się ciebie doczekać.
Trysnęła szczęściem i liczyła samochody i domy, które mijaliśmy po drodze.
Gdy wszedłem do domu dziadków od razu moja mama, babcia i dziadek wyprzytulali ją za wsze czasy, jakby dawno się nie widzieli. Mama wzięła ją na kanapę i rozmawiała o tym, co robiła w tym tygodniu i gaduła tak się rozkręciła, że nie mogła przestać mówić. Ja zająłem się pomocą dziadkowi, który w garażu robił porządki z bronią.
-Nie powinieneś tego trzymać w domu. Babcia...
-Babcia nic nie wie, i się nie dowie. - mrugnął do mnie i czyścił każdą z broni. - Ryzykujesz. Narażasz życie Lily.
-Dawno nie przeszedłem tego co ostatnim razem...
-Jeśli grupa cię wykryje nie dasz im rady.
-Nie wiedzą jak ze mną walczyć.
-CHODZI MI O LILY, James. Lily jest tu najważniejsza, Julie i tak ci popuszcza. Albo nie dba za bardzo o zdrowie i bezpieczeństwo córki.
-Ona jest także moja, bez względu na wszystko nie skrzywdzę jej. To co się stało, to co mnie spotkało to przeszłość, nad którą mam kontrolę.
-Jeśli nie poznasz nikogo, żadnej dziewczyny, nie będziesz miał styczności z istotami to owszem, możesz nad tym panować. Ale to miasto jest jak otwarta brama, każdy tu wejdzie.
-Wtedy ich powstrzymamy...
-Nie, James. Bronx, Harry, Kayn i reszta nie mogą ci pomagać, nie wiedzą kim jesteś.
-Bronx....
-NIE UFAJ łowcą, tym bardziej stowarzyszonej zaawansowanej grupie. - pogroził mi palcem.
Chłopaki regularnie widują się ze mną na piwie, u mnie w domu na imprezach czy po prostu posiedzieć. Ja z dziadkiem utrzymujemy fakt, że jestem łowcą... tak długo jak to możliwe. Dziadek jest szefem grupy, więc ile może to mnie chroni jednak wiedziałem, że nie na długo.
Wróciłem do salonu słysząc dyskusję Lily i matki, a babcia śmiała się przyglądając małej.
-Nie prawda! Będę się bawić do późna z tatą...!
-Tak, a kto tak powiedział? - uśmiechnąłem się, jak gdyby nigdy nic.
-Ja! - podniosła rękę z uśmiechem.
-Dobra księżniczko, czas iść do domu jak chcesz się bawić.
-A twój piesek jeszcze żyje? - spytała zmartwiona.
Roześmiałem się.
-Tak, skarbie, Max ma dopiero 4 lata...
-To dużo... - zmarkotniała. - Mama nie chce kupić mi psa...
-Wygadałaś się przez ten tydzień. Rośniesz jak na drożdżach.
Fakt, mała rośnie zbyt szybko jak na jej wiek i za bardzo rozwija się jej mózg. Jednak ostatniego czasu to się uspokoiło, do teraz z dziadkiem nie mamy zielonego pojęcia co jest na rzeczy. W tym mieście mało jest istot nadnaturalnych, a Julie i jej zmarły mąż nie byli i nie są istotami nadnaturalnymi. Potem muszę o tym pogadać z Harrym.
Gdy mała usnęła po ciężkim dniu i zabawie ze mną i psiakiem wyszedłem na papierosa na taras, w ciemności czujnie wyglądałem kogokolwiek, jednak nie widziałem tu żywej duszy mimo, że wokół jest wiele domów i rodzin a godzina była wczesna. Nie wiem co będzie, ale Lily zostanie ze mną na dobre i na złe... nie dopuszczę do powtórzenia sytuacji nigdy więcej.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz